Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Cheryl. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Cheryl. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 25 lipca 2017

Od Cheryl C.D Archiego

- Nikt Ci nie karze iść ze mną - prychnęłam, szybkim ruchem zamykając drzwi od naszego pokoju, który znajdował się niemalże na samym końcu długiego, a przy tym niesamowicie ciemnego korytarza. - Dla właścicieli liczy się tylko to, żeby wszystko było zrobione. Mogę to zrobić sama, bez żadnego problemu - lekko wyprowadzona już z równowagi, zrobiłam krok w stronę rudowłosego tylko i wyłącznie po to, by z delikatnym rozdrażnieniem wcisnąć mu klucze do ręki. Ten jednak, gdy tylko chciałam się obrócić i pójść w swoją stronę, złapał mnie stanowczo za nadgarstek i pociągnął w swoim kierunku. Westchnęłam, mimowolnie wtulając się w jego tors, co było zdecydowanie jedną z najlepszych rzeczy, która spotkała mnie w przeciągu całych ubiegłych dni. Niemalże czując upływający czas, leniwie uwolniłam się z jego objęć, napotykając na swej drodze jego zmęczony wzrok. Mimo wszystko, cokolwiek bym próbowała przedstawić swoim zachowaniem, naprawdę było mi szkoda zarówno niego, jak i czasu, który przez nieuniknioną robotę zaczynał przeciekać nam przez palce. Pocieszałam się myślą, że jeden tydzień wcale nie był tak długim okresem, by nie widzieć przez niego perspektyw na przyszłość.
- Jeśli mamy współpracować, to czy tego chcesz, czy też nie, musisz być nieco bardziej opanowana - mruknął mi na ucho, gdy chwilę wcześniej zganiłam go za to, że zachowywał się niesamowicie głośno przy pokojach, które pełne były śpiących ludzi. Słysząc jego uwagę, zgromiłam go wzrokiem, zupełnie nie mogąc uwierzyć w to, że naprawdę to powiedział. Ale on, mój najcudowniejszy rudzielec, uśmiechał się dziarsko pod nosem, prowadząc nas w stronę głównych drzwi.
- Jeśli mamy współpracować, to czy tego chcesz, czy też nie, musisz przestać być tak cholernie marudny - naśladując jego głos, szybko sprawiłam, że tym razem to chłopak zmarszczył swoje brwi.
- Od kiedy to funkcjonujemy na Twoich warunkach? - mruknął, gdy tylko przetrawił zdobyte informacje. Z triumfalnym uśmiechem wyprostowałam się, odgarniając kosmyki swych włosów do tyłu, by przestały ograniczać mi widoczność.
- Jestem od dzisiaj Twoją szefową, skarbie - zatrzymałam go, nie przejmując się wzrokiem osób, które mijały nas w drzwiach, stając na palcach, by złączyć nasze usta w długim, niesamowicie przyjemnym pocałunku. Widocznie Archiemu podobał się taki obrót sprawy, bo szybko zaczął pogłębiać namiętne pocałunki, widocznie także nie dbając o to, że byliśmy na oczach całej obudzonej akademii. W końcu jednak oderwaliśmy się od siebie, by jak gdyby nigdy nic ruszyć do stajni, w której czekali już na nas właściciele. Opierając się o ścianę w siodlarni, gdzie ich zastaliśmy, wyczekiwałam momentu, w którym wreszcie to wszystko się skończy. Wystukiwałam nawet sobie nieznany rytm w drewnie pokrywającym całe pomieszczenie, podczas gdy małżeństwo próbowało nam po raz kolejny wyjaśnić wszystko, co miało być w najbliższym czasie dla nas oczywistym i wręcz niezaprzeczalnym priorytetem. Okazało się, że ostatecznie zostanie z nami jeszcze jeden stajenny, który, gdyby tylko istniała taka potrzeba, "będzie do naszej dyspozycji". Wkrótce skończyli swój delikatnie nudny wykład, po którym niemalże równocześnie westchnęliśmy, nie wiedząc właściwie, co ze sobą zrobić. Oczywiste było jedynie to, że karmienie powinno odbyć się w pierwszej kolejności.
- Tym razem to mi się niczego nie chce, naprawdę - jęknęłam, siadając na najbliższym siedzeniu, podczas gdy chłopak z chęcią załatwienia wszystkiego jak najszybciej odnalazł taczki, które były nam do tego niezaprzeczalnie niezbędne. Chwilę po tym stanął obok mnie, w wyraźny sposób dając mi do zrozumienia, że jego cierpliwość się kończy, jednak gdy tylko zauważyłam, że w jego tęczówkach igrają iskry delikatnego rozbawienia, szybko przestałam się martwić o jego jakiekolwiek reakcje, niemalże przysypiając na niekoniecznie wygodnym krześle. Po minucie, może dwóch, poczułam na swojej talii jego dłonie, które sprawnie chwyciły mnie ku górze, aby już po chwili sprawić, że niemalże nieprzytomna upadłam na sporą warstwę siana, którą przysypane były stare, zasłużone taczki. Ratujący mi życie pojazd co prawda lekko zatrzeszczał, dając mi do zrozumienia, że delikatnie przeceniamy jego umiejętności, jednak ostatecznie sprawdził się w swej roli wyśmienicie, dając radę z uniesieniem całego ciężaru przez cały nieziemsko dłużący się czas.
Podczas gdy konie, wreszcie zadowolone z otrzymanego jedzenia, pożerały resztki swoich pasz, my z ogromną niechęcią szorowaliśmy całą siodlarnię, która, ku naszemu zadowoleniu, szybko zaczęła się błyszczeć. Mimo przyjemnych przerw w pracy, które polegały na wymienianiu się czułymi pocałunkami, udało nam się wszystko skończyć w ekspresowym tempie, które pozwalało nam na to, by zająć się kolejnym obowiązkiem. Archie, upierając się, że prędzej to on, jako niezwykle męski (i skromny!) mężczyzna się z tym upora, zajął się lonżowaniem nadpobudliwego folbluta, który zdawał się stać już w swoim boksie od kilku długich dni. Mi przypadła zdecydowanie lżejsza praca, a przy tym tak samo czasochłonna - większość koni należało wyprowadzić na pastwiska, co choć wydawało się łatwe, ostatecznie niekoniecznie takie było. O ile pierwszy koń, albo raczej kucyk, który został przeze mnie odprowadzony, a był nim Pretzel, rzeczywiście okazał się być przyjemny i bezproblemowy, tak z następnymi wierzchowcami nie było już tak łatwo. Wszystko do pewnego momentu kończyło się co najwyżej frustracją i poparzoną od uwiązu dłonią, aż do czasu, gdy w stajni pozostała jedynie Pompeja, która jak miałam nadzieję, miała zniwelować rozgoryczenie po wcześniej zaprowadzanych rumakach. Jak przystało na klacz służącą w mocno początkującej rekreacji - emanowała spokojem, który wręcz z upływem czasu zaczął mnie drażnić. Snuła się przed siebie powoli, stąpając kopytami po równej powierzchni, co chwilę tylko spoglądając w kierunku, w którym lonżowany był Faldo. Korzystając z okazji, zdarzało mi się obracać głowę razem z nią, by bez żadnego powodu, dla własnej przyjemności, móc popatrzeć na młodego mężczyznę, który wyglądał wyjątkowo w porannej, słonecznej scenerii.
Szybko jednak skończyła się sielanka, a klacz, w której pokładałam tak wielką wiarę, została wyprowadzona ze swojej stoickiej równowagi. Faldo nieznanym dla mnie sposobem znalazł się poza lonżownikiem, co nie było najlepszym wyjściem zważywszy na to, że pędził prosto przed siebie w kierunku pastwisk, na których znajdowały się klacze wraz ze potulnymi wałachami. Tracąc ostatecznie kontrolę nad Pompeją, która nagle zaczęła ciągnąc mnie w stronę galopującego anglika, upadłam na wyjątkowo duże, a przy tym ostre kamienie, podczas gdy kasztanka ruszyła przed siebie z dyndającym uwiązem. Nawet nie chciałam wypowiadać się na temat tego, jak bardzo bolały mnie poobijane żebra.

Archie?

piątek, 21 lipca 2017

Od Cheryl C.D Archiego

Oddając kolejne pocałunki Archiego, doskonale wiedziałam, że jedyną rzeczą, która nakłaniała go do wykonania tego, jakby nie było, intymnego gestu był fakt, że całowaliśmy się na oczach nastolatek, które, nawet tego nie ukrywając, nie mogły oderwać swojego wzroku od przystojnego rudowłosego. Mimo tego, czując, że ta chwila może się nieprędko powtórzyć, pogłębiałam każdy jego ruch, powoli wplatając swoje palce w jego miękkie, mokre od wody włosy, podczas gdy on powoli sunął swoimi dużymi dłońmi po mojej talii. W końcu głosy napalonych dziewcząt ucichły, a my oderwaliśmy się od siebie, śmiejąc się tak głośno, że właściwie nie było słychać niczego innego, jak naszych przyspieszonych oddechów i urywanych spazm nagłego rozbawienia. 
- Jesteś niemożliwy - wyszeptałam, oddalając się od niego na odległość zaledwie jednego kroku. Dalej jednak pozostaliśmy w nieprzerywalnym, długim kontakcie wzrokowym, dzięki któremu mogłam bez skrępowania spoglądać w jego orzechowe tęczówki. Nieznacznie mieniły się pod wpływem sztucznego światła, które oświetlały cały basen od wewnątrz. - Ale im się chyba to podoba - mruknęłam dużo ciszej pod nosem, delikatnie wskazując głową drzwi, za którymi jeszcze chwilę wcześniej stała cała grupa podekscytowanych nastolatek.
Chłopak szybko zauważył, o co mi chodzi. Jego szeroki uśmiech zbladł, a on sam powędrował wzrokiem w stronę bliżej nieokreślonego miejsca. W powietrzu zawisła niezręczna cisza, w trakcie której jedyne co zrobiłam, to przygryzłam swoją dolną, delikatnie siną od temperatury wody wargę, uciekając spojrzeniem w stronę własnych stóp.
- Jesteś... zazdrosna? - spytał w końcu po bardzo długiej chwili, nie mogąc nawet opanować swojego zdumienia, które niemalże od samego początku zapanowało nad jego głosem. Podniosłam wzrok, dyskretnie wzdychając.
- A mam o kogo? - prychnęłam, starając się ukryć swoje zażenowanie, uświadamiając sobie, że rzeczywiście jestem o niego zazdrosna. I to nawet bardzo. Odgarnęłam swoje mokre włosy do tyłu, wbijając wzrok w niebieskie, wcześniej zamknięte przez rudowłosego drzwi. - Nie, Archie, nie jestem. W końcu nic nas nie łączy, prawda? Nie jesteśmy razem, nie mamy wspólnych planów, a dla Ciebie i tak liczę się dopiero wtedy, gdy jestem do czegoś potrzebna. Czy to nie jest śmieszne? 
- Przecież sama doskonale wiesz, że nie jesteś w stanie tego żałować - wzruszył ramionami. - Bo nie żałujesz i nie będziesz, Cheryl. 
Kiedy miałam już odpowiedzieć, poczułam na swojej skórze gęsią skórkę, której niewątpliwym powodem był odgłos, który skutecznie odwrócił naszą uwagę. Gdy tylko przyjrzałam się okienku w drzwiach, ujrzałam za nim właściciela we własnej osobie, solidnie pukającego w strukturę jedynego wejścia. Ponownie westchnęłam, podświadomie czując, że jego obecność nie wróży niczego dobrego. Archie, nie racząc mnie już ani jednym słowem, spojrzeniem, gestem czy czymkolwiek, ruszył w jego stronę, szybko przekręcając klucz. Powoli, nie widząc potrzeby w tym, by szybciej poruszać się po śliskiej podłodze, dołączyłam do dwóch mężczyzn, którzy już rozpoczęli dziwną, co najmniej nietypową wymianę spojrzeń.
- Widzimy się za piętnaście minut w biurze, moi drodzy - bardziej nas poinformował, aniżeli się spytał, bez zbędnych wyjaśnień sugerując, że powinniśmy znajdować się już w swoim pokoju, by zdążyć doprowadzić się do względnego ładu. Wreszcie się w nim znaleźliśmy, gdzie nie zajmując się już rozmową, bezgłośnie zajęliśmy się własnymi sprawami. Ja szybko zniknęłam za drzwiami łazienki, z której w równie ekspresowym tempie wyszłam. To był chyba najprędszy prysznic w moim życiu, spowodowany tylko i wyłącznie tym, że odczuwałam względną litość do swojego współlokatora. Nie chciałam robić mu kolejnych problemów, które tylko nawarstwiłyby się, gdyby spóźnił się na spotkanie z dyrektorem. Nie poczekałam jednak na niego w pokoju, a jedynie szybko dopięłam wcześniej ubraną sukienkę, powolnym krokiem ruszając pod drzwi odpowiedniego, a przy tym jedynego gabinetu. Przymknąwszy powieki, w ciszy oczekiwałam momentu, w którym to wszystko miało się zakończyć.
- O, Cheryl. Proszę, wejdź - zaświergotała niemalże właścicielka, gdy wychodząc z dzielonego z mężem pomieszczenia prawie na mnie wpadła, niosąc w rękach dwa pliki równo ułożonych kartek. Przepuszczając mnie na progu, wróciła się zaraz za mną do środka, gdzie czekał już zniecierpliwiony instruktor. - Właściwie, może obyć się w chwili obecnej bez Archibalda, bo dotyczy to głównie jednej osoby z waszego pokoju.
- Tak? - mruknęłam najżyczliwiej jak tylko było mnie na to stać, zaciekawiona sprawą, która mogła być na tyle dziwnie skonstruowana. Dopiero po chwili do mnie dotarło, o co może chodzić. 
- Jedno z was bezzwłocznie musi zmienić pokoju - odezwał się ochrypłym głosem mężczyzna, co spowodowało, że chwilowo straciłam równowagę, którą dodatkowo odbierały mi wysokie, czarne szpilki. Umknęło to jednak uwadze małżeństwa, dzięki czemu bez zbędnych przeszkód mogłam oprzeć się o zimną ścianę, chcąc sobie to wszystko poukładać w niemalże przegrzewającej się głowie. Bądź co bądź, przyzwyczaiłam się do świadomości, że dzieliłam pokój z rudowłosym, a co gorsza, wcale nie chciałam tego zmieniać. Zwłaszcza zaraz po tym, gdy uświadomiłam sobie, że mogę czuć do niego... Coś więcej. Co prawda, nie zamierzałam zmieniać naszych relacji, czując, że nie jest to najlepszym wyjściem. Nie było innego wyjścia, jak walka do samego końca o to, abyśmy mogli dalej mieszkać w jednym pokoju. - Nie musimy chyba wykłócać się o to, że nie powinniście mieszkać razem po tym wszystkim, co działo się w przeciągu kilkunastu ubiegłych dni.
- Oczywiście jest nam bardzo wstyd za to wszystko, co stawiło nas w tak złym świetle - nie wierząc w to, że zabieram głos w imieniu nas, nie tylko samej siebie, ale także Archiego, w dodatku zostawiając prawdę gdzieś daleko w tyle, starałam się brzmieć jak najbardziej wiarygodnie. Głos delikatnie mi drżał. - Jednak nie wyobrażam sobie mojego pobytu tutaj, gdybym miała zamieszkać gdzieś indziej. Niezależnie od tego, czy pokój byłby tylko mój, czy dzieliłabym go z kimś jeszcze. Mogę za nas poświadczyć, panie Rose. Wiem, że zawiedliśmy państwa szanse już kilkukrotnie, ale wierzę też w to, że da się coś zrobić. Bo da się, prawda? - spoglądając w tęczówki stosunkowo młodego małżeństwa, wręcz błagałam ich o to, by wysłuchali mojej prośby. Zarówno oni jak i ja sama byli zdumieni tym, że byłam w stanie prosić się o coś niemalże na kolanach. Moja desperacja sięgała już wtedy absolutnego apogeum. 
- No dobrze - wcięła się mężowi w zdanie kobieta, nie zwracając najmniejszej uwagi na to, że ten miał już zaprzeczyć. Ten dzień był absolutnie szalony, także pod względem tego, że wszyscy nagle jakby oszaleli, przybierając zupełnie nie pasujące do siebie charaktery. Słysząc jednak te słowa, odetchnęłam z ulgą, martwiąc się jednak z tyłu głowy o to, że Archie wciąż nie pojawił się w gabinecie. - Musicie jednak zacząć uczęszczać na zajęcia. W końcu jesteście tutaj by rozwijać swoje jeździectwo, a nie zgłębiać swoją wiedzę odnośnie dogłębnej anatomii człowieka. Pomoc w stajni także się przyda.
- Niewątpliwie - dodał właściciel, wygodnie opierając się o obrotowe krzesło. - stajenni tylko marzą o tym, by wyjechać chociaż na tygodniowy urlop. Chyba nie muszę tłumaczyć, co to oznacza. Tylko bez żadnego ale, bo to jedyna opcja, abyśmy przymknęli oko na wszystkie wasze wybryki. Wyprowadzanie codziennie koni, lonżowanie tych, które nie miały od co najmniej dnia jazd i wszystko to, co należy do obowiązków pracowników. W tym karmienie koni, szorowanie do błysku stajni wraz z boksami i ogólna pomoc wszystkim, którzy tylko o nią poproszą. Chyba jasne, prawda? Nie zapominając o tym, że musicie stawiać się na jazdach, wracać do ośrodka przed północą i przynajmniej raz na dwa dni uczestniczyć w zajęciach teoretycznych. Dobra, przyznam szczerze - przez najbliższy tydzień nie będziecie mieli życia. 
- Nie wiem co mam powiedzieć.. - wymamrotałam, rzeczywiście mówiąc to zgodnie z prawdą. Czekała nas ostra robota, która nie była najprzyjemniejszą czynnością pod słońcem, ale przynajmniej gwarantowała nam spokój do momentu, w którym nasza inwazyjność ponownie nie zaczęła podlegać wątpliwości właścicieli. - Bardzo, bardzo dziękuję - uśmiechnięta, wmuszając na siebie maskę porządnej, poukładanej, młodej kobiety, spojrzałam ostatni raz na właścicieli, którzy także zdawali się odetchnąć z niemałą ulgą.
- Widzimy się jutro rano w stajni! - wykrzyknęła jeszcze za mną dyrektorka, gdy ostatecznie opuściłam ziejący chłodem gabinet. Stojąc na korytarzu, by unormować nienaturalnie dziwny oddech, w końcu wpadłam na Archiego, który zabiegany pojawił się wreszcie pod odpowiednimi drzwiami.

- O co chodzi? Spieszyłem się, ale klamka od naszej łazienki stanowczo odmawiała posłuszeństwa. Nie mogłem wyjść z niej przez kilka dobrych minut. 
- Od jutra przez tydzień zastępujemy stajennych w ich pracy - odparłam po cichu, w głębi serca czując, że powinnam wyjawić mu powód nagłego nawału roboty. Wiedziałam, że tak będzie najlepiej, chociaż byłam niemalże pewna, że Archie wścieknie się, bo dla niego zmiana pokoju była nieistotnym wydarzeniem w ciągu całego pobytu. Traktował mnie jak nic nieznaczącą koleżankę, jeśli nie przelotną znajomą, a w dodatku podejrzewałam, że nie obchodził go mój los w żadnym stopniu. Odetchnęłam więc głęboko zanim przeszłam do sedna, podczas gdy przystojny rudowłosy marszczył swoje brwi. - Gdyby nie to, dalej mielibyśmy problemy. A tak, będziemy mieli zupełnie czyste konto. Chcieli nas rozdzielić do dwóch osobnych pokoi, podejrzewam że zaraz po tym, gdy dowiedzieli się o Twoim... drobnym incydencie z Riverdale.
Młody mężczyzna już miał się odezwać,kiedy ponownie zabrałam głos.
- Przepraszam Cię, Archie, a wiesz, że nie zdarza mi się to często. Przepraszam Cię za dzisiaj, za wczoraj, za wszystko, naprawdę wszystko, przysięgam na absolutnie całą resztę swojego życia. Czuję się z tym wszystkim źle, w porządku? Wiele rzeczy nie powinno się nigdy wydarzyć, ale ja ich nie żałuję, nie żałuję ich w żadnym stopniu - wyszeptałam, mocno, niemalże do krwi przygryzając swoją wargę, by nie puścić łez, które zaczęły zbierać się pod moimi powiekami.


Archie? 

Od Cheryl C.D Archiego

- Na niektóre rzeczy trzeba sobie szczególnie zasłużyć, Archie - wyszeptałam mu te słowa niemalże do ucha, siląc się na dyskrecję, zupełnie jakby pomijając wydarzenia sprzed kilku minut, podczas których śmiałam twierdzić, że obudziłam połowę, jeśli nie całą akademię. Mężczyzna wywrócił tylko swoimi pięknymi, błyszczącymi oczyma, wkrótce odrywając się od mojego ciała, które w dalszym ciągu było niemalże uzależnione od jego dotyku. Westchnęłam cicho, opatulając się chwilowo kocem, który akurat znalazł się w zasięgu mojej ręki. W ciągłej zadumie obserwowałam, jak rudowłosy zakłada na swoje biodra bokserki, aż w końcu udaje się do łazienki, w której, jak zdążyłam odnotować, znajdował się koło dziesięciu, niezwykle dłużących mi się minut. W międzyczasie zdążyłam pozbierać swoje porozrzucane ubranie, jak i przebrać się w coś luźniejszego, w czym bez żadnych problemów mogłam położyć się spać. Chłopak, opuszczając łazienkę, dwukrotnie zaczesał ręką do tyłu swoje włosy, by ostatecznie mozolnym ruchem udać się w kierunku łóżka, w którym równie wolno się położył. Nie chcąc tracić ani chwili dłużej, zresztą nie mając już nawet siły na cokolwiek, co wymagałoby ode mnie zdrowego rozsądku i poświęcenia godnej tego uwagi, zmyłam powolnymi ruchami z siebie makijaż i załatwiłam wszystko to, co należało do mojej wieczornej rutyny. Przy tym wszystkim odkryłam, że zdążyłam idealnie wręcz przywyknąć do tego, iż zostałam niejako zmuszona do dzielenia pokoju z chłopakiem - nie przeszkadzało mi już wszystko to, co wcześniej nie mieściło się w skali mojej codziennej normy. Być może było to główną zasługą tego, co zaszło między mną, a niezwykle przystojnym i coraz bardziej pociągającym mnie rudowłosym. 

Wychodząc z pomieszczenia dbałam o to, aby opuścić je jak najciszej - pomimo tego iż wiedziałam, że Archie jeszcze nie śpi, robiąc to zazwyczaj dopiero wtedy, gdy odnotował moją obecność w moim własnym łóżku, byłam pewna tego, że jest już w delikatnym transie, któremu nietrudno jest przeobrazić się w długi, spokojny sen. Nacisnęłam więc klamkę delikatnie, czekając na moment, aż domknie ona drzwi, nie stwarzając przy tym dodatkowego hałasu. Zaraz po tym, idąc do swojego wygodnego posłania, zatrzymałam się w międzyczasie, czego powodem nie były ani skrzypiące panele, ani porozrzucane poduszki i wszelkiej maści koce. Nagle poczułam się tak, jakbym była w pomieszczeniu sama, sama jak palec, bez ani krzty świadomości, że nieopodal jest ktoś, kto zadba o moje poczucie bezpieczeństwa. Nie wiedząc nawet, czy postępuję w pełni słusznie, powoli skierowałam się nie do swojego łóżka, a do tego, które należało do Archiego. Nie będąc pewną, jak zostanie to odebrane, uniosłam jego pościel delikatnie ku górze, wchodząc subtelnym krokiem pod jego satynową, wygrzaną kołdrę. Mimo braku miejsca, ułożyłam się z brzegu łóżka na wolnej poduszce, z rosnącym zadowoleniem obserwując, jak obrócony do mnie plecami rudowłosy spokojnie oddycha, najwidoczniej nie zdając sobie sprawy z mojej niewątpliwej obecności. Zamknęłam wkrótce oczy, uśmiechając się mimowolnie pod nosem, aż w końcu poczułam, jak materac delikatnie ugina się pod ciężarem drugiej osoby - młody mężczyzna obrócił się w moim kierunku, przyciągając mnie do siebie delikatnym, szerokim ramieniem. Nie mogąc powstrzymać napływającego do mojej duszy szczęścia, uchyliłam jeszcze powieki, by skraść pojedynczego całusa z jego wilgotnych, miękkich ust. Archie odwzajemnił mój czuły gest, w sposób najbardziej uroczy jak tylko potrafił, powoli przyssawając się do moich ust. Uśmiechnięta, ostatecznie położyłam głowę na jego klatce piersiowej, czując jeszcze, jak gładzi mnie po długich, rudych włosach. Oddychając powoli, coraz wolniej unosił swoją umięśnioną klatkę piersiową, która chwilę później uspokoiła się, kładąc swojego właściciela do długiego snu.
~*~
Budząc się rano z żalem dostrzegłam, że obok mnie nie ma Archiego - leżałam na zimnym materacu, który wcześniej bił ciepłem, najwyraźniej pochodzącym od ciała rudowłosego chłopaka. Podniosłam się szybko do pozycji siedzącej, rozglądając się nerwowo po całym pokoju - nic nie zwiastowało, aby opuścił mnie w taki sposób, ani też na to, by dłużej pozostał we skąpanym w mroku pomieszczeniu. Mój wzrok padł więc na łazienkę, w której rzeczywiście zostało zapalone światło - przeczesałam więc kilkukrotnie włosy powolnymi ruchami dłoni, spoglądając w wyczekiwaniu na drzwi, które jak na złość dzieliły mnie od mojego jedynego współlokatora. W końcu stanął w nich, z początku nie zauważając, że już się obudziłam. Dopiero gdy wstałam, lustrując jego prawie nagą sylwetkę, chłopak ożywił się, zarzucając ręcznik na swoje ramię. 
- Przebieraj się - rzucił tylko, popychając mnie delikatnie w stronę szafy z naszymi ubraniami. Zdezorientowana posłałam mu spojrzenie, na które zareagował wywróceniem swych oczu. - Idziemy na basen. Najlepiej za chwilę, póki nie będzie tam tłumów - sprecyzował, zachęcając mnie do tego, abym prędko odnalazła między półkami swój strój. Po kilku minutach wyszłam z łazienki, co chwilę popędzana przez Archiego, by zaprezentować mu mój strój, który udało mi się kupić na kilka dni przed wyjazdem.


Archie?

Od Cheryl C.D Archiego

Czując na swoich ustach delikatne, miękkie usta rudowłosego, mimowolnie ułożyłam swoje dłonie na jego torsie, wykorzystując jednak swoją pozycję w sposób, którego chłopak ewidentnie się nie spodziewał. Lekko odepchnęłam go od siebie, co jednak nie przyniosło oczekiwanych skutków, bo tylko mocniej zaparł się ściany, blokując moje ruchy między swoim ciałem. Wywróciłam oczami, gdy sięgnął kosmyka moich rudych włosów, okręcając go wokół swojego palca. Ponownie widząc nadzieję na to, że uda mi się wyswobodzić spod jego uścisku, schyliłam się tuż pod jego ramieniem, niewinnie się przy tym uśmiechając. Archie jednak skorzystał z tego, że byłam oszołomiona chwilą drobnego triumfu i sięgnął mojego nadgarstka, znowu przyciskając mnie do chłodnej, pokrytej bordową farbą ściany. Tym razem byłam już mocniej podirytowana, co tylko nakręciło chłopaka na to, by przystąpić do dalszych działań. Doskonale wiedząc, że znajdujemy się na środku korytarza, a ja wcale nie mam ochoty na wymianę drobnoustrojów, pochylił się nad moją szyją, delikatnie podgryzając moją bladą skórę. Czując, że przynajmniej chwilowo z nim nie wygram, nieco rozluźniłam się, czekając na odpowiedni moment, w którym będą mogła udać się we własnym kierunku. 
- Nie można było tak od razu? - zaśmiał się, ukazując rząd swoich śnieżnobiałych zębów. - Od razu lepiej. 
Uśmiechnęłam się tylko na to jak najbardziej uroczo umiałam, chwytając go w taki sposób, dzięki któremu mogłam swobodnie ruszyć w odpowiednią stronę. 
- Oszczędź entuzjazm na zajęcia, ogierze - prychnęłam, rzucając tą uwagę przez swoje odkryte ramię. Od razu skierowałam się do sąsiedniego budynku, gdzie jak zdążyłam się dowiedzieć, odbywały się zajęcia teoretyczne, co do których, nie ukrywajmy, odczuwałam sporą niechęć. Nie czułam się szczególnie zadowolona z postawionej mi sytuacji, w której zmuszona byłam do tego, by przybrać wymuszony uśmiech i posłusznie notować zalecenia wykładowcy. Na domiar złego nie miałam niczego, co posłużyłoby do zapisania dzisiejszego tematu. Ku mojemu zadowoleniu, znalazło się jednak kilka dobrych dusz, które uratowały mnie kilkoma kartkami i zasłużonym długopisem. Zresztą, istniała raczej mała możliwość na to, że będę się w pełni skupiała na tym, co akurat było omawiane. Zamierzałam odbębnić czterdziestominutowe zajęcia, zastanawiając się podczas nich nad tym, dzięki jakiej wymówce ominę następne wykłady. 
- Siadajcie - rzuciła cicho instruktorka siadając za biurkiem, które mieściło się na środku olbrzymiej sali. Kobieta nagle oprzytomniała, kładąc stos papierów na blacie mebla, by następnie przenieść wzrok zarówno na mnie, jak i na Archiego, który szybko pojawił się u mojego boku. Zgromiłam go dyskretnie spojrzeniem, na co on tylko niewinnie się uśmiechnął, wzruszając swoimi szerokimi ramionami. - Wy możecie usiąść w środkowym rzędzie. Tam, w wolnej ławce. 
- Specjalnie kręcisz tak biodrami? - wyszeptał mi na ucho, wciąż pozostając między nami przestrzeń, dzięki której mógł oglądać moją sylwetkę z odpowiedniej odległości. 
- Specjalnie mnie prowokujesz? - odwarknęłam, siadając we wskazanej ławce, która na całe szczęście mieściła się w ostatnim rzędzie. Gwarantowało to nie tylko swobodę, ale i większą prywatność. Rozsiadłam się wygodnie na miejscu, dyskretnie naciągając swoją spódniczkę do dołu, zauważając, jak nieco zawinęła się kilka sekund wcześniej. 
- Swoją drogą, wygląda na solidnie niezaspokojoną - mruknął, wskazując ruchem głowy kobietę, która zajęła się zapisywaniem pierwszych informacji na szerokiej tablicy. Przeniosłam na nią swoją uwagę, rzeczywiście dostrzegając w niej kilka czynników, dzięki którym mogłabym przyznać chłopakowi rację. Zamiast tego położyłam dłoń na jego kolanie, nie mogąc się powstrzymać przed wypowiedzeniem jednej, drobnej uwagi. 
- Ty byś się nią zajął, prawda? Jak na przykładnego obywatela przystało? 
- Na pewno nie lepiej, niż zająłbym się Tobą - mruknął nachylając się nad moją szyją, powodując, że przebiegły mnie przyjemne, wiadomego pochodzenia ciarki. Szybko się jednak powstrzymałam, ponownie odpychając go od siebie na przyzwoitą odległość. Archie posłał mi lekko zdziwione, roześmiane spojrzenie. Wywróciłam na nie oczyma, udając, że jego obecność nie wywiera na mnie większego wrażenia. Zgrywałam obojętną, podczas gdy on posuwał się jeszcze wyżej ze swoją dłonią, które położył chwilę wcześniej na moim udzie. W końcu zniknęła pod materiałem spódniczki, a ja wstrzymałam powietrze, zaciskając jedną ze swych dłoni na blacie ławki.


Archie?

Od Cheryl C.D Archiego +18

Wstając rano nie spodziewałam się, że obudzę się obok Archiego. Otworzywszy szeroko swoje zaspane, zmęczone oczy, przeniosłam swój wzrok na chłopaka, który wciąż jeszcze spał. Jego klatka piersiowa unosiła się w określonym, spokojnym rytmie, podczas gdy jego ręka obejmowała mnie delikatnie w talii, przyciskając mnie do jego krocza. Oszołomiona tym wszystkim potarłam swoje skronie, mając nadzieję na to, że wszystko sobie przypomnę - czułam się tak, jakby moja głowa miała zaraz eksplodować z nieznanych dla mnie przyczyn. Przy tym czułam się niesamowicie, wiedząc, że rudowłosy świadomie zdecydował o tym, że znajdziemy się w jednym łóżku - byłam mu za to wdzięczna, bo musiałam przyznać, że nie potrzebowałam w tamtej chwili niczego bardziej, niż spędzenia nocy u jego boku. Co prawda moja głowa była pełna niewyjaśnionych spraw, także dotyczących śpiącego Archiego, ale nie pragnęłam wtedy niczego po za tym, by móc jak najszybciej powtórzyć to, co łączyło nas kilka godzin wcześniej. Mogłam mieć tylko nadzieję, że chłopak zmienił nieco o mnie zdanie, a nasze chwilowe bitwy będą mogły zejść na dalszy plan. Wykorzystałam jednak sytuację, zdejmując rękę z jego karku, by przenieść ją na jego prawie gładki, pokryty góra dwudniowym zarostem policzek. Musnęłam go opuszkami swoich smukłych palców, by następnie wstać, w duchu żałując, że ta noc postanowiła się skończyć. Postanowiłam ostatecznie, że nie zrobię kroku w żadną stronę, jeśli nie będę pewna tego, jak postrzega mnie rudowłosy. 
Odkrywając z siebie koc, z zamiarem wstania, dopiero wtedy uświadomiłam sobie, że jestem całkowicie naga. Będąc już w łazience, podczas zakładania na siebie bielizny spostrzegłam coś, o czym całkowicie zapomniałam - świeżą, zrobioną ewidentnie przez mieszkającego ze mną chłopaka malinkę. Na całe szczęście, utkwiona była w miejscu, które gwarantowało niemalże stuprocentową dyskrecję. Uśmiechnęłam się mimo wszystko pod nosem, kiedy podczas wychodzenia z pomieszczenia dostrzegłam, że Archie już nie śpi - stał przy otwartych drzwiach, ubrany jedynie w czarne bokserski, ukazując tym samym wszystkie liczne zadrapania, które zdobiły jego umięśnione plecy. Przygryzłam szybko dolną wargę, doskonale zdając sobie sprawę z tego, że to ja byłam osobą, którą postanowiła w tak brutalny sposób oznakować swojego, chwilowego, łóżkowego partnera. Nie czułam się jednak winna, pamiętając wciąż o siniaku, który widniał tuż nad moją piersią. 
- Musimy iść do biura - fuknął oburzony, pojedynczym spojrzeniem lustrując mój dekolt, który był nieznacznie widoczny spod mojego ubrania. Szybko jednak oprzytomniał, zaciskając mocną swoją szczękę, by ponownie nie powrócić wzrokiem do tych partii ciała, do których miał limitowany wgląd zaledwie kilka godzin wcześniej. Podszedł wolnym krokiem do szafy, z której wyciągnął swoje ubranie, wkrótce mające spocząć na jego odkrytym, zjawiskowym ciele. W powietrzu wisiało napięcie, jednak takie pozytywne, informujące nas wzajemne tylko i wyłącznie o tym, że wciąż brakuje nam pewnego rodzaju szczególnych doznań. 
- Wiesz o co chodzi? - spytałam, nawiązując do polecenia, które przekazał nam chłopak przysłany do nas od właścicieli. Archie pokiwał tylko przecząco głową, przepuszczając mnie w progu naszego pokoju, który wkrótce zamknął na klucz. - To wprost cudownie. 
- Siadajcie - zachęciła nas ruchem dłoni Elizabeth, wskazując wygodną, w odcieniu białej czekolady sofę. Usiedliśmy na niej na tyle blisko siebie, że wystarczył tylko jeden ruch, by nasze kolana się ze sobą zetknęły. Obydwoje spoglądaliśmy z wyczekiwaniem na małżeństwo, w głowie próbując odgadnąć, o co im chodzi. Przypuszczałam, że moje nocne wyjście nie było największym wykroczeniem. 
- Jak pewnie doskonale wiecie, wasze ostatnie zachowanie nie należy do szczególnie godnych naśladowania - zaczął Rose, podpierając się plecami o szklany regał. - Mam nadzieję, że wiecie, o co mi chodzi. 
- O ile zachowanie na stołówce można było przełknąć, tak nie potrafimy zrozumieć waszych następnych kroków - ciągnęła kobieta, wspierana przez męża aprobatycznym skinieniem głowy. - Zatajenia niezwykle ważnej prawdy - tutaj spojrzała na Archiego, z niesmakiem przyglądając się jego twarzy, po czym z powrotem wbiła wzrok w swoje biurko. - rozprowadzania narkotyków, nieważne w jakiej ilości, sprowadzania tutaj prostytutek, licznych awantur jak i nocnego, niezwykle głośnego seksu. 
- Wydawało mi się, że to nasza sprawa, co robimy w nocy we własnym łóżku - baknął rudowłosy, jakby omijając resztę argumentów. 
- Oczywiście, że to wasza sprawa. Nie mniej jednak, czas ponieść konsekwencje swoich dorosłych wyborów. Na razie zastanowimy się z resztą kadry, czy warto dać wam następne i następne szanse. Jak na ten moment, przydacie się do czegoś i na własną rękę znajdziecie się w Miami, gdzie kupicie kilka niezbędnych pasz - odparł Rose, obserwując nas surowym spojrzeniem. - Skoro pan Andrews wiedział, gdzie znaleźć kontakt do prostytutki, to liczymy na to, że także zaprowadzi was do odpowiedniego miasta. Do widzenia - wskazał na drzwi od gabinetu, przez które wkrótce wyszliśmy na główny korytarz. Wymieniliśmy się spojrzeniami, wreszcie postanawiając, że odpowiednim krokiem będzie wyjście spoza terenu akademii i odnalezienie dobrej trasy. 
- Będziesz wiedział, jak tam dojść? - spytałam go po kilku minutach dłużącej się wędrówki, zatrzymując się pośrodku pola, na którym się znaleźliśmy. 
- Mogę Ci pokazać, jak dojść w szybki i skuteczny sposób - mruknął mi prosto do ucha, delikatnie przygryzając jego płatek. Niezauważalnie wręcz wzdrygnęłam się, obracając się w jego stronę - spoglądałam w jego błyszczące wyzwaniem tęczówki, przenosząc wkrótce wzrok na usta, w które wpiłam się z przesadną subtelnością. Archie od razu odwzajemnił mój pocałunek, przeobrażając go w gest wypełniony nieugaszonym pożądaniem i przesadną pewnością siebie. Muskając moje wargi, przygryzając je podczas namiętnych pocałunków, sunął swoimi dużymi dłońmi po moich plecach, kierując się coraz niżej i niżej. Odnajdując moje pośladki, skryte pod materiałem spódniczki, lekko ścisnął je, powodując, że jęknęłam prosto do jego rozchylonych ust. Szybko zrzucił z siebie bluzę, rozkładając ją tym samym niedbale na trawie, by popchnąć mnie na nią delikatnie, przyciskając mnie do gęsto rosnącej trawy ciężarem swojego ciała. Czując na sobie jego wybrzuszone krocze, zdarłam z niego koszulkę, wciąż dysząc tuż obok jego miękkich warg. Rudowłosy wyraźnie zaznaczał, że to on zamierza objąć kontrolę nad tym, co wydarzy się w kolejnych minutach - całował mnie po odkrytej szyi, jak i sporym dekolcie, który odkrył zaraz po tym, kiedy zrzucił ze mnie dopasowaną, jasną koszulkę. Zaznaczał każdy swój następny krok mokrymi pocałunkami - zatrzymywał się przy obojczykach, badając ich kształt, jak i przy piersiach, którym zaoferował wyjątkowo dużo uwagi. Ze skupioną miną i pożądaniem w oczach po raz ostatni dmuchnął na swoje drobne, wczorajsze dzieło, po czym przeszedł jeszcze niżej, odbierając mi możliwość przejęcia inicjatywy. Archie nabierał coraz większego tempa, najwidoczniej nie mogąc powstrzymać się przed tym, by zsunąć ze mnie opinającą się na biodrach spódnicę. Jeździł dłońmi po wewnętrznej stronie moich ud, delikatnie drażnił je, błądząc w okolicy, która zarezerwowana była tylko dla tych, którzy byli w stanie przekonać mnie do tego, by odsłonić część swojej największej intymności. Chłopak jednak poszedł krok dalej - skubnął zębami materiał skąpej bielizny, z zadowoleniem obserwując, jak dolna część mojej garderoby ląduje na trawie nieopodal reszty części naszego ubioru. Zdjął ze mnie także wreszcie stanik, nie mogąc powstrzymać się przed tym, by nie zająć się ich pieszczeniem. 
W końcu nie wytrzymałam i wykorzystałam korzystną okazję - złapałam go za szlufkę od jego spodni, powodując, że tym razem to on znalazł się na przegranej pozycji. Badając dłońmi jego nieskazitelnie gładki, umięśniony tors, starałam się doprowadzić do tego, by zapięcie jego spodni uległo ruchom mojej drżącej dłoni. Zamek wkrótce zaczął współpracować, dzięki czemu zdjęłam z niego spodnie, obdarowując go jednym, szybkim pocałunkiem w usta. Rozchylając jego delikatne wargi, schodziłam dłonią niżej i niżej - aż w końcu dotarłam do gumki bokserek, którą szybko odchyliłam na tyle, bym mogła wsadzić pod nie swoją dłoń. Z rosnącą ekscytacją chwyciłam jego olbrzymiego, twardego członka, wsłuchując się w oddech chłopaka, który nienaturalnie przyspieszył. Zwiększałam coraz bardziej szybkość ruchów mojej dłoni, uciszając głośne jęki chłopaka subtelnymi pocałunkami. Ostatecznie nie wytrzymał tego stanu, do którego go doprowadziłam - kiedy byłam już niemalże pewna, że chłopak znajdzie się na skraju swojej cierpliwości, ten obrócił mnie, kładąc z powrotem na swojej dużej, ciepłej bluzie. Rozchylił w ekspresowym tempie moje długie, drżące nogi, samemu pozbywając się bokserek, które były napięte do granic możliwości pod wpływem jednego szczegółu, który rosnął wraz z pożądaniem Archiego. Nie minęła kolejna chwila, kiedy poczułam w swoim podbrzuszu ostre, silne pchnięcie - objęłam jego szerokie biodra udami, obserwując, jak zwiększa ich prędkość. W tamtym momencie już nawet nie powstrzymywałam się przed tym, by zacząć głośno jęczeć - szarpałam go za rude włosy, chcąc sprawić, by był jak najbliżej mnie. W końcu poczułam to błogie uczucie, które pozwoliło mi na całkowite rozluźnienie swoich napiętych mięśni. Westchnęłam jeszcze raz, czując w sobie pulsującą cząstkę Archiego, który wkrótce także szczytował, z bladym uśmiechem na ustach opadając na moją klatkę piersiową.


Archie? 

Od Cheryl C.D Archiego

Szybko zebrałam się w sobie na to, by odnaleźć drogę powrotną do akademika. Tym razem wędrówka była dużo przyjemniejsza i znacznie szybsza - ruszyłam żwawym, zgrabnym krokiem, który doprowadził mnie prosto do bramy prowadzącej do obszernej posesji. Ominęłam dużą, czarną bramę, wyglądem przypominającą tą, która prowadziła do mojej rodzinnej posiadłości, a także wszystkie budynki, które skrywały za sobą ten szczególny, mieszczący mój pokój. Przed głównym wejściem lekko zawahałam się przed tym, by przestąpić przez próg - w kieszeni spodni znalazłam paczkę papierosów, po które sięgałam w wyjątkowych i szczególnie stresujących wypadkach. Czując, że moich napchanych tytoniem towarzyszy nie pozostało już zbyt wiele, schowałam paczkę z powrotem do kieszeni, w duchu obiecując sobie, że dnia następnego wybiorę się na drobne zakupy do Miami. Tymczasem jednak skierowałam się do swojego pokoju, powoli przemierzając szerokie stopnie schodów. 
- Nie jestem pewien, czy naprawdę chcesz tam iść - poczułam na swoim nadgarstku silny, męski uścisk, który z pewnością należał do bruneta, szepczącego mi te słowa niemalże do ucha. Obracając się na pięcie, by spytać chłopaka, o co konkretnie mu chodzi, zobaczyłam zarówno jego rozszerzone źrenice, jak i wygłodniały wzrok. Odpuściłam sobie więc nocne konwersacje, z dumnie uniesioną do góry głową wchodząc do pokoju, zastanawiając się nad tym, w jaki sposób odpowiedzieć na ewentualne pytania. To jednak, co działo się w środku, przeszło wszelkie możliwe granice. 
- Och, spokojnie, nie przeszkadzajcie sobie - rzuciłam na wstępie roznegliżowanej parze, składającej się z Archiego i panienki lekkich obyczajów w roli głównej. Chłopak oderwał się od jej biustu, nad którym jeszcze chwilę wcześniej wisiał, podczas gdy jego niezwykle porządna partnerka z niesmakiem próbowała wydostać się spod jego umięśnionego torsu. 
- Nie było żadnej cholernej mowy o jakimkolwiek trójkącie! - wybuchła, zakładając na siebie zrzucone na podłogę elementy swojej garderoby. Na koniec całego przedstawienia zgarnęła jeszcze z portfela chłopaka pieniądze, prawdopodobnie w dużo większej kwocie, niż była wcześniej ustalona, ostatecznie szybko opuszczając pomieszczenie, nie zwracając uwagi na błagalne prośby napalonego Archiego. Przyglądałam się wszystkiemu z nieukrywanym rozbawieniem, dopiero wtedy rozumiejąc, co Armin miał chwilę wcześniej na myśli. 
- Chyba właśnie uciekły Ci pieniądze i implanty w obwisłych cyckach - skwitowałam, z niedowierzaniem kręcąc głową. 
- Musiałaś to zrobić, prawda? Świetnie się przy tym przynajmniej bawiłaś? 
- Wybitnie dobrze - uśmiechnęłam się szeroko, wcale nie żałując tego, co miało przed sekundą miejsce. Wbiłam tęczówki w ekran swojego telefonu, przeglądając ze znudzeniem wiadomości od facetów, z którymi nigdy przedtem nie utrzymywałam kontaktu. Większość skasowałam, nie dając powodów do tego, by ktoś stwarzał przeze mnie złudne, nieprzyjemne nadzieje. - A Ty, jak się czujesz po tym, jak nawet prostytutka nie miała ochoty Cię zaspokoić? 
W tym momencie Archie po raz ostatni na mnie spojrzał, jakby wiedząc, że dalsza wymiana zdań nie przyniesie niczego dobrego. Prychnął tylko pod nosem, przez kilka minut przeklinając pod nosem problem, z którym zostawiła go ciemnowłosa dziewczyna. Gdyby nie to, że był na mojej liście osób definitywnie skreślonych, nawet skłonna byłabym do tego, by współczuć mu pozostawionej samej sobie erekcji i nie zgaszonemu pożądaniu. Zamiast tego, cierpliwie poczekałam, aż mój współlokator uciszy się, posłusznie umyje swoje zęby, aż wreszcie uda się do swojego łóżka. Gdy byłam niemalże pewna, że już śpi, wyszłam z łazienki, w której zdążyłam się już niemal całkowicie rozebrać - pozostałam jedynie w czarnej, koronkowej bieliźnie, która więcej odkrywała, aniżeli zakrywała. Nie zrobiłabym tego, gdyby nie fakt, że moja koszula nocna gdzieś się zawieruszyła - paradowałam więc po całym pokoju w samej bieliźnie, przekonana, że chłopak już dawno odpłynął do odległej krainy. Tak się jednak nie stało - skończyło się na tym, że wpatrywał się we mnie z uśmieszkiem, którego nigdy wcześniej nie dostrzegałam na jego twarzy. W tamtym momencie szybko pożałowałam, że schylałam się nieopodal jego łóżka, dając mu wgląd do mojego biustu. 


Archie?

Od Cheryl C.D Archiego

Wchodząc do pokoju nie czułam nic. Nic, po za pogardą. Bez słowa przemierzyłam całą jego długość, wbijając dumny wzrok w stojącą naprzeciwko szafę, do której zresztą zmierzałam. Czułam na sobie palące spojrzenie Archiego, jednak zignorowałam ten fakt, udolnie udając, że nie zwracam większej uwagi na jego obecność. Skupiając się na stukocie moich szpilek, słyszalnym, gdy poruszałam się po jasnych panelach, otworzyłam obszerną szafę. Wzrokiem odszukałam odpowiednią półkę, gdzie posegregowałam swoje ubrania w równą kostkę. Wzięłam ostatecznie pod pachę dużą, czarną i w dodatku męską bluzę, która wcześniej należała do Jasona, wciąż pachnącą jego perfumami, które najwidoczniej jeszcze nie zdążyły zmieszać się z powietrzem. Chwyciłam także czarne, dopasowane jeansy, z którymi wkrótce zniknęłam w łazience. Chciałam wszystko sobie poukładać w głowie, cokolwiek miałoby to oznaczać. Wypięłam z włosów wsuwki, rozczesałam je i powoli ubrałam dużo wygodniejsze ubranie, by w końcu zdecydować się na to, by spojrzeć w lustro. 
Nie potrafiłam udawać, że podobało mi się to, co w nim ujrzałam. Moje odbicie było blade, smutne a przy tym tak bardzo nie pasujące do tego, co ostatnio działo się w moim zagmatwanym życiu. Starłam jeszcze krwistoczerwoną szminkę, pachnącą na kilometr syropem klonowym. 
Wychodząc z pomieszczenia nie spodziewałam się, że ujrzę w pokoju właściciela akademii, którego nie miałam okazji poznać bliżej. 
Wtedy po raz pierwszy też spojrzałam na Archiego, który z nim rozmawiał. 
- Cheryl, dobrze, że jesteś - odezwał się mężczyzna, robiąc kilka kroków przed siebie. - Właśnie rozmawialiśmy na temat tego, co wydarzyło się na stołówce. 
- To nie ma większego znaczenia - odparłam cicho. - Doszło do krótkiej wymiany zdań. 
- Obawiam się, że było jednak nieco inaczej - uśmiechnął się półgębkiem, spoglądając a to na mnie, a to na siedzącego na łóżku chłopaka. - Nie może dojść do takiej sytuacji następnym. 
- Nie będzie następnego razu - wypaliłam szorstko i dobitnie, wchodząc w słowo drugiemu winowajcy, który już rozchylił swe usta, by dodać swoje kilka groszy do całej sytuacji. 
- Tak, raczej nie ma szans na to, by kiedykolwiek się to powtórzyło - zaśmiał się z niesmakiem na ustach, wyzywająco spoglądając w moim kierunku. - Zwłaszcza z Cheryl. 
- Spokojnie, już wychodzę. Będziesz mógł na mnie nadawać bez zbędnych ograniczeń, chociaż obawiam się, że nie potrzebowałeś do tego mojego specjalnego zaproszenia. Do widzenia, panie Rose. - dodałam, uśmiechając się smętnie do dyrektora. 
Zaraz po wyjściu z pokoju opuściłam także cały budynek, podążając prosto przed siebie, pomimo tego, że nie byłam pewna, którędy powinnam iść. Niebo było już ciemne, a na pewno ciemniejsze, niż w zwyczaju miało być w tych rejonach. Gdyby nie gwiazdy, które świeciły na nim, jak i księżyc, majaczący gdzieś za puszystymi, gęstymi chmurami, prawdopodobnie nie miałabym zielonego pojęcia co do tego, gdzie idę. Ledwo dostrzegalna ścieżka wkrótce zniknęła spod moich nóg, ustępując miejsca trawie prowadzącej prosto na rozległe pastwiska. Pasące się na nich konie nie zwróciły na mnie większej uwagi - zupełnie tak, jakbym była niezbędnym elementem całej układanki. Pomimo tego, że czułam się jak intruz. Zresztą, prawdopodobnie tak też byłam postrzegana - ludzie, wcześniej uśmiechający się do mnie, teraz mijali mnie z dziwnym, co najmniej nietypowym wyrazem twarzy. Zignorowałam to jednak. Szłam zwyczajnie przed siebie, orientując się, że pastwiska i gęstwiny pól zamieniły się wysoki las iglasty. Panował w nim klimat, którego tak bardzo potrzebowałam - poczucie izolacji i uodrębnienia od całej reszty świata. Beztrosko, doskonale wiedząc, że nikogo nie obchodzi mój los, chłonęłam zapach wilgotnej ściółki i letnich kwiatów. 
Wkrótce jednak zamarłam. Mgła unosząca się nad jeziorem, do którego przypadkiem dotarłam, przypomniała mi o Riverdale. O Jasonie. O naszym ostatnim spotkaniu. O widoku jego martwego, postrzelonego ciała. O tej całej szopce. O mojej matce. O ojcu, o prawdzie na jego temat. O tym wszystkim, co skłaniało mnie do tego, bym opuściła ten świat. Czułam się niepotrzebna. Odrzucona. Podejrzewałam, że z dnia na dzień coraz bardziej zagłębiałam się w tym bagnie, które obejmowało mnie całą. Komu zaszkodziłoby to, gdybym wreszcie zniknęła? Komu? Matce, która miała mnie w swoich szlachetnych czterech literach, czy może Jason'owi, którego już ze mną od jakiegoś czasu nie było? 
Nie wiedziałam, co zrobić. Usiadłam na drewnianym pomoście, nie widząc niczego, co mnie otaczało. Wsłuchiwałam się w ciche ruchy poruszonej wody, jak i w końcu we własne łzy, które spływały po moich policzkach.


Archie?

Od Cheryl C.D Archiego

Na moją prośbę pierwszym miejscem, jakie udało nam się odwiedzić, była stajnia. Po drodze Armin opowiadał nam o tym, jak wygląda u nich zwykły dzień, choć musiałam przyznać, że nieszczególnie słuchałam go z pełną uwagą. Skupiałam się na tym, by nie potknąć się na grząskim żwirze, a także, przyznam szczerze, przyglądałam się mężczyznom, którzy mijali nas po drodze. Widocznie Archie zauważył moje poczynania, bo prychnął na tyle głośno, że wzbudził tym ruchem nie tylko moje spojrzenie, ale także to należące do bruneta, który odebrał to bardziej jako oznakę zniesmaczenia odnośnie tego, co nam właśnie przekazywał. Zgromiłam więc chłopaka wzrokiem, nie chcąc, by jego awersje doprowadziły do sytuacji, w której zostałaby wyrobiona opinia na mój temat na podstawie tego, jak zachowywał się chłopak, z którym chcąc czy też nie dzieliłam pokój. Traktowałam wyjazd do akademii jako formę nowej przepustki, pewnego rodzaju czystej karty, którą tak usilnie próbował zabrudzić osobnik wiedzący o mnie stanowczo zbyt dużo. Na całe szczęście, szybko znaleźliśmy się przed wejściem do głównej stajni, gdzie mieszkały konie stajenne, dostępne do naszej dyspozycji. 
- Stajnia mieści nieco więcej koni, niż aktualnie w niej przebywa - odparł beznamiętnym tonem Armin, przepuszczając nas przez starannie zamieciony próg. Ruszyłam powoli przed siebie, zaglądając do co do niektórych boksów, w których wciąż tkwiły konie. - Jest kilkoro kopytnych, które przebywają tutaj na stałe, ale zdarza się, że ilość koni szkółkowych się zmienia. Przykładowo jeszcze całkiem niedawno nie było tutaj Ametysta, a teraz podbija serca początkujących, jeżdżąc głównie w rekreacji - wskazał ruchem głowy na ślicznego, zadbanego haflingera, który skubał w tym czasie drewno, będące zabudową jego przestronnego boksu. Szarpnął swoimi dużymi zębami także wiadro, w którym pozostawione były resztki mieniącego się pod padającym tam światłem owsa. Podeszłam do jego lokum, by już po chwili móc głaskać go po różowych, mięciutkich w dotyku chrapach.
- O, zobacz - wyparował nagle Archie, bez zbędnego skrępowania kładąc mi rękę na ramieniu, co mogło oznaczać tylko i wyłącznie to, że chłopak zamierza zrobić coś, co zrówna mnie z ziemią. Dałam się jednak podprowadzić do jednego z następnych boksów, co było głównie sprawką tego, że byłam niesamowicie ciekawa głupoty, która mogła pojawić się w jego, cóż, ograniczonej głowie. - Ten wygląda zupełnie jak Ty - mruknął, zatrzymując się kilka kroków dalej, gdzie skierowałam swoje spojrzenie w stronę klaczy, która niekoniecznie wyglądała szczególnie przyjaźnie. Mimo mądrych, dużych oczu, wytrzeszczyła ostrzegawczo białka swych ślepi i rozszerzyła chrapy, z których niespokojnie wydmuchiwała powietrze. Stulone uszy przykryte miała długą, przepięknie falowaną grzywą, którą równocześnie odganiała się od natarczywych much. Skwitowałam uwagę chłopaka wywróceniem oczu, pomijając fakt, że ten wciąż śmiał się wraz z naszym przewodnikiem, który jakby na chwilę zapomniał o tym, co miał robić. Podczas gdy ja przyglądałam się kolejnym rumakom, coraz bardziej tracąc nadzieję na to, że mój wyjazd w te okolice miał w ogóle jakikolwiek sens, to pozostała dwójka zajęła się głośną rozmową, wkrótce przerwaną przez przechodzącą przez stajnię kobietę, która na pierwszy rzut oka wyglądała na instruktorkę. Moje domysły okazały się słuszne.
- Chyba nie po to tutaj przyszliście, prawda? - szatynka zatrzymała się przy, jakby nie było, moich towarzyszach, kokieteryjnie opierając jedną ze swych smukłych dłoni na szerokim biodrze. Była raczej krągłych kształtów, co nie przeszkodziło jednak Archie'mu w tym, by zawiesić na niej swój głodny wzrok. Mogłam przysiąc, że wystarczyłaby jeszcze tylko jedna chwila, by przez jego rozchylone usta wypłynęła wiązanka mydlących oczy komplementów. Temu palantowi nie przeszkadzało to, że miał mieć z nią w przyszłości jazdę, ani to, że znajduje się w towarzystwie nie tylko moim, ale także Armina. Nie mogłam powstrzymać się przed tym, by niemalże wybuchnąć śmiechem. Wychodząc z budynku słyszałam jeszcze, jak ciągną ze sobą rozmowę, która stanowczo schodziła na złe tory. 
- Hej, hej. Chyba się jeszcze nie znamy?
Spojrzałam na przystojnego, szeroko uśmiechniętego chłopaka, który przyglądał mi się ze skrzyżowanymi rękoma, w których trzymał dwa mocno splecione uwiązy. Uśmiechnęłam się najprzyjemniej jak tylko umiałam, podchodząc bliżej ogrodzenia, na którym siedział. 
- Chyba nie. Cheryl, Cheryl Blossom - odparłam, wyciągając w jego stronę dłoń, którą delikatnie uścisnął, trzymając ją nieco dłużej w swojej, niż zdecydowanie powinien. Zignorowałam jednak ten fakt, zachwycona pięknym kolorem jego błyszczących tęczówek.
- Malcolm, do usług - wyszczerzył się, schodząc z niedawno wymalowanego ogrodzenia. - Jeśli się nie mylę, przyjechałaś tutaj wczoraj z takim wysokim chłopakiem, tak? Z Riverdale? 
- Zgadza się - pokiwałam lekko głową, odgarniając ze swojego czoła włosy. Z ust chłopaka nie znikał uśmiech. - Uczysz się tutaj?
- Nie do końca. Bardziej tutaj pracuję - wzruszył ramionami, podrywając się z miejsca. Oddalił się w stronę w stajni. - Do zobaczenia później?
Nie odpowiedziałam jednak, a jedynie pomachałam mu, odchodząc w stronę odpowiedniego budynku. Przed drzwiami zetknęłam się z moim współlokatorem, który z niemałym zniesmaczeniem przyglądał się całej sytuacji.
- Jak tam z kolejną nauczycielką? - zaszczebiotałam, ostentacyjnie mrugając ciemnymi rzęsami. 
- Nie masz za grosz wstydu - prychnął, wkładając ręce do kieszeni spodni. Wywróciłam na to tylko oczami. - A Tobie jak powodzi się z chłopakiem, który prędzej czy później zrozumie, że jesteś zwykłą dziwką? 
Wyglądało na to, że mimo wszystko delikatnie wyprowadziłam go z równowagi. Zdarzało mu się, że był na mnie zły, ale nie słyszałam jednak do tej pory, by użył w stosunku do mnie tak dobitnych określeń. Chyba dotarło do niego, co powiedział, jednak było już nieco za późno - zamachnęłam się dłonią w kierunku jego policzka, gdzie wkrótce pojawił się duży, czerwony kształt. Przez sekundę popatrzyłam mu w zdumione tęczówki, po czym ominęłam go, ruszając szybko do pokoju. W tamtym momencie obiecałam samej sobie, że uratuję swój honor, nie racząc go już swoją uwagą, ani rozmową. Postanowiłam być konsekwentna i pokazać mu, jak bardzo żałuję tego, iż pozwoliłam sobie kiedykolwiek w jego obecności na chwilę słabości.


Archie? 

Od Cheryl C.D Archiego

- To wprost cudownie - mruknął niekoniecznie zadowolony Archie, z niesmakiem na ustach przeczesując swoje włosy. Mimo tego, że także nie byłam w pełni szczęśliwa z takiego obrotu sytuacji, puściłam jego słowa mimo uszu, podnosząc się równocześnie ze skórzanego fotela. Przed postawieniem pierwszych kroków schyliłam się nieznacznie, by wygładzić tył czarnej, koronkowej sukienki. 
- Zaprowadzę was. Lepiej, żebyście nie krzątali się o tej godzinie sami po budynku, bo większość uczniów jest już w swoich pokojach - odezwała się po chwili krępującej ciszy dyrektorka, także wkrótce podnosząc się ze swojego miejsca, które znajdowało się za dębowym, szerokim biurkiem. Pojawiając się tuż obok mnie, cicho odchrząknęła, sugerując mi odsunięcie się od drzwi, w kierunku których właśnie podążała. 
- Jutro rano nie będą was obowiązywały zajęcia, w których będzie uczestniczyła reszta Akademii - kontynuowała. - Po śniadaniu postaramy się znaleźć kogoś, kto was oprowadzi, a dopiero po tym omówimy pozostałe szczegóły. Jeśli będziecie czegoś potrzebowali, to ja albo mój mąż będziemy rano w swoim biurze, o ile to sprawa, która będzie mogła poczekać. 
Stojąc pod jasnymi drzwiami, które wyglądem nie różniły się od pozostałych znajdujących się na długim korytarzu, kobieta podała nam dwie pary metalowych kluczy, które z początku trafiły tylko i wyłącznie do mojej ręki. Blondwłosa przyglądnęła nam się uważnie, jakby chcąc sprawdzić, czy nie urządzimy czterogodzinnej imprezy w środku nocy, co nie rzutowałoby pozytywnie na opinię na temat całego ośrodka i panujących w nim zasad. 
- Macie jakieś pytania? - spytała jeszcze, z trudem powstrzymując serię długich ziewnięć, które zresztą wypuściła ze swych warg, ledwo gdy tylko zniknęła z naszego pola widzenia. 
- Zmiana pokoju jest możliwa? - wyrzuciłam z siebie w końcu to pytanie, które nie dość, że szczególnie interesowało mnie, to na dodatek stojącego obok mnie chłopaka. Przyglądał się on reakcji kobiety, która szybko i stanowczo odmówiła, choć obydwoje czuliśmy, że taka opcja była wykonalna, tylko dyrektorka postanowiła nam zrobić na złość.
- Wygląda na to, że jesteśmy na siebie skazani - mówiąc to, Archie otworzył drzwi do naszego pokoju, który okazał się znacznie większy, niż się tego spodziewaliśmy. Otworzył je na oścież, by zmieścić się w progu z walizkami, a nawet przepuścił mnie w wejściu, jakby chcąc pokazać, że stać go na resztki swojej zakurzonej kultury. Ominąwszy więc go, targając za sobą dużą walizkę, rozglądnęłam się po wnętrzu, tak bardzo różniącym się od tych, które otaczały mnie na codzień. W naszym nowym pokoju było całkiem przytulnie, a także łazienka nie okazała się być tak zła, jak można było się tego spodziewać. Wybrałam łóżko znajdujące się najdalej od drzwi wejściowych, a najbliżej łazienki, nie widząc większego problemu w tym, by mieć nad sobą zdradzieckie ułożenie sufitu. Za oparciem łóżka znajdowało się duże, czyste okno, z którego rozciągał się wprost cudowny widok na rozległe pastwiska. 
Podczas gdy ja zachwycałam się w duszy nad całkiem niezłym krajobrazem, mój towarzysz zdążył zamknąć drzwi i ułożyć walizkę obok swojego łóżka, za pewne z zamiarem jej późniejszego rozpakowania. Ja sama postanowiłam rozpakować tylko kilka najważniejszych rzeczy, czując, jak długa podróż niekoniecznie korzystnie wpłynęła na moje samopoczucie i jakąkolwiek zdolność logicznego myślenia, choć śmiałam twierdzić, że wykazywałam się nią niezbyt często. Słysząc za swoimi plecami ostentacyjny pomruk, odwróciłam się w stronę Archiego, skanując go beznamiętnym spojrzeniem. 
- Nie wiedziałem, Cheryl, że według Ciebie jesteśmy spokrewnieni. 
- Nie widzę w tym nic złego - odparłam beztrosko, zarzucając swoimi włosami do tyłu, w rzeczywistości nie wiedząc, jak wybrnąć z tej niewygodnej sytuacji. Wtedy, przy właścicielce, przytaknęłam jej pytaniu automatycznie, niekoniecznie zastanawiając się nad tym, co właściwie robię. Wciąż żyłam w przeświadczeniu, że mam brata, brata bliźniaka, którego tak bardzo przypominał mi Archie. Czułam, że przebywanie z nim w jednym pokoju nie będzie najlepszą opcją, zważywszy na to, jak bardzo przypominał mi o Jasonie. 
Ostatecznie więc podniosłam się ze swojej pościeli, ponownie omijając chłopaka, by zająć się częściowym rozładowaniem swojego bagażu. W rzeczywistości nie potrzebowałam aż tylu rzeczy, ale zbyt bardzo obawiałam się tego, co zrobi z nimi matka. Przyklęknęłam więc na podłodze, wyciągając z walizki dwie całkiem skromne kosmetyczki, które ustawiłam na wolnej półce w łazience. Jeszcze kilka ubrań zawisło w obszernej szafie, zanim stwierdziłam, że wyciągnięte przeze mnie rzeczy są absolutną wystarczalnością jak na jeden wieczór. Przy okazji tylko wyjęłam kilka pierdół, które wydawały mi się wyjątkowo niezbędne. Postawiłam także lampkę, znalezioną przeze mnie w szafie, na szafeczce znajdującej się tuż obok mojego łóżka. Na wyświetlaczu mojego srebrnego telefonu pojawiła się dosyć późna godzina, która tylko skłoniła mnie do tego, by powoli zacząć szykować się do spania. Zazwyczaj nie odpuszczałam sobie takiej możliwości, jaką było między innymi nocne zajmowanie się sprawami, na które w dzień nie znalazłam czasu, ale tym razem byłam stanowczo zbyt zmęczona, by nie przytulić się do swojej miękkiej, kremowej poduszki.
Wyprzedził mnie jednak w tym wszystkim Archie. Dużo szybciej i sprawniej zagospodarował dany nam czas, co oznaczało, że zdążył już nie tylko się rozpakować, ale także jako pierwszy zająć sterylnie czystą łazienkę. Z westchnieniem więc ułożyłam się na wygodnym łóżku, starając się, by ostatecznie nie zasnąć. Powieki samoczynnie, wbrew mojej woli opadały w dół, a wsuwki układające moje długie, rude włosy wbijały mi się w zmęczoną, niesamowicie ociężałą głowę. Kiedy myślałam, że minęła już wieczność, a moje myśli w końcu doprowadzą do tego, że odpłynę, chłopak wszedł do głębi naszego ciemnego pokoju, co nie sprawiło jednak, że nie dostrzegłam jego sylwetki. Chwilowo zamarłam, mając nadzieję na to, że nie dość, że się przewidziałam, to na dodatek Archie nie zauważył moich delikatnie rozchylonych ust.


Archibald?

Cheryl!


Imię: Cheryl - nie jest nazywana żadnymi skrótami od i tak już krótkiego imienia, ani nie posiada także żadnych przezwisk czy pseudonimów, które wymagałyby specjalnego traktowania, jakim byłoby wspomnienie o nich na każdym możliwym kroku. 
Nazwisko: Blossom. 
Wiek: Liczy sobie lat siedemnaście, co oznacza, że w świetle prawa nie jest pełnoletnia. Teoretycznie rzecz biorąc uniemożliwia jej to interesowanie się jakimkolwiek używkami, co nie znaczy jednak, że się do tego w należyty sposób ustosunkowuje. 
Płeć: Kobieta. 
Nr pokoju: 77
Głos: I tak nikt z niego nie korzysta okej XD 
Rodzina: 
Matka - Penelope Blossom - to kobieta, która w głównej mierze skupiła się na tym, by zapewnić ciągłość rodzinnemu majątkowi i umrzeć wraz ze zgodnie rozsławionym nazwiskiem. W gruncie rzeczy, niekoniecznie zależało jej na tym, by Cheryl bez obaw mogła wygłaszać swoją opinię i zdanie, co skończyło się tym, że ich stosunki nie są ani zdrowe, ani nawet poprawne. 
Ojciec - zmarły już Clifford Blossom poprzez samobójstwo - także nie dostałby orderu za to, jak prowadził swój tajemniczy żywot. Biznes i obawa przed oceną publiczną skłoniły go do tego, by nie dość, że zamordować z zimną krwią swojego syna i z pełną powagą prowadzić zagmatwane śledztwo, to na dodatek targnąć się na własne życie, gdy wykazał się wybitnym tchórzostwem zaraz po tym, gdy prawda wyszła na jaw. 
Brat bliźniak - Jason - został zamordowany z ręki własnego ojca, co wywarło na dziewczynie spore oszołomienie. Kochała go, uważała go za swoją bratnią duszę, a nawet była w stanie kryć go przed rodzicami, kiedy to chciał zacząć nowe, lepsze życie ze swoją dziewczyną.
Charakter: Cheryl jest jedną z tych osób, które nie dadzą się podporządkować nawet najbardziej racjonalnym regułom, a wszelkie próby manipulacji rudowłosej nie wchodzą w grę. W swoich poczynaniach jest niezwykle sprytna i pomysłowa, dzięki czemu bez większych skrupułów niekiedy powoduje, że ludzie diametralnie zmieniają o niej swoją opinię - nie zawsze na jej korzyść. Z reguły jest bezpośrednia, co często jest odbierane jako bezczelność, a nawet najgorszą i najokrutniejszą prawdę jest w stanie powiedzieć w sposób, który by tego nie zwiastował. Dla nowo poznanych jest przesadnie miła i uprzejma, zwłaszcza, jeśli potencjalny znajomy jest przedstawicielem płci przeciwnej. Doskonale wie, czego chce, a na dodatek jest na tyle zawzięta, że dąży do postawionych sobie celów bez zbędnych ograniczeń i dbania o przyszłe konsekwencje. Jest raczej beztroska w swoich poczynaniach i niekoniecznie martwi się tym, co przyniesie przyszłość. Bez względu na to, jakie mogą być pozory i pierwsze wrażenie - jest niezwykle uczuciowa, a obelgi kierowane w jej kierunku nie przechodzą obok niej obojętnie. Jest pamiętliwa i niekiedy zdarza się, że powraca do sytuacji, które szczególnie ją zabolały bądź zaszły jej za skórę. Mimo tego wszystkiego, potrafi współczuć i wyciągnąć pomocną dłoń, gdy istnieje taka potrzeba. Przy tym przywiązuje się do osób, które nie zawsze na to zasłużyły. [Do rzekomego uzupełnienia, które nie nastąpi zbyt prędko]
Aparycja: Dziewczyna nie jest bardzo wysoka, a jej wzrost można określić jako przeciętny - mierzy 167 centymetrów, jednak z racji zakładanych przez nią szpilek, wydaje się być dużo, dużo wyższa. Jej głównym atutem nie tylko są długie, smukłe nogi, czy też pełne, kobiece kształty - posiada długie, delikatnie falowane i w dodatku rude włosy, które bardzo często upina w różne fryzury. Jak na osobę o tym typie urody przystało, jej skóra jest nienaturalnie blada, co tylko podkreśla jej duże, orzechowe oczy i inne detale drobnej twarzy, takie jak pełne usta czy gęste rzęsy. Nie ukrywając - rzadko, naprawdę bardzo, ale to bardzo rzadko można ujrzeć ją bez makijażu, który jest nieodłączną częścią jej wizerunku. 
Ulubiony koń: Melania
Własny koń: -.
Poziom jeździectwa: Średnio-zaawansowany 
Partner: Archie <3
Historia: Cheryl urodziła się i dorastała w niedużym miasteczku, noszącym dumną nazwę Riverdale. Z racji posiadanego nazwiska, nie miała zbyt wielu trosk, a pieniądze zdecydowanie zbyt bardzo namieszały w jej głowie, aż do drastycznego momentu, w którym wszystko uległo nieznacznej poprawie - do czasu śmierci jej brata Jason'a. Nie lubi wracać do przeszłości, pomimo tego, że jest doskonale świadoma, iż wszystkie wydarzenia z teraźniejszości zbudowane są właśnie na niej. Stara się zapomnieć o tym, co było, a przede wszystkim o tym, jak wtedy zachowywała się na codzień. Co prawda nie zmieniła się w stosunku do wszystkich, ale taką miała nadzieję, gdy wyjeżdżała do Akademii. 
[zabijcie mnie, ta historia to wymuszone na mnie zlepki słów, ups]
*Inne: >wszystko zmieściło się wyżej, he he, he he. <
Kontakt: Reindeer. (z nieodłączną kropką na końcu.)