- Doskonale znanym mi pokojem, jest moje własne lokum, Słonko - powiedziałam wpatrując się w jego oczy.
- Obawiam się, że w niedługim czasie może to ulec zmianie - odpowiedział, po czym delikatnie musknął moje wargi, tak jakby całował kogoś na dobranoc. Subtelnie jak skrzydła motyla trzepoczące w ostatni, a zarazem pierwszy dzień ich życia. Uśmiechnęłam się i zsunęłam z maski czarnego auta, którego ciepłe wnętrze zdecydowanie mnie zachęcało.
- Jedziemy? - Zapytałam, patrząc kątem oka na parę chłopaków idących chodnikiem po drugiej stronie ulicy.
- Jeżeli panienka sobie tego życzy - puścił mi przysłowiowe oczko i usiadł na skórzanym fotelu samochodu. Wsiadając do samochodu spojrzałam jeszcze raz na dwójkę mężczyzn, jak się okazało homoseksualnych, którzy z niezwykłym zawzięciem całowali się nawzajem.
- Wiesz co, Harry, zawsze chciałam mieć przyjaciela geja - mruknęłam, zamykając za sobą ciemne drzwi. - Jednakże nigdy nie miałam okazji na zaprzyjaźnienie się z taką osobą - dodałam.
- Masz za to wspaniałego Hazzusia, który z całą pewnością zaspokoi Twoje każde prośby i żądania.
- Czy to jakaś propozycja? - Uśmiechnęłam się znacząco i dałam znać mężczyźnie, żeby wreszcie ruszył z miejsca.
~*~
Znajdując się na drodze położonej w środku lasu usłyszałam klnięcie Harry'ego, który wściekle stał nad maską samochodu. Rozbudzając się delikatnie, wysunęłam kawałek swojego ryjka na zewnątrz, szybko się jednak cofając, czując chłód, który zdominował dzisiejszą noc. Niebieskooki wkrótce jednak usiadł przy mnie, ciężko oddychając.
- Nici z planów wspólnej nocy, droga Adelko - mruknął brązowowłosy, po którego zachowaniu widać było jego wściekłość.
- Czy trzeba ograniczać się tylko do łóżka i pokoju? - Powiedziałam, trzepocząc rzęsami. Uśmiechnięty mężczyzna spojrzał w moją stronę, a ja bez żadnych dodatkowych działań splotłam nasze usta w pocałunku. Nie był taki jak zawsze - spokojny, bez żadnego pośpiechu. Wargi splatały się, a po chwili odpuszczały by można było nabrać odrobinę dawki mieszanki powietrza.
- Ja chcę tylko powiedzieć, że jutro o 17:00 wyjeżdżamy na zawody - wysapałam, a później znowu delikatnie przegryzłam wargę chłopaka.
- Jakoś sobie poradzimy - westchnął, usadzając mnie na swoich kolanach. Niskie wnętrze samochodu trochę przeszkadzało mi w dalszych działaniach, ale w głębi duszy wierzyłam, że wszystko pójdzie po mojej myśli. Duże dłonie Harry'ego pozbawiły mnie cienkiej narzutki, a gwałtownymi ruchami próbowały odnaleźć suwak ciemnej, opinającej sukienki. Bez zastanowienia pomogłam mu w tym, sama jakimś cudem dotykając miejsca między łopatkami.
- Zimno mi, wiesz? - Zapytałam, zostając już w samej bieliźnie, która nie dawała mi nic prócz skrycia najintymniejszych część mojego ciała.
- Zaraz się rozgrzejemy - zaśmiał się, a ja zaczęłam sunąć dłonią po jego zasłoniętym torsie. Palcami złapałam za pasek, który szybko odpięłam. Tym razem suwak chodził jak w zegarku, tak więc szybko go odsunęłam. Mężczyzna delikatnie uniósł się ku górze i zsunął ciemne spodnie. Całą sytuację przerwało gwałtowne walenie w szybę, która zaparowała. Niezgrabnie naciągnęłam na siebie sukienkę, a Harry spodnie. Nagle zrobiło mi się zimno, gdy musiałam dotknąć tapicerki drzwi.
- Samochód się zepsuł? - Zapytał młody mężczyzna o rudych włosach. Jego twarz miała delikatny, góra dwudniowy zarost.
- Niestety, ale tak. Nie mam pojęcia co się wydarzyło, może Pan trochę bardziej się zna? - Odpowiedział dziarsko Niebieskooki.
- Wydaje mi się, że mogę pomóc, zajrzymy pod maskę? - Mój towarzysz przytaknął głową, a ja zastałam w zimnym samochodzie, w którym jeszcze przed chwilą było dosłownie i w przenośni gorąco. Zaglądając na tylną kanapę znalazłam tam cieniutki kocyk, którym dokładnie opatuliłam swoje ciało.
~*~
Poczułam ciepłe wargi na swoim czole. Uśmiechnęłam się delikatnie i mocno przytuliłam ciało, które poznawałam już po samej szerokości ramion czy innych partiach mięśni.
- Ojj.. nie wyszła ta wspólna noc, Hazzuś - westchnęłam, przeciągając się.
- Przynajmniej samochód naprawiony, padłaś jak zabita w tym samochodzie. Ciężko Cię było wyciągnąć - uśmiechnął się półgębkiem.
- Sugerujesz, że jestem gruba? - Zapytałam, rzucając mu wściekłe, a zarazem roześmiane spojrzenie.
- Ja? No skąd! - Zakrzyknął, a ja niemalże sturlałam się z łóżka. Czując, że mam na sobie wczorajszą sukienkę, uśmiech zszedł mi z twarzy i spojrzałam poważnie na mężczyznę.
- Dobra, Harry, nie ma czasu teraz sobie żartować. Musimy ogarnąć wszystkie rzeczy do wyjazdu na zawody. Spakować stroje konkursowe, rzeczy do paki i konie do przyczepy, a nie mam pojęcia jak ten kobył na to zareaguje - mrugnęłam i założyłam na nogi szpilki, które wczoraj dodawały mi kilku centymetrów. - Lecę do swojego pokoju, żeby ogarnąć jaskółkę i oficerki, Ty też masz się szykować. O równo dwunastej widzimy się przed stajnią, jasne?
Nie czekając na odpowiedź chłopaka wyszłam z pokoju, a czarne obcasy zadudniły o podłogę korytarzu. Szybko skierowałam się do swojego lokum, w którym leżała pusta, otwarta i wielka walizka. Westchnęłam pozbywając się niewygodnych butów, po czym od razu skierowałam się do łazienki, by tam przebrać się z sukienki na najzwyklejsze, wygodne dresy, które zdecydowanie dawały mi więcej swobody. Wiedząc gdzie kryje się moje dziecko, którym była jaskółka z firmy Equiline, która na kołnierzyku i w pasie miała zdobienia w postaci kryształków. Z ogromną delikatnością, niczym do noworodka, chwyciłam za wieszak z długim frakiem i włożyłam do pokrowca.
~*~
- Wreszcie jesteś - wypadło to z ust Harry'ego, który z niedbałością zgasił papierosa.
- Nienawidzę Ciebie za to.. bez przesady, możesz palić, ale bez obecności koni, dobrze? - Mruknęłam, wtulając się w jego wystawione ramię. Bez żadnych już dodatkowych słów weszliśmy do stajni, by skierować swe kroki do siodlarni. Siodła połyskiwały w sztucznym świetle, a jedna z pak z pewnością należąca do mnie stała jeszcze nieotworzone. Wszystkie inne bowiem były otwarte do granic możliwości, a ich zawartość wytaczała się wprost na podłogę.
- Harry, siodło Cortes'a leży tam na samej górze, więc je weź i możesz od razu je sobie ściągnąć i spasować puśliska - westchnęłam, mocując się z zamkiem drzwiczek. Po chwili jednak odpuściły i moim oczom ukazał się tak duży burdel, że w swoim życiu większego nie widziałam. Dokopując się do białego kompletu, który leżał pod każdym innym, treningowym czaprakiem, wyciągnęłam go i położyłam na skórzanym fotelu. Duża DL zajmowała niemalże całą powierzchnię siedzenia.
- Chcesz może granatowy czapraczek? - Uśmiechnęłam się ciepło do Niebieskookiego, który mocował się ze sprzączką.
Harry? <3
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Adeline*. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Adeline*. Pokaż wszystkie posty
sobota, 11 listopada 2017
Od Adeline C.D Harry'ego
Spojrzałam na poważną twarz Harry'ego, która wręcz dobijała mnie w tym momencie bardziej niż pogoda za oknem.
- Zaskoczyłeś mnie.. nawet bardzo, Harry - powiedziałam, odgarniając włosy za ucho. Przełknęłam głośno ślinę, próbując złożyć jakieś zdanie w swojej głowie. - Nawet nie wiesz jak bardzo Cię w tym momencie pragnę - dopowiedziałam.
- Adeline, czyli oficjalnie się zgadzasz na bycie moją, i tylko moją? - Zapytał, gładząc wierzch mojej dłoni.
- Oczywiście, że tak, Głuptasie - zachichotałam, ale uśmiech szybko zszedł z mojej twarzy. Za oknem bowiem w tym momencie rozpętało się piekło. Wiatr zaczął targać gałęziami drzew, a krople dudniły o szyby okien. - Wszystko będzie dobrze.. nie denerwuj się - mruknęłam do siebie, by chociaż dodać sobie odrobinę otuchy.
- Boisz się? - Zapytał ciepło, po czym usiadł obok mnie. - Jeżeli tak, to nie masz czego, Kochanie. Nic przecież się nie stanie, jesteś w pokoju, cieplutkim i suchym, który nie dopuści do tego, żeby stała się Tobie krzywda.
- Boję się, ale mam wrażenie, że jedna rzecz jest silniejsza ode mnie - mruknęłam, po czym usiadłam na kolanach Harry'ego. Delikatnie przywarłam do jego warg, bawiąc się końcówkami jego loków. Nie miałam ochoty się śpieszyć, delikatnie pogłębiałam pocałunek, lecz po chwili się wycofywałam i tak w kółko. Czując na swojej talii dłonie chłopaka, uśmiechnęłam się i zeszłam dłońmi do krawędzi jego koszulki.
- Kochasz mnie? - Zapytałam, ale nie otrzymałam odpowiedzi. Mężczyzna uniósł mnie z fotela i przeniósł się na duże łóżko, od którego bił przyjemny chłód. Ponownie znalazłam się na kolanach, Harry'ego, co wykorzystałam. Delikatnie popchnęłam go do tyłu, a on upadając na plecy, pociągnął mnie za sobą. Uśmiechnęłam się, wiedząc, że góruję teraz nad chłopakiem. Splotłam nasze wargi w krótkim pocałunku, pozbywając się przy tym jasnoniebieskiej koszulki z torsu niebieskookiego. Odrzuciłam ją na bok pokoju, moje dłonie błądziły w okolicach paska od spodni, których chciałam się jak najszybciej pozbyć.
- A Ty kochasz mnie? - Westchnął, prawdopodobnie przez to, że palce należące z całą pewnością do mnie wślizgnęły się pod grubszy materiał dolnej garderoby.
- Oczywiście, że Ciebie kocham, nawet bardzo mocno - zachichotałam, a później gwałtownie zdjęłam swoją koszulkę polo, która do tej pory dokładnie opinała moją klatkę piersiową i brzuch. Brązowowłosy zaczął rysować palcem między moimi żebrami, a ja przy tym niemalże chciałam tarzać się ze śmiechu. Poczułam, że nogi chłopaka poruszają się w celu pozbawienia jednego z naszych ograniczeń. Paznokciami zahaczyłam o gumkę bokserek, które były do tej pory napięte do granic możliwości. Uniosłam jedną z brwi, gdy na twarzy chłopaka pojawił się szyderczy uśmiech. Zjechałam niżej i zaczęłam swoją zabawę Harry'm. Czasami kąśliwie, a czasami delikatnie bawiąc się jego przyjacielem. Wargi niejednokrotnie zahaczały o główkę członka, co sprawiało chyba największą przyjemność mojemu chłopakowi.
- Dość - wysapał, i w mgnieniu oka jakimś cudem znalazłam się pod nim. Mój biustonosz został ze mnie niemalże zdarty, a bryczesy odrzucone w kąt pokoju.
- Jesteś słodki, gdy zarazem masz uczucie przyjemności i zdenerwowania - mruknęłam, a po chwili jęknęłam gdy poczułam, że Harry nie będzie mnie oszczędzał.
~*~
Zastanawiałam się co o tej godzinie robię na dworze. Zegar wskazywał równą godzinę szóstą, o której na zewnątrz panował jeszcze delikatny półmrok.
- Adeline, powiem szczerze, jak chcecie to możecie wyjeżdżać TERAZ - powiedział właściciel Akademii. - Stajenni przygotowali Wasze rzeczy, konie szybko się załaduje, więc musicie podjąć teraz decyzję. Wyjazd byłby za góra dziesięć minut - dokończył. Posłałam zmęczone spojrzenie w stronę chłopaka, który wzruszył ramionami.
- Zrobimy jak uważasz, Adiśka.
- Jedziemy - mruknęłam, a po chwili wspięłam się na palce by ucałować policzek Harry'ego, na którym pojawił się delikatny, dwudniowy zarost. - Walizka moja jest w pokoju, więc idziemy Ciebie szybko pakować, Kotek.
Mężczyzna zasalutował, a ja roześmiana pobiegłam do akademika. Wyjęłam jakimś cudem klucz, szczelnie ukryty w kieszeni szarych dresów.
- Wyjmij walizkę, ja wyciągnę Twój frak, bryczesy i koszulę. Kask, palcat i inne rzeczy masz w pace, tak? - Zapytałam, posyłając mu roześmiane spojrzenie. W końcu, od kilku miesięcy stania w miejscu ruszę na jakieś zawody, które rozwinął mnie i Notte.
- Tak, siodło i rzeczy mam w pace. Ubrania do walizki - uśmiechnął się, gdy wyciągnął dużą walizkę. Moje oczy natknęły się na nowe oficerki, które były ukryte w rogu szafy. Sięgnęłam po nie i zrobiłam pretensjonalny wyraz twarzy.
- Myślałeś, że to przede mną zataisz? - Warknęłam, unosząc oficerki nieco wyżej.
- Czekają na wyższe klasy, Kotku - uśmiechnął się, a ja pokiwałam głową.
- No dobrze - odpowiedziałam i podeszłam z białymi rzeczami, oraz jedną wyróżniającą się czarną marynarką.
~*~
Oparłam swoją głowę o ramię chłopaka.
- Prześpię się przez chwilkę, dobrze? - Zapytałam.
Hazzuś? 8)
- Zaskoczyłeś mnie.. nawet bardzo, Harry - powiedziałam, odgarniając włosy za ucho. Przełknęłam głośno ślinę, próbując złożyć jakieś zdanie w swojej głowie. - Nawet nie wiesz jak bardzo Cię w tym momencie pragnę - dopowiedziałam.
- Adeline, czyli oficjalnie się zgadzasz na bycie moją, i tylko moją? - Zapytał, gładząc wierzch mojej dłoni.
- Oczywiście, że tak, Głuptasie - zachichotałam, ale uśmiech szybko zszedł z mojej twarzy. Za oknem bowiem w tym momencie rozpętało się piekło. Wiatr zaczął targać gałęziami drzew, a krople dudniły o szyby okien. - Wszystko będzie dobrze.. nie denerwuj się - mruknęłam do siebie, by chociaż dodać sobie odrobinę otuchy.
- Boisz się? - Zapytał ciepło, po czym usiadł obok mnie. - Jeżeli tak, to nie masz czego, Kochanie. Nic przecież się nie stanie, jesteś w pokoju, cieplutkim i suchym, który nie dopuści do tego, żeby stała się Tobie krzywda.
- Boję się, ale mam wrażenie, że jedna rzecz jest silniejsza ode mnie - mruknęłam, po czym usiadłam na kolanach Harry'ego. Delikatnie przywarłam do jego warg, bawiąc się końcówkami jego loków. Nie miałam ochoty się śpieszyć, delikatnie pogłębiałam pocałunek, lecz po chwili się wycofywałam i tak w kółko. Czując na swojej talii dłonie chłopaka, uśmiechnęłam się i zeszłam dłońmi do krawędzi jego koszulki.
- Kochasz mnie? - Zapytałam, ale nie otrzymałam odpowiedzi. Mężczyzna uniósł mnie z fotela i przeniósł się na duże łóżko, od którego bił przyjemny chłód. Ponownie znalazłam się na kolanach, Harry'ego, co wykorzystałam. Delikatnie popchnęłam go do tyłu, a on upadając na plecy, pociągnął mnie za sobą. Uśmiechnęłam się, wiedząc, że góruję teraz nad chłopakiem. Splotłam nasze wargi w krótkim pocałunku, pozbywając się przy tym jasnoniebieskiej koszulki z torsu niebieskookiego. Odrzuciłam ją na bok pokoju, moje dłonie błądziły w okolicach paska od spodni, których chciałam się jak najszybciej pozbyć.
- A Ty kochasz mnie? - Westchnął, prawdopodobnie przez to, że palce należące z całą pewnością do mnie wślizgnęły się pod grubszy materiał dolnej garderoby.
- Oczywiście, że Ciebie kocham, nawet bardzo mocno - zachichotałam, a później gwałtownie zdjęłam swoją koszulkę polo, która do tej pory dokładnie opinała moją klatkę piersiową i brzuch. Brązowowłosy zaczął rysować palcem między moimi żebrami, a ja przy tym niemalże chciałam tarzać się ze śmiechu. Poczułam, że nogi chłopaka poruszają się w celu pozbawienia jednego z naszych ograniczeń. Paznokciami zahaczyłam o gumkę bokserek, które były do tej pory napięte do granic możliwości. Uniosłam jedną z brwi, gdy na twarzy chłopaka pojawił się szyderczy uśmiech. Zjechałam niżej i zaczęłam swoją zabawę Harry'm. Czasami kąśliwie, a czasami delikatnie bawiąc się jego przyjacielem. Wargi niejednokrotnie zahaczały o główkę członka, co sprawiało chyba największą przyjemność mojemu chłopakowi.
- Dość - wysapał, i w mgnieniu oka jakimś cudem znalazłam się pod nim. Mój biustonosz został ze mnie niemalże zdarty, a bryczesy odrzucone w kąt pokoju.
- Jesteś słodki, gdy zarazem masz uczucie przyjemności i zdenerwowania - mruknęłam, a po chwili jęknęłam gdy poczułam, że Harry nie będzie mnie oszczędzał.
~*~
Zastanawiałam się co o tej godzinie robię na dworze. Zegar wskazywał równą godzinę szóstą, o której na zewnątrz panował jeszcze delikatny półmrok.
- Adeline, powiem szczerze, jak chcecie to możecie wyjeżdżać TERAZ - powiedział właściciel Akademii. - Stajenni przygotowali Wasze rzeczy, konie szybko się załaduje, więc musicie podjąć teraz decyzję. Wyjazd byłby za góra dziesięć minut - dokończył. Posłałam zmęczone spojrzenie w stronę chłopaka, który wzruszył ramionami.
- Zrobimy jak uważasz, Adiśka.
- Jedziemy - mruknęłam, a po chwili wspięłam się na palce by ucałować policzek Harry'ego, na którym pojawił się delikatny, dwudniowy zarost. - Walizka moja jest w pokoju, więc idziemy Ciebie szybko pakować, Kotek.
Mężczyzna zasalutował, a ja roześmiana pobiegłam do akademika. Wyjęłam jakimś cudem klucz, szczelnie ukryty w kieszeni szarych dresów.
- Wyjmij walizkę, ja wyciągnę Twój frak, bryczesy i koszulę. Kask, palcat i inne rzeczy masz w pace, tak? - Zapytałam, posyłając mu roześmiane spojrzenie. W końcu, od kilku miesięcy stania w miejscu ruszę na jakieś zawody, które rozwinął mnie i Notte.
- Tak, siodło i rzeczy mam w pace. Ubrania do walizki - uśmiechnął się, gdy wyciągnął dużą walizkę. Moje oczy natknęły się na nowe oficerki, które były ukryte w rogu szafy. Sięgnęłam po nie i zrobiłam pretensjonalny wyraz twarzy.
- Myślałeś, że to przede mną zataisz? - Warknęłam, unosząc oficerki nieco wyżej.
- Czekają na wyższe klasy, Kotku - uśmiechnął się, a ja pokiwałam głową.
- No dobrze - odpowiedziałam i podeszłam z białymi rzeczami, oraz jedną wyróżniającą się czarną marynarką.
~*~
Oparłam swoją głowę o ramię chłopaka.
- Prześpię się przez chwilkę, dobrze? - Zapytałam.
Hazzuś? 8)
Od Adeline C.D Harry'ego
Poprawiając granatowe bryczesy przyglądałam się pierwszym startom w niższych klasach. Nie rozumiałam jak można było wystawić osoby, które nie potrafiły nawet zebrać konia, a sam w sobie koń był z innej bajki. Nie mogłam wręcz patrzeć na to, jak niektórzy jeźdźcy obijali dobrym wierzchowcom grzbiety i szarpali pysk. Tak wiem - każdy kiedyś zaczynał, ale po co pchać się na zawody, wiedząc, że można tylko sobie i koniu zaszkodzić? Zmarszczyłam brwi widząc, że na czworoboku pojawiła się właśnie kasztanowata piękność z dosiadającą ją, ładną brunetką, która w pełnym skupieniu ukłoniła się. Widać było, że ma więcej doświadczenia niż Ci poprzedni. Koń wyglądał jak wyciągnięty z czworoboków C. Sprężyście odbijał się od podłoża, wyrzucając w powietrzu długie nogi.
- Jak ten koń jest lepszy od Meravigliosy - mruknęłam, a w środku gotowałam się od zazdrości i stresu.
- Widać przecież, że jest doświadczonym profesorem - powiedział Harry, który również patrzył się na przejazdy. - Dziewczyna też nie jest jakoś wyśmienita.
- Pod jakim względem? Wyglądu czy jeździectwa? - Odwarknęłam, tracąc wodzę od emocji. - Przepraszam.. no nie mogę, ten koń jest przecież świetny.
- Ty i Meravi jesteście lepsze, bo między Wami coś istnieje - zaśmiał się. - To tak jak między nami - dodał, muskając delikatnie moje usta.
- Ohh.. jakie to słodkie - uśmiechnęłam się, odpędzając od siebie wszystkie gorsze myśli. - Poczekamy na wyniki klasy L, a jak zacznie się już P to zaczniemy szykować naszą kobyłkę - wystawiłam mu język, gładząc przy okazji jego policzek.
- Poleciałaś na głęboką wodę z tą N-ką, rzecz jasna wiem, że sobie poradzicie! - Uśmiechnął się delikatnie. - Jutro zaczynają się z samego rana C i CC? - Zapytał.
- Z tego co mi wiadomo to tak, o piętnastej zaczynają się skoki, pamiętasz?
- Nie, zapomniałem - wywrócił oczami. - Jasne, że pamiętam. Mam nadzieję, że sobie jakoś damy radę, a jak nie to trudno - wystawił język i wzruszył ramionami.
- W sumie to Wasz pierwszy start, tak jak mój i Meravigliosy. Z tego tylko wiem, że nie liczę na żadne wysokie miejsce, będę się cieszyła jak znajdę się w pierwszej dwudziestce na wynikach - westchnęłam. - Za to później będzie tylko lepiej.. to znaczy, mam taką nadzieję.
~*~
Notte stała na środku korytarza, przywiązana dwoma uwiązami do ciemnych krat boksów innych koni. Jak na stajnię dla wierzchowców, które przyjeżdżają tutaj tylko na dobę lub dwie, była niesamowita. Duże boksy wyścielane trocinami, lub jak ktoś sobie zażyczy pelletem. Meravi stała właśnie w tym drugim i mogę już powiedzieć, że się w nim zakochałam. Wchłaniał każdy nieprzyjemny zapach, jak i wilgoć co było dla mnie najważniejsze.
- Muszę pogadać ze stajennymi i z właścicielami o zmianie ściółki - mruknęłam w skupieniu, które towarzyszyło mi przy rozczesywaniu krótko przystrzyżonej grzywy klaczy. - Nienawidzę pleść koreczków. Szczególnie na niej! - Warknęłam, gdy skarogniada po raz kolejny zarzuciła głową. - Ja jej zaraz coś zrobię, przysięgam.
- Dlatego wolę rozczesywać ogony i robić ostatnie poprawki przy sprzęcie - powiedział brunet, zajmujący się w tym momencie ogłowiem, wkładając wszystkie paski w szlufki. Dbając o to, aby ostatni koreczek był równie ładny co inne, szarpnęłam delikatnie za uwiąz, co zwróciło uwagę klaczy, która skupiła się w pełni na mnie. Wzięłam jeszcze odrobinę żelu do koreczków i przygładziłam odstające koreczki. Zeszłam z schodków i z dumą spojrzałam na dzieło, którego właśnie dokonałam.
- Teraz mi powiedz, że to nie jest piękne - uśmiechnęłam się, klepiąc przy tym masywną łopatkę Mery. - Zostało pół godziny do pierwszych startów, ja jestem dwudziesta druga, więc zacznijmy ją siodłać, ale bez żadnego pośpiechu. Przyniesiesz, proszę, czaprak, podkładki pod owijki, owijki i kaloszki? Będę Cię kochać jeszcze mocniej - uniosłam brew.
- To da się kochać mocniej? - Zaśmiał się, podał mi ogłowie i poszedł po wskazane przeze mnie rzeczy. Zdjęłam granatowy kantar, zawiesiłam go delikatnie na wieszaku zamontowanym na ścianie boksu.W pośpiechu założyłam granatowe nauszniki, na co klacz delikatnie potrząsnęła łbem. Zarzuciłam wodze i podałam klaczy wędzidło, które z ochotą przyjęła. Zapięłam szwedki nachrapnik i podgardle, a w tym czasie Harry zdążył zarzucić siodło wraz z czaprakiem.
- Zawiniesz owijki? Muszę się przebrać, a troszkę to zajmie - westchnęłam.
- Jasne, ale nie obiecuję, że będą one prawidłowo zrobione - uśmiechnął się. Pobiegłam do przebieralni, gdzie był już niemały tłok. Wszyscy jednak byli kulturalni, może prócz jednego starszego mężczyzny, który patrzył na mnie z zażenowaniem i pogardą.
- Możesz uważać? Więcej szacunku do starszych - warknął, a ja delikatnie się skuliłam.
- Przepraszam, nie chciałam, blokuje pan dojście do mojej paki, mogę przeprosić? - Uśmiechnęłam się delikatnie, a gbur, bo inaczej nie można go było nazwać, usunął mi się z drogi. Wzięłam wszystkie ubrania, w tym dłuższy granatowy frak, który spoczął na moich barkach pierwszy raz oprócz przymiarki.
Podeszłam do lustra, uśmiechając się, gdy zobaczyłam siebie w białej koszulce i plastronie. Wędzidło na plastronie, delikatnie błyszczało na nim, co wyglądało elegancko w połączeniu z klasycznym granatem. Ściągnęłam granatowe bryczesy, zastępując je białymi. Zapięłam guzik i delikatnie obsunęłam nogawki. Podreptałam ostrożnie niczym kot po czarne oficerki. Brzegi oficerek były polakierowane. Na głowę założyłam kask, a na łydkach zabłysły zaokrąglone ostrogi.
- Będzie dobrze - powiedziałam sama do siebie, zabierając jeszcze długi bat. Obcasy butów obiły się o podłogę w stajni, a moje spojrzenie wylądowało na owijkach.
- Może być? - Zapytałam, poprawiając jaskółkę z tyłu.
- Ohh.. kur.. - westchnął, podchodząc do mnie. - Wiesz, że pobijesz każdego? - Zaśmiał się.
- Twoje zawijanie owijek pobije każdego - uśmiechnęłam się, muskając delikatnie jego usta. Notte parsknęła, tak jakby chciała zwrócić na siebie uwagę. - Czyli już trzeba wsiadać - powiedziała trzęsącym się głosem.
~*~
- Zapraszamy na czworobok parę numer dwadzieścia dwa. Para ta reprezentuje jeździecką akademię Magic Horse! Adeline Whittaker na klaczy Notte Meravigliosa. Notte Meravigliosa to klacz rasy holenderskiej, po światowej klasy rodzicach, ojcem jest doskonale nam znany Ampere, a matką klacz wywodząca się z linii Totilas'a! Zobaczymy, jaki poziom nam dzisiaj zaprezentuje.
Wjeżdżając na czworobok miałam wrażenie, że zaraz po prostu zejdę. Notte kłusowała sprężystym, zebranym krokiem, co mogło wywołać chociaż minimalne wrażenie na sędziach. Starałam się jak mogłam, by zatrzymać się równo na literze X, gdy moje łydki znajdą się na wysokości liter B i E. Przy wykonaniu ukłonu, miałam wrażenie, że zaraz rzucą mnie na pożarcie. Dając klaczy subtelny sygnał do zakłusowania, przesunęłam delikatnie lewą łydkę, by Mera nie zgubiła gdzieś swojego zadu. Przy C, skręciłam w lewo, a już na S wykonałam około dziesięciometrową woltę. Na końcówce wolty przygotowałam ją do łopatki w lewo. Mając już przy sobie symbol V z dumą uznałam, że łopatka wypadła niezwykle dobrze. Po pół wolcie wykonałam efektowny ciąg w lewo, który z tego co dobrze pamiętam wywarł niemałe wrażenie na panu Blythe.
Po wykonaniu cofania, zebranego kłusu, łopatki w prawo i ciągu w tę samą stronę przyszła pora na stęp pośredni, a po chwili wyciągnięty. Przy tym drugim czułam, jak zadnie nogi przekraczają ślady tych przednich. Po przejechaniu dokładnie sześćdziesięciu dwóch metrów przyszła pora na zebranie stępa. W literze C przyszła pora na zebrany galop, którego zaczęłam się obawiać, bowiem skarogniada zaczęła się niemiłosiernie napalać. Bałam się, że jej nie utrzymam i mimo mojej woli wykona dodania. Jednakże jakie było moje zaskoczenie, gdy poczułam, że Notte Meravigliosa przeszła do płynnego, lecz potężnego galopu. W literze S przeszłam do galopu pośredniego, by po raz kolejny przy K go zebrać. Pół wolta wyszła delikatnie krzywa, ale nie przejmując się tym przeszłam do kontrgalopu, z którego byłam do tej pory najbardziej dumna podczas tego przejazdu.
Wkroczyłam na linię środkową, by wykonać ukłon na zakończenie przejazdu. Wyciągnęłam dłoń i delikatnie skinęłam głową, po czym oddałam pełną wodzę dla klaczy. Skarogniady wierzchowiec zniżył głowę do kwarcu zmieszanego z fizeliną, a ja pogłaskałam delikatnie wilgotną szyję. Z uśmiechem na twarzy opuściłam czworobok.
- Udało się, wreszcie coś się udało! - Krzyknęłam nachylając się do ust mężczyzny, który muskając moje wargi, dłonią gładził sierść na łopatce zadowolonej z siebie kobyłki.
- Jestem dumny - zaśmiał się i z uznaniem spojrzał na Notte. - Ty też mnie pozytywnie zaskoczyłaś.
- Tobie i Lemon pójdzie jeszcze lepiej. Już ja o to zadbam - wystawiłam mu język. - Pójdźmy o dwudziestej na trening. Weźmiesz Lemkę i trochę poskaczesz, może zdecydujesz się na próbę w P, a nie L - puściłam mu oczko.
Hazzuś? <3
- Jak ten koń jest lepszy od Meravigliosy - mruknęłam, a w środku gotowałam się od zazdrości i stresu.
- Widać przecież, że jest doświadczonym profesorem - powiedział Harry, który również patrzył się na przejazdy. - Dziewczyna też nie jest jakoś wyśmienita.
- Pod jakim względem? Wyglądu czy jeździectwa? - Odwarknęłam, tracąc wodzę od emocji. - Przepraszam.. no nie mogę, ten koń jest przecież świetny.
- Ty i Meravi jesteście lepsze, bo między Wami coś istnieje - zaśmiał się. - To tak jak między nami - dodał, muskając delikatnie moje usta.
- Ohh.. jakie to słodkie - uśmiechnęłam się, odpędzając od siebie wszystkie gorsze myśli. - Poczekamy na wyniki klasy L, a jak zacznie się już P to zaczniemy szykować naszą kobyłkę - wystawiłam mu język, gładząc przy okazji jego policzek.
- Poleciałaś na głęboką wodę z tą N-ką, rzecz jasna wiem, że sobie poradzicie! - Uśmiechnął się delikatnie. - Jutro zaczynają się z samego rana C i CC? - Zapytał.
- Z tego co mi wiadomo to tak, o piętnastej zaczynają się skoki, pamiętasz?
- Nie, zapomniałem - wywrócił oczami. - Jasne, że pamiętam. Mam nadzieję, że sobie jakoś damy radę, a jak nie to trudno - wystawił język i wzruszył ramionami.
- W sumie to Wasz pierwszy start, tak jak mój i Meravigliosy. Z tego tylko wiem, że nie liczę na żadne wysokie miejsce, będę się cieszyła jak znajdę się w pierwszej dwudziestce na wynikach - westchnęłam. - Za to później będzie tylko lepiej.. to znaczy, mam taką nadzieję.
~*~
Notte stała na środku korytarza, przywiązana dwoma uwiązami do ciemnych krat boksów innych koni. Jak na stajnię dla wierzchowców, które przyjeżdżają tutaj tylko na dobę lub dwie, była niesamowita. Duże boksy wyścielane trocinami, lub jak ktoś sobie zażyczy pelletem. Meravi stała właśnie w tym drugim i mogę już powiedzieć, że się w nim zakochałam. Wchłaniał każdy nieprzyjemny zapach, jak i wilgoć co było dla mnie najważniejsze.
- Muszę pogadać ze stajennymi i z właścicielami o zmianie ściółki - mruknęłam w skupieniu, które towarzyszyło mi przy rozczesywaniu krótko przystrzyżonej grzywy klaczy. - Nienawidzę pleść koreczków. Szczególnie na niej! - Warknęłam, gdy skarogniada po raz kolejny zarzuciła głową. - Ja jej zaraz coś zrobię, przysięgam.
- Dlatego wolę rozczesywać ogony i robić ostatnie poprawki przy sprzęcie - powiedział brunet, zajmujący się w tym momencie ogłowiem, wkładając wszystkie paski w szlufki. Dbając o to, aby ostatni koreczek był równie ładny co inne, szarpnęłam delikatnie za uwiąz, co zwróciło uwagę klaczy, która skupiła się w pełni na mnie. Wzięłam jeszcze odrobinę żelu do koreczków i przygładziłam odstające koreczki. Zeszłam z schodków i z dumą spojrzałam na dzieło, którego właśnie dokonałam.
- Teraz mi powiedz, że to nie jest piękne - uśmiechnęłam się, klepiąc przy tym masywną łopatkę Mery. - Zostało pół godziny do pierwszych startów, ja jestem dwudziesta druga, więc zacznijmy ją siodłać, ale bez żadnego pośpiechu. Przyniesiesz, proszę, czaprak, podkładki pod owijki, owijki i kaloszki? Będę Cię kochać jeszcze mocniej - uniosłam brew.
- To da się kochać mocniej? - Zaśmiał się, podał mi ogłowie i poszedł po wskazane przeze mnie rzeczy. Zdjęłam granatowy kantar, zawiesiłam go delikatnie na wieszaku zamontowanym na ścianie boksu.W pośpiechu założyłam granatowe nauszniki, na co klacz delikatnie potrząsnęła łbem. Zarzuciłam wodze i podałam klaczy wędzidło, które z ochotą przyjęła. Zapięłam szwedki nachrapnik i podgardle, a w tym czasie Harry zdążył zarzucić siodło wraz z czaprakiem.
- Zawiniesz owijki? Muszę się przebrać, a troszkę to zajmie - westchnęłam.
- Jasne, ale nie obiecuję, że będą one prawidłowo zrobione - uśmiechnął się. Pobiegłam do przebieralni, gdzie był już niemały tłok. Wszyscy jednak byli kulturalni, może prócz jednego starszego mężczyzny, który patrzył na mnie z zażenowaniem i pogardą.
- Możesz uważać? Więcej szacunku do starszych - warknął, a ja delikatnie się skuliłam.
- Przepraszam, nie chciałam, blokuje pan dojście do mojej paki, mogę przeprosić? - Uśmiechnęłam się delikatnie, a gbur, bo inaczej nie można go było nazwać, usunął mi się z drogi. Wzięłam wszystkie ubrania, w tym dłuższy granatowy frak, który spoczął na moich barkach pierwszy raz oprócz przymiarki.
Podeszłam do lustra, uśmiechając się, gdy zobaczyłam siebie w białej koszulce i plastronie. Wędzidło na plastronie, delikatnie błyszczało na nim, co wyglądało elegancko w połączeniu z klasycznym granatem. Ściągnęłam granatowe bryczesy, zastępując je białymi. Zapięłam guzik i delikatnie obsunęłam nogawki. Podreptałam ostrożnie niczym kot po czarne oficerki. Brzegi oficerek były polakierowane. Na głowę założyłam kask, a na łydkach zabłysły zaokrąglone ostrogi.
- Będzie dobrze - powiedziałam sama do siebie, zabierając jeszcze długi bat. Obcasy butów obiły się o podłogę w stajni, a moje spojrzenie wylądowało na owijkach.
- Może być? - Zapytałam, poprawiając jaskółkę z tyłu.
- Ohh.. kur.. - westchnął, podchodząc do mnie. - Wiesz, że pobijesz każdego? - Zaśmiał się.
- Twoje zawijanie owijek pobije każdego - uśmiechnęłam się, muskając delikatnie jego usta. Notte parsknęła, tak jakby chciała zwrócić na siebie uwagę. - Czyli już trzeba wsiadać - powiedziała trzęsącym się głosem.
~*~
- Zapraszamy na czworobok parę numer dwadzieścia dwa. Para ta reprezentuje jeździecką akademię Magic Horse! Adeline Whittaker na klaczy Notte Meravigliosa. Notte Meravigliosa to klacz rasy holenderskiej, po światowej klasy rodzicach, ojcem jest doskonale nam znany Ampere, a matką klacz wywodząca się z linii Totilas'a! Zobaczymy, jaki poziom nam dzisiaj zaprezentuje.
Wjeżdżając na czworobok miałam wrażenie, że zaraz po prostu zejdę. Notte kłusowała sprężystym, zebranym krokiem, co mogło wywołać chociaż minimalne wrażenie na sędziach. Starałam się jak mogłam, by zatrzymać się równo na literze X, gdy moje łydki znajdą się na wysokości liter B i E. Przy wykonaniu ukłonu, miałam wrażenie, że zaraz rzucą mnie na pożarcie. Dając klaczy subtelny sygnał do zakłusowania, przesunęłam delikatnie lewą łydkę, by Mera nie zgubiła gdzieś swojego zadu. Przy C, skręciłam w lewo, a już na S wykonałam około dziesięciometrową woltę. Na końcówce wolty przygotowałam ją do łopatki w lewo. Mając już przy sobie symbol V z dumą uznałam, że łopatka wypadła niezwykle dobrze. Po pół wolcie wykonałam efektowny ciąg w lewo, który z tego co dobrze pamiętam wywarł niemałe wrażenie na panu Blythe.
Po wykonaniu cofania, zebranego kłusu, łopatki w prawo i ciągu w tę samą stronę przyszła pora na stęp pośredni, a po chwili wyciągnięty. Przy tym drugim czułam, jak zadnie nogi przekraczają ślady tych przednich. Po przejechaniu dokładnie sześćdziesięciu dwóch metrów przyszła pora na zebranie stępa. W literze C przyszła pora na zebrany galop, którego zaczęłam się obawiać, bowiem skarogniada zaczęła się niemiłosiernie napalać. Bałam się, że jej nie utrzymam i mimo mojej woli wykona dodania. Jednakże jakie było moje zaskoczenie, gdy poczułam, że Notte Meravigliosa przeszła do płynnego, lecz potężnego galopu. W literze S przeszłam do galopu pośredniego, by po raz kolejny przy K go zebrać. Pół wolta wyszła delikatnie krzywa, ale nie przejmując się tym przeszłam do kontrgalopu, z którego byłam do tej pory najbardziej dumna podczas tego przejazdu.
Wkroczyłam na linię środkową, by wykonać ukłon na zakończenie przejazdu. Wyciągnęłam dłoń i delikatnie skinęłam głową, po czym oddałam pełną wodzę dla klaczy. Skarogniady wierzchowiec zniżył głowę do kwarcu zmieszanego z fizeliną, a ja pogłaskałam delikatnie wilgotną szyję. Z uśmiechem na twarzy opuściłam czworobok.
- Udało się, wreszcie coś się udało! - Krzyknęłam nachylając się do ust mężczyzny, który muskając moje wargi, dłonią gładził sierść na łopatce zadowolonej z siebie kobyłki.
- Jestem dumny - zaśmiał się i z uznaniem spojrzał na Notte. - Ty też mnie pozytywnie zaskoczyłaś.
- Tobie i Lemon pójdzie jeszcze lepiej. Już ja o to zadbam - wystawiłam mu język. - Pójdźmy o dwudziestej na trening. Weźmiesz Lemkę i trochę poskaczesz, może zdecydujesz się na próbę w P, a nie L - puściłam mu oczko.
Hazzuś? <3
Od Adeline C.D Harry'ego
Przełykając głośno ślinę, wygładziłam sukienkę, która kończyła się delikatnie przed kolanem. Czarny materiał szybko uległ mojemu naciskowi i ponownie dopasował się do mojego ciała. Starając się zachować jakiekolwiek pozory powagi, próbowałam okiełznać około dziewięciocentymetrowe szpilki. Uważnie patrząc pod nogi, dotarłam do chłopaka, który opierał się o maskę samochodu, którego lakier był w tej samej barwie co moja dzisiejsza kreacja.
- No witam - powiedziałam, delikatne się uśmiechając i muskając usta chłopaka, bowiem teraz dosięgnięcie do nich wcale nie sprawiało mi aż takich problemów. Oczy mężczyzny tajemniczo zabłyszczały, co wywołało na mojej skórze delikatny dreszcz, ale taki inny dreszcz. - To gdzie musiałam wcisnąć się w prawie, że jedyną kieckę jaką mam?
- Zabieram Cię dziś, o moja miła, na kolację do pewnej restauracji, nie jest jakoś szczególnie daleko, ale na pewno to miejsce odpręży nas przed zawodami - uśmiechnął się, a później otworzył drzwi przy miejscu dla pasażera. Z uśmiechem na ustach usiadłam na skórzanym fotelu, który był przyjemnie wyprofilowany do pleców siedzącego. Cóż, nie powiem, że Harry mnie nie zaskoczył załatwieniem tak świetnego Mercedesa. Nie zastanawiając się jednak nad tym dłużej niż dwie minuty, moja dłoń jak zwykle dosięgła do radia, z którego od razu popłynęła muzyka idealna dla mojego ucha. Przekleństwa, które znajdowały się w piosenkach nie grały dla mnie roli, ponieważ często miały większy przekaz niż milion, kulturalnych słów. Harry, który skupiał się w dużej mierze na drodze, również od czasu do czasu zanucił coś pod nosem, by po chwili posyłać mi szeroki uśmiech i śmiać się wspólnie ze mną. Jazda minęła szybko, niemalże w mgnieniu oka zaczął nas otaczać blask rozświetlonego Miami.
- Daleko jeszcze? - Zapytałam, cicho wzdychając pod nosem.
- W sumie to nie, bo już jesteśmy - odpowiedział, a po chwili rozpiął pasy i wyszedł z auta. Powtórzyłam te same czynności, stojąc juz całkowicie Pewnie na chodniku, złapałam Harry'ego pod rękę i z uśmiechem na ustach ruszyliśmy przed siebie. Jego niebieskie tęczówki lśniły w blaskach neonów i lamp.
- Cholernie dawno tutaj nie byłam - powiedziałam. - To znaczy, chodzi o tą dzielnicę, bo przecież dwa tygodnie temu tutaj byłam - dopowiedziałam pod nosem.
- Słuchaj, ja na pewno byłem jeszcze wczoraj - zaśmiał się ironicznie. - To tutaj - wskazał palcem na wejście do ekskluzywnej restauracji, w której często jadali moi rodzice. Szczerze mówiąc nie przepadałam za wszelkiego rodzaju restauracjami, ponieważ był tam wieczny szum i gwar. Ludzie nie mieli za grosz kultury, szczególnie wieczorem w bogatych lokalach.
- Nie możemy pójść do teatru? Kina? Proszę, tylko nie restauracja - westchnęłam, a Harry uśmiechnął się do mnie.
- Nie za bardzo, ponieważ stolik jest zarezerwowany, a troszkę musiałem się nalatać za nim - mruknął. - Musisz chociaż jedną godzinkę ze mną posiedzieć, a później pójdziemy na spacer, co Ty na to? - Powiedział.
- Cóż, Twoja propozycja wydaje się nader kusząca.
- Nie do odmówienia, nieprawdaż? - Uniósł jedną ze swych brwi.
- To muszę Ci przyznać.
Po tych słowach weszliśmy do środka, a przez krótką chwilę, wydawało się, że każdy spojrzał centralnie na nas.
~*~
Mocno ściskając dłoń młodego mężczyzny, toczyłam się po ulicach rozświetlonego Miami. Po jezdni ciągle jeździły samochody, nie zwracając kompletnej uwagi na pieszych. Co raz było słychać dźwięki gwałtownego hamowania czy klaksonu, na co zawsze się wzdrygałam. Życie tutaj toczyło się bez żadnych różnic pomiędzy dniem, a nocą, no może tylko to, że na ulicach pojawiło się więcej pań lekkich obyczajów. W ciszy planowałam cały wyjazd, który miał się rozpocząć już za dwa dni. Niby dużo, a bardzo malutko. Nie wiedziałam czy wyrobię się z załatwieniem transportu, całym spakowaniem czy nawet jutrzejszym treningiem, który był wręcz konieczny.
- Wiem, że zadręczam Cię tymi pytaniami związanymi z zawodami, ale no muszę się o to spytać. Którego konia masz zamiar wziąć na swój start? Trzeba wcześniej zapytać się państwa Rose, czy koń nie ma nic ustalonego w tych pięciu dniach pobytu na miejscu zawodów.
- Szczerze? Nie mam pojęcia, zastanawiałem się nad Lemon - odpowiedział, delikatnie drapiąc się w brodę.
- Myślę, że to dobry wybór. Niby jest młoda, ale jest opanowana i wydaje się, że stworzona dla Ciebie - zaśmiałam się.
- Czyli tak jak Ty? - Zapytał, zwracając swój wzrok na mnie.
- No nie wiem, nie wiem - zachichotałam pod nosem, a już po chwili poczułam jak chłopak przypiera mnie do chłodnej ściany budynku. Spoglądałam prosto w jego lśniące oczy, uśmiechając się gdy jego dłoń gładziła mój policzek.
- Ależ z Ciebie rozbójnik, a zarazem taki romantyk - uniosłam brew, gdy Harry jeszcze bardziej zbliżył się do moich ust.
- Wydaję mi się, że bardziej to drugie - po tych słowach wpił się w moje usta z niezwykłą chciwością. Dreszcze zaczęły przechodzić po moim ciele, od momentu gdy tylko poczułam ciepło jego warg. Delikatny pocałunek, szybko przerodził się w ognisty, który tryska energią. Dłoń mężczyzny znalazła się na mojej talii, a druga opierała się o ścianę. Usłyszałam charakterystyczne brzmienie szpilek o beton, ale tym razem byłam święcie przekonana, że to nie moje buty. Na końcu uliczki pojawiła się kobieta, trzymająca pod rękę mężczyznę. Nie dane mi było jednak dalsze zastanawianie kim oni są, bowiem ponownie zatraciłam się w pocałunku.
- Adeline? - Usłyszałam głos, który był mi doskonale znany. Była to bowiem moja matka, która cedziła przez żeby moje imię.
- Mama? Tata? - Powiedziałam zszokowana, odrywając się od Harry'ego, który niekoniecznie zdał sobie sprawę z zaistniałej sytuacji.
- No my - mruknął mój rodziciel, który lustrował od stóp do głów mojego towarzysza. - Zapalniczka dobrze się sprawuje? - Dodał, zaciskając zęby.
Haaazza? ❤
- No witam - powiedziałam, delikatne się uśmiechając i muskając usta chłopaka, bowiem teraz dosięgnięcie do nich wcale nie sprawiało mi aż takich problemów. Oczy mężczyzny tajemniczo zabłyszczały, co wywołało na mojej skórze delikatny dreszcz, ale taki inny dreszcz. - To gdzie musiałam wcisnąć się w prawie, że jedyną kieckę jaką mam?
- Zabieram Cię dziś, o moja miła, na kolację do pewnej restauracji, nie jest jakoś szczególnie daleko, ale na pewno to miejsce odpręży nas przed zawodami - uśmiechnął się, a później otworzył drzwi przy miejscu dla pasażera. Z uśmiechem na ustach usiadłam na skórzanym fotelu, który był przyjemnie wyprofilowany do pleców siedzącego. Cóż, nie powiem, że Harry mnie nie zaskoczył załatwieniem tak świetnego Mercedesa. Nie zastanawiając się jednak nad tym dłużej niż dwie minuty, moja dłoń jak zwykle dosięgła do radia, z którego od razu popłynęła muzyka idealna dla mojego ucha. Przekleństwa, które znajdowały się w piosenkach nie grały dla mnie roli, ponieważ często miały większy przekaz niż milion, kulturalnych słów. Harry, który skupiał się w dużej mierze na drodze, również od czasu do czasu zanucił coś pod nosem, by po chwili posyłać mi szeroki uśmiech i śmiać się wspólnie ze mną. Jazda minęła szybko, niemalże w mgnieniu oka zaczął nas otaczać blask rozświetlonego Miami.
- Daleko jeszcze? - Zapytałam, cicho wzdychając pod nosem.
- W sumie to nie, bo już jesteśmy - odpowiedział, a po chwili rozpiął pasy i wyszedł z auta. Powtórzyłam te same czynności, stojąc juz całkowicie Pewnie na chodniku, złapałam Harry'ego pod rękę i z uśmiechem na ustach ruszyliśmy przed siebie. Jego niebieskie tęczówki lśniły w blaskach neonów i lamp.
- Cholernie dawno tutaj nie byłam - powiedziałam. - To znaczy, chodzi o tą dzielnicę, bo przecież dwa tygodnie temu tutaj byłam - dopowiedziałam pod nosem.
- Słuchaj, ja na pewno byłem jeszcze wczoraj - zaśmiał się ironicznie. - To tutaj - wskazał palcem na wejście do ekskluzywnej restauracji, w której często jadali moi rodzice. Szczerze mówiąc nie przepadałam za wszelkiego rodzaju restauracjami, ponieważ był tam wieczny szum i gwar. Ludzie nie mieli za grosz kultury, szczególnie wieczorem w bogatych lokalach.
- Nie możemy pójść do teatru? Kina? Proszę, tylko nie restauracja - westchnęłam, a Harry uśmiechnął się do mnie.
- Nie za bardzo, ponieważ stolik jest zarezerwowany, a troszkę musiałem się nalatać za nim - mruknął. - Musisz chociaż jedną godzinkę ze mną posiedzieć, a później pójdziemy na spacer, co Ty na to? - Powiedział.
- Cóż, Twoja propozycja wydaje się nader kusząca.
- Nie do odmówienia, nieprawdaż? - Uniósł jedną ze swych brwi.
- To muszę Ci przyznać.
Po tych słowach weszliśmy do środka, a przez krótką chwilę, wydawało się, że każdy spojrzał centralnie na nas.
~*~
Mocno ściskając dłoń młodego mężczyzny, toczyłam się po ulicach rozświetlonego Miami. Po jezdni ciągle jeździły samochody, nie zwracając kompletnej uwagi na pieszych. Co raz było słychać dźwięki gwałtownego hamowania czy klaksonu, na co zawsze się wzdrygałam. Życie tutaj toczyło się bez żadnych różnic pomiędzy dniem, a nocą, no może tylko to, że na ulicach pojawiło się więcej pań lekkich obyczajów. W ciszy planowałam cały wyjazd, który miał się rozpocząć już za dwa dni. Niby dużo, a bardzo malutko. Nie wiedziałam czy wyrobię się z załatwieniem transportu, całym spakowaniem czy nawet jutrzejszym treningiem, który był wręcz konieczny.
- Wiem, że zadręczam Cię tymi pytaniami związanymi z zawodami, ale no muszę się o to spytać. Którego konia masz zamiar wziąć na swój start? Trzeba wcześniej zapytać się państwa Rose, czy koń nie ma nic ustalonego w tych pięciu dniach pobytu na miejscu zawodów.
- Szczerze? Nie mam pojęcia, zastanawiałem się nad Lemon - odpowiedział, delikatnie drapiąc się w brodę.
- Myślę, że to dobry wybór. Niby jest młoda, ale jest opanowana i wydaje się, że stworzona dla Ciebie - zaśmiałam się.
- Czyli tak jak Ty? - Zapytał, zwracając swój wzrok na mnie.
- No nie wiem, nie wiem - zachichotałam pod nosem, a już po chwili poczułam jak chłopak przypiera mnie do chłodnej ściany budynku. Spoglądałam prosto w jego lśniące oczy, uśmiechając się gdy jego dłoń gładziła mój policzek.
- Ależ z Ciebie rozbójnik, a zarazem taki romantyk - uniosłam brew, gdy Harry jeszcze bardziej zbliżył się do moich ust.
- Wydaję mi się, że bardziej to drugie - po tych słowach wpił się w moje usta z niezwykłą chciwością. Dreszcze zaczęły przechodzić po moim ciele, od momentu gdy tylko poczułam ciepło jego warg. Delikatny pocałunek, szybko przerodził się w ognisty, który tryska energią. Dłoń mężczyzny znalazła się na mojej talii, a druga opierała się o ścianę. Usłyszałam charakterystyczne brzmienie szpilek o beton, ale tym razem byłam święcie przekonana, że to nie moje buty. Na końcu uliczki pojawiła się kobieta, trzymająca pod rękę mężczyznę. Nie dane mi było jednak dalsze zastanawianie kim oni są, bowiem ponownie zatraciłam się w pocałunku.
- Adeline? - Usłyszałam głos, który był mi doskonale znany. Była to bowiem moja matka, która cedziła przez żeby moje imię.
- Mama? Tata? - Powiedziałam zszokowana, odrywając się od Harry'ego, który niekoniecznie zdał sobie sprawę z zaistniałej sytuacji.
- No my - mruknął mój rodziciel, który lustrował od stóp do głów mojego towarzysza. - Zapalniczka dobrze się sprawuje? - Dodał, zaciskając zęby.
Haaazza? ❤
sobota, 30 września 2017
Od Adeline C.D Harry'ego +18
Swoimi palcami delikatnie dotknęłam obojczyka mężczyzny, na którego ciele pojawiła się gęsia skórka. Ponownie musknęłam wargi chłopaka, który przeobraził to od razu w ognisty pocałunek. Niestety jednak z kieszeni spodni niebieskookiego dobiegł dźwięk, który mówił o przychodzącym połączeniu.
- Cholera.. nie miał kiedy - warknął Harry, a ja zrezygnowana stoczyłam się na łóżko. Mężczyzna z delikatnym zawahaniem podparł się na rękach i odebrał komórkę. Szybko jednak zrezygnował z tej rozmowy, ponieważ jak się okazało była to jego była dziewczyna, która była co najmniej cholernie na niego napalona. Opadłam całkowicie na materac bez żadnej reakcji gdy chłopak ponownie wziął mnie w swoje ramiona. Jego usta szybko znalazły moje wargi, które teraz nie były już wcale tak rozgrzane i chętne do jakiegokolwiek pocałunku.
- Harry - mruknęłam, ale nie spotkałam się z żadnym słowem na odpowiedź. - Ku**a Harry - powiedziałam tym razem dobitniej.
- Słucham? - Szepnął, a później pocałował wolne od malinek miejsce na szyi. Wywołało to u mnie niemały dreszcz, więc przestałam cokolwiek mówić, a mruczeć podobnie do mojej kotki, która teraz biegała po pokoju za jakąś zabawką. Moje palce zawędrowały na brzuch mężczyzny, po którym zaczęłam rysować szlaczki między wyrobionymi mięśniami. Zaśmiałam się gdy chłopak stracił równowagę i to ja przejęłam całą inicjatywę. Nachyliłam się nad ustami Harry'ego, który od razu wpił się w moje i niechętnie je puścił, gdy to ja zeszłam delikatnie w dół i zaczęłam jeździć językiem po całym jego torsie. Brunet pozbył się mojej koszulki, która została rzucona na pobliski skórzany fotel. Jego dłonie odnalazły rozpięcie od biustonosza, który dla niego wydawał się całkowicie zbędny.
- Nie za szybko? - Zachichotałam, ale nie zwrócił na mnie uwagi, a wykorzystał moment by ponownie wrócić 'na górę'.
- A co? Nie chcesz? - Uśmiechnął się półgębkiem i nachylił ku moim piersiom. Westchnęłam dość głośno gdy mężczyzna umiejętnie zassał powietrze i pozostawił niemałego siniaka.
- Ja nie chcę? - Odpowiedziałam pytaniem.
- Mam nadzieję, że chcesz, bo ciężko by mi było teraz się oderwać od takiego zajęcia - powiedział, śląc mokre całusy po moim całym brzuchu. Wygięłam się po wpływem dotyku dłoni mężczyzny, które znalazły się na wewnętrznych częściach moich ud i nie zamierzały szybko stamtąd odejść. Poczułam jak ciasne, krótkie szorty zjechały po moich nogach na róg łóżka, a później na podłogę. Zdenerwowana, że to ja skończyłam szybciej bez ubrań, delikatnie się zsunęłam i drżącymi dłońmi pozbyłam się spodni niebieskookiego, który ponownie podciągnął mnie do góry i zaczął pieścić moją prawą pierś. Nie pozostawiając dłużna, odnalazłam jedną ze swoich dłoni gumkę od bokserek, które delikatnie odchyliłam by wślizgnąć tam swoje smukłe palce. Mężczyzna napiął się, gdy moja ręka chwyciła za jego olbrzymiego i twardego członka. Moje ruchy wciąż przyśpieszały, tak samo jak oddech chłopaka, który cały czas wtapiał się w moje usta, szyję, obojczyki i piersi, które nosiły na sobie ślady mocnego dotyku. Gdy tylko poczułam, że chłopak jest na skraju szczytu, szybko zaprzestałam zabawę, na co on to wykorzystał i pozbył się ostatniej części garderoby, która była jeszcze na mnie. Niebieskooki nie tracił czasu na żadne pieszczoty, abym tylko ja po chwili poczuła ostre pchnięcie w podbrzuszu.
~*~
Obudziłam się wraz z słońcem, czując przyjemne ciepło obok siebie. Doskonale zdawałam sobie sprawę z tego, kto mi je dawał, ponieważ nie zapomnę wydarzeń sprzed kilku godzin. Harry smacznie spał zaplątany w moją kołdrę, która odkrywała delikatnie jego stopy, ponieważ nie oszukując się chłopak był ode mnie sporo wyższy. Nie zwracając uwagi na mężczyznę, weszłam do łazienki by tam chociaż odrobinę się ogarnąć i ubrać na śniadanie. Prysznic to było coś czego pragnęłam, bowiem pot po nocy zaschnął na mnie i czułam się z tym uczuciem okropnie. Tak więc ubrania rzuciłam na półkę i weszłam do kabiny prysznicowej, gdzie po chwili ściany zaparowały od gorącej wody. Na moim ciele pojawiła się piana spowodowana żelem o zapachu lawendowym, który niezwykle dokładnie nawilżył i obmył moją skórę. Po zakręceniu zaworu z gorącą wodą, usłyszałam kaszel dobiegający z drugiego pomieszczenia, rzecz jasna, że był to Harry, którego męczy kaszel zawodowego palacza. Wyszłam spod prysznica i dokładnie wytarłam się puchatym ręcznikiem. Nie potrzebowałam za dużo czasu na ubranie się i nałożenie kremu nawilżającego na twarz, by po chwili przykryć to delikatnym kremem BB i pudrem. Nie podkreślając rzęs czy brwi, wyszłam z łazienki ubrana w zwykłe, czarne bryczesy i koszulkę polo, ponieważ tuż po śniadaniu miałam zamiar przećwiczyć z klaczą program na klasę N.
- Harry? - Mruknęłam, nie widząc nikogo oprócz kotki, która przyglądała się widokowi za oknem. Po chwili jednak poczułam czuły dotyk na swoim ramieniu, a później silne wstrząśnięcie moim ciałem i nawet nie wiem jakim cudem, znalazłam się przerzucona przez ramię chłopaka.
- PUSZCZAJ! - Krzyknęłam przez śmiech, który spowodował łzy cieknące po moich policzkach. Napastnik puścił mnie na materac, by nachylić się nade mną i delikatnie musknąć moje usta.
- Mało Ci? - Uśmiechnęłam się widząc zgłodniały wzrok niebieskookiego.
- Cholera.. nie miał kiedy - warknął Harry, a ja zrezygnowana stoczyłam się na łóżko. Mężczyzna z delikatnym zawahaniem podparł się na rękach i odebrał komórkę. Szybko jednak zrezygnował z tej rozmowy, ponieważ jak się okazało była to jego była dziewczyna, która była co najmniej cholernie na niego napalona. Opadłam całkowicie na materac bez żadnej reakcji gdy chłopak ponownie wziął mnie w swoje ramiona. Jego usta szybko znalazły moje wargi, które teraz nie były już wcale tak rozgrzane i chętne do jakiegokolwiek pocałunku.
- Harry - mruknęłam, ale nie spotkałam się z żadnym słowem na odpowiedź. - Ku**a Harry - powiedziałam tym razem dobitniej.
- Słucham? - Szepnął, a później pocałował wolne od malinek miejsce na szyi. Wywołało to u mnie niemały dreszcz, więc przestałam cokolwiek mówić, a mruczeć podobnie do mojej kotki, która teraz biegała po pokoju za jakąś zabawką. Moje palce zawędrowały na brzuch mężczyzny, po którym zaczęłam rysować szlaczki między wyrobionymi mięśniami. Zaśmiałam się gdy chłopak stracił równowagę i to ja przejęłam całą inicjatywę. Nachyliłam się nad ustami Harry'ego, który od razu wpił się w moje i niechętnie je puścił, gdy to ja zeszłam delikatnie w dół i zaczęłam jeździć językiem po całym jego torsie. Brunet pozbył się mojej koszulki, która została rzucona na pobliski skórzany fotel. Jego dłonie odnalazły rozpięcie od biustonosza, który dla niego wydawał się całkowicie zbędny.
- Nie za szybko? - Zachichotałam, ale nie zwrócił na mnie uwagi, a wykorzystał moment by ponownie wrócić 'na górę'.
- A co? Nie chcesz? - Uśmiechnął się półgębkiem i nachylił ku moim piersiom. Westchnęłam dość głośno gdy mężczyzna umiejętnie zassał powietrze i pozostawił niemałego siniaka.
- Ja nie chcę? - Odpowiedziałam pytaniem.
- Mam nadzieję, że chcesz, bo ciężko by mi było teraz się oderwać od takiego zajęcia - powiedział, śląc mokre całusy po moim całym brzuchu. Wygięłam się po wpływem dotyku dłoni mężczyzny, które znalazły się na wewnętrznych częściach moich ud i nie zamierzały szybko stamtąd odejść. Poczułam jak ciasne, krótkie szorty zjechały po moich nogach na róg łóżka, a później na podłogę. Zdenerwowana, że to ja skończyłam szybciej bez ubrań, delikatnie się zsunęłam i drżącymi dłońmi pozbyłam się spodni niebieskookiego, który ponownie podciągnął mnie do góry i zaczął pieścić moją prawą pierś. Nie pozostawiając dłużna, odnalazłam jedną ze swoich dłoni gumkę od bokserek, które delikatnie odchyliłam by wślizgnąć tam swoje smukłe palce. Mężczyzna napiął się, gdy moja ręka chwyciła za jego olbrzymiego i twardego członka. Moje ruchy wciąż przyśpieszały, tak samo jak oddech chłopaka, który cały czas wtapiał się w moje usta, szyję, obojczyki i piersi, które nosiły na sobie ślady mocnego dotyku. Gdy tylko poczułam, że chłopak jest na skraju szczytu, szybko zaprzestałam zabawę, na co on to wykorzystał i pozbył się ostatniej części garderoby, która była jeszcze na mnie. Niebieskooki nie tracił czasu na żadne pieszczoty, abym tylko ja po chwili poczuła ostre pchnięcie w podbrzuszu.
~*~
Obudziłam się wraz z słońcem, czując przyjemne ciepło obok siebie. Doskonale zdawałam sobie sprawę z tego, kto mi je dawał, ponieważ nie zapomnę wydarzeń sprzed kilku godzin. Harry smacznie spał zaplątany w moją kołdrę, która odkrywała delikatnie jego stopy, ponieważ nie oszukując się chłopak był ode mnie sporo wyższy. Nie zwracając uwagi na mężczyznę, weszłam do łazienki by tam chociaż odrobinę się ogarnąć i ubrać na śniadanie. Prysznic to było coś czego pragnęłam, bowiem pot po nocy zaschnął na mnie i czułam się z tym uczuciem okropnie. Tak więc ubrania rzuciłam na półkę i weszłam do kabiny prysznicowej, gdzie po chwili ściany zaparowały od gorącej wody. Na moim ciele pojawiła się piana spowodowana żelem o zapachu lawendowym, który niezwykle dokładnie nawilżył i obmył moją skórę. Po zakręceniu zaworu z gorącą wodą, usłyszałam kaszel dobiegający z drugiego pomieszczenia, rzecz jasna, że był to Harry, którego męczy kaszel zawodowego palacza. Wyszłam spod prysznica i dokładnie wytarłam się puchatym ręcznikiem. Nie potrzebowałam za dużo czasu na ubranie się i nałożenie kremu nawilżającego na twarz, by po chwili przykryć to delikatnym kremem BB i pudrem. Nie podkreślając rzęs czy brwi, wyszłam z łazienki ubrana w zwykłe, czarne bryczesy i koszulkę polo, ponieważ tuż po śniadaniu miałam zamiar przećwiczyć z klaczą program na klasę N.
- Harry? - Mruknęłam, nie widząc nikogo oprócz kotki, która przyglądała się widokowi za oknem. Po chwili jednak poczułam czuły dotyk na swoim ramieniu, a później silne wstrząśnięcie moim ciałem i nawet nie wiem jakim cudem, znalazłam się przerzucona przez ramię chłopaka.
- PUSZCZAJ! - Krzyknęłam przez śmiech, który spowodował łzy cieknące po moich policzkach. Napastnik puścił mnie na materac, by nachylić się nade mną i delikatnie musknąć moje usta.
- Mało Ci? - Uśmiechnęłam się widząc zgłodniały wzrok niebieskookiego.
Od Adeline C.D Harry'ego
Szłam w towarzystwie świeżo co poznanego chłopaka, który z delikatnym stresie mielił w swych dłoniach kluczyk od pokoju.
- Jak już wiesz, jestem Adeline Whittaker, ale nie znam Twojego imienia, więc z chęcią je poznam - uśmiechnęłam się delikatnie, brnąc w stronę padoków.
- Mam na imię Lucas i pochodzę z Niemiec, więc wybacz jak mój język nie będzie idealny - odpowiedział, układając rząd śnieżnobiałych zębów, które zdobił bądź nie aparat stały z czarnymi ligaturami. Podeszłam do padoku z klaczami stajennymi, które z ociąganiem poruszały się w poszukiwaniu co raz to lepszych kępek traw. Słońce odbijało się od białych płotów, który przeszkadzał mi w jakiejkolwiek obserwacji. Brunet wnikliwie przyglądał się jednej kasztance, która postanowiła podejść do ogrodzenia i czekać na smakołyka z mojej strony.
- Nie dostaniesz, Pompeja. Jedyne co możesz teraz dostać to pieszczoty od Lucas'a - powiedziałam do klaczy, która popatrzyła na mnie jak na idiotkę. Zrezygnowana odeszła do stada by zaczepiać swoje towarzyszki.
- Cóż, chyba jej nie kręcę - zmarszczył nos i poszedł w stronę innych pastwisk. Najbardziej przyciągnęły go oddzielne padoki dla prywatnych ogierów, po których szalały potężne wierzchowce. Lucas bez zbędnych słów obkręcił się w moją stronę, ale już po chwili na jego twarzy dostrzegłam grymas.
- Coś nie tak? - Zapytałam, zestresowana tym, czy aby na pewno nie popełniłam żadnego błędu, przez który najprawdopodobniej zostałabym zbesztana przez pannę Rose.
- Nie, wszystko jest okej, ale Twój chłopak, przyjaciel czy tam znajomy, właśnie gada z jakąś całkiem niezłą blondi - westchnął. - Chyba całkiem nieźle się bawią - dodał, a po chwili machnął delikatnie głową w kierunku mojego towarzyszą tej nocy.
- Opiekunka tamtych bachorów - mruknęłam wściekle, po czym znowu odwróciłam się w stronę niebieskookiego. - Cóż, zapraszam Cię teraz do stajni koni akademickich, to tam gdzie oni stoją - uśmiechnęłam się sztucznie i ruszyłam do budynku.
- Twoja klacz jest bardzo ładna, ma świetny zad - powiedział Lucas, który wcale nie wydawał się aż taki zielony w temacie koni ujeżdżeniowych. - Skąd zdobyłaś taki ładny okaz?
- W Niemczech - zaśmiałam się. - Podczas niedawnych körungów wpadła mi w oko i tak się jakoś potoczyło, że stała się moją własnością - powiedziałam po chwili.
- Byłem, ale jej nie zauważyłem.. cóż - wzruszył ramionami, po czym się roześmiał i tym samym zaraził mnie głośnym śmiechem. Po kilku minutach wkroczyliśmy na korytarz stajni, po którym rozniósł się dźwięk odbijania podeszwy moich oficerek. Zostałam jednak zatrzymana, przez jak się domyślałam Harry'ego, który z zaciśniętą szczęką wpatrywał się w moją skamieniałą twarz.
- Coś się stało, zaraz kończę, więc jakbyś chciał, mój kochany, pomóc mi dalej w treningu to zapraszam - podniosłam jedną ze swoich brwi.
- Podziękuję, może Twój nowy towarzysz się zgodzi.
- Właściwie to z wielką chęcią pomogę - wtrącił nowy.
- Widzisz, masz nowego zwolennika. Jesteś jednak taka jak ludzie opowiadają, puszczalska panienka na jedną noc - warknął i w ekspresowym tempie wyszedł ze stajni. Oniemiała odwróciłam się w stronę nowego mężczyzny, który również rozszerzył swoje oczy.
- Cóż - powiedziałam delikatnie trzęsącym się tonem. - Idziemy do drugiej stajni, chcę poćwiczyć przejazd na zawody - warknęłam, a chłopak zasalutował.
~*~
Skarogniada klacz stała na myjce, wesoło tupiąc nogą w pozostałościach z wody, która cały czas ściekała z jej ciała.
- Hej, Notte bo sobie coś zrobisz - zaśmiałam się z gdy wierzchowiec natychmiast przestał i wlepił we mnie swój zdziwiony wzrok. - No co, panisiu? - Powiedziałam rozbawiona. Lucas, który mówił mi o każdym błędzie popełnionym podczas programu, poszedł do biura gdzie został zawołany przez pana Rose. Zadowolona, poklepałam masywną szyję, należącą do Meravigliosy, która ani razu nie spłoszyła się na dzisiejszej jeździe.
Upewniwszy się, że nogi klaczy wyschnęły, zarzuciłam beżową derkę na grzbiet, którą po minucie zapięłam i z moim zwierzęciem wróciłam do boksu. Zmęczona, odniosłam sprzęt do paki, którą dokładnie zamknęłam na dwa zamki i wyszłam ze stajni. Moje kroki skierowałam do akademika, w którym zamiar miałam zjeść jakiś posiłek. Na stołówce spotkałam chłopaka, który wyzwał mnie kilka godzin wcześniej. Oczywiście, był nim Harry, który tępo wpatrywał się w stół, a ukradkiem spoglądał na mnie. Bez zbędnych słów, nogi poniosły mnie do szafek, z których wyciągnęłam jedno, soczyste jabłko.
- Czyli jestem puszczalska? - Zapytałam podrzucając jabłko, po chwili je gryząc. - Doczekam się odpowiedzi? - Mruknęłam.
Hazza? ❤
- Jak już wiesz, jestem Adeline Whittaker, ale nie znam Twojego imienia, więc z chęcią je poznam - uśmiechnęłam się delikatnie, brnąc w stronę padoków.
- Mam na imię Lucas i pochodzę z Niemiec, więc wybacz jak mój język nie będzie idealny - odpowiedział, układając rząd śnieżnobiałych zębów, które zdobił bądź nie aparat stały z czarnymi ligaturami. Podeszłam do padoku z klaczami stajennymi, które z ociąganiem poruszały się w poszukiwaniu co raz to lepszych kępek traw. Słońce odbijało się od białych płotów, który przeszkadzał mi w jakiejkolwiek obserwacji. Brunet wnikliwie przyglądał się jednej kasztance, która postanowiła podejść do ogrodzenia i czekać na smakołyka z mojej strony.
- Nie dostaniesz, Pompeja. Jedyne co możesz teraz dostać to pieszczoty od Lucas'a - powiedziałam do klaczy, która popatrzyła na mnie jak na idiotkę. Zrezygnowana odeszła do stada by zaczepiać swoje towarzyszki.
- Cóż, chyba jej nie kręcę - zmarszczył nos i poszedł w stronę innych pastwisk. Najbardziej przyciągnęły go oddzielne padoki dla prywatnych ogierów, po których szalały potężne wierzchowce. Lucas bez zbędnych słów obkręcił się w moją stronę, ale już po chwili na jego twarzy dostrzegłam grymas.
- Coś nie tak? - Zapytałam, zestresowana tym, czy aby na pewno nie popełniłam żadnego błędu, przez który najprawdopodobniej zostałabym zbesztana przez pannę Rose.
- Nie, wszystko jest okej, ale Twój chłopak, przyjaciel czy tam znajomy, właśnie gada z jakąś całkiem niezłą blondi - westchnął. - Chyba całkiem nieźle się bawią - dodał, a po chwili machnął delikatnie głową w kierunku mojego towarzyszą tej nocy.
- Opiekunka tamtych bachorów - mruknęłam wściekle, po czym znowu odwróciłam się w stronę niebieskookiego. - Cóż, zapraszam Cię teraz do stajni koni akademickich, to tam gdzie oni stoją - uśmiechnęłam się sztucznie i ruszyłam do budynku.
- Twoja klacz jest bardzo ładna, ma świetny zad - powiedział Lucas, który wcale nie wydawał się aż taki zielony w temacie koni ujeżdżeniowych. - Skąd zdobyłaś taki ładny okaz?
- W Niemczech - zaśmiałam się. - Podczas niedawnych körungów wpadła mi w oko i tak się jakoś potoczyło, że stała się moją własnością - powiedziałam po chwili.
- Byłem, ale jej nie zauważyłem.. cóż - wzruszył ramionami, po czym się roześmiał i tym samym zaraził mnie głośnym śmiechem. Po kilku minutach wkroczyliśmy na korytarz stajni, po którym rozniósł się dźwięk odbijania podeszwy moich oficerek. Zostałam jednak zatrzymana, przez jak się domyślałam Harry'ego, który z zaciśniętą szczęką wpatrywał się w moją skamieniałą twarz.
- Coś się stało, zaraz kończę, więc jakbyś chciał, mój kochany, pomóc mi dalej w treningu to zapraszam - podniosłam jedną ze swoich brwi.
- Podziękuję, może Twój nowy towarzysz się zgodzi.
- Właściwie to z wielką chęcią pomogę - wtrącił nowy.
- Widzisz, masz nowego zwolennika. Jesteś jednak taka jak ludzie opowiadają, puszczalska panienka na jedną noc - warknął i w ekspresowym tempie wyszedł ze stajni. Oniemiała odwróciłam się w stronę nowego mężczyzny, który również rozszerzył swoje oczy.
- Cóż - powiedziałam delikatnie trzęsącym się tonem. - Idziemy do drugiej stajni, chcę poćwiczyć przejazd na zawody - warknęłam, a chłopak zasalutował.
~*~
Skarogniada klacz stała na myjce, wesoło tupiąc nogą w pozostałościach z wody, która cały czas ściekała z jej ciała.
- Hej, Notte bo sobie coś zrobisz - zaśmiałam się z gdy wierzchowiec natychmiast przestał i wlepił we mnie swój zdziwiony wzrok. - No co, panisiu? - Powiedziałam rozbawiona. Lucas, który mówił mi o każdym błędzie popełnionym podczas programu, poszedł do biura gdzie został zawołany przez pana Rose. Zadowolona, poklepałam masywną szyję, należącą do Meravigliosy, która ani razu nie spłoszyła się na dzisiejszej jeździe.
Upewniwszy się, że nogi klaczy wyschnęły, zarzuciłam beżową derkę na grzbiet, którą po minucie zapięłam i z moim zwierzęciem wróciłam do boksu. Zmęczona, odniosłam sprzęt do paki, którą dokładnie zamknęłam na dwa zamki i wyszłam ze stajni. Moje kroki skierowałam do akademika, w którym zamiar miałam zjeść jakiś posiłek. Na stołówce spotkałam chłopaka, który wyzwał mnie kilka godzin wcześniej. Oczywiście, był nim Harry, który tępo wpatrywał się w stół, a ukradkiem spoglądał na mnie. Bez zbędnych słów, nogi poniosły mnie do szafek, z których wyciągnęłam jedno, soczyste jabłko.
- Czyli jestem puszczalska? - Zapytałam podrzucając jabłko, po chwili je gryząc. - Doczekam się odpowiedzi? - Mruknęłam.
Hazza? ❤
Od Adeline C.D Harry'ego
Czując delikatny dotyk na swoim policzku, miałam ochotę ponownie oddać się w czułe ręce Harry'ego. Uśmiechnęłam się do mężczyzny, który odwzajemnił mi ten gest i objął mnie ramieniem.
- Oczywiście, że zostanę - zachichotałam. - Ale wiesz, czegoś mi brakuje - powiedziałam, siląc się na smutny ton.
- Ahh, brakuje Ci czegoś? - Westchnął niebieskooki. - Obawiam się, że nie jestem w stanie Ci więcej zapewnić.
- Wystarczy mi jeden, króciutki pocałunek na dobranoc - powiedziałam, a chłopak uniósł swą brew. Podparłam się na łokciach i ponownie, niemalże tak samo jak przed godziną, wpiłam się w usta Harry'ego, który oddawał każdy mój ruch.
- Miał być króciutki? - Wysapał pomiędzy serią kolejnych całusów.
- Widzisz, mamy inne pojęcie tego słowa - zaśmiałam się, a po chwili przegryzłam delikatnie swą wargę. - Hazzuś, tak się składa, że nie jestem jeszcze zmęczona.
Po tych słowach usiadłam okrakiem nad chłopakiem i nachyliłam się ku jego twarzy, od której promieniała radość. Jeżdżąc delikatnie swą dłonią po karku niebieskookiego, usłyszałam kroki stawiane na korytarzu, lecz nie spodziewałam się, że są one skierowane do pomieszczenia, w którym my aktualnie się znajdujemy. Drzwi otworzyły się z hukiem, a ja w tym samym momencie spięłam się, odskakując na lewą stronę materaca. W drzwiach stał rozwścieczony członek kadry, dokładniej trener ujeżdżenia - Gilbert Blythe.
- Jak się nie mylę, pannę Adeline słychać było w stajni koni prywatnych - jego oschły głos głucho odbijał się w moich uszach. - A Ciebie, drogi Młodzieńcze, mam ukarać za takie trzaskanie drzwiami? - Dodał po chwili.
- Wydaje mi się, że nie ma Pan prawa oglądania uczennic nago - wyszczerzył się brązowowłosy.
- Jest pod kołdrą, więc nic nie widzę - powiedział, a jego twarz wykrzywiła się na kształt uśmieszku.
- Po za tym, nie powinien Pan zaglądać do łóżka uczniów. To, że instruktorowi się nie udało, nie znaczy, że jego podopiecznym się nie uda - dodałam. - Myślę, że nie chce Pan przeprowadzić niezwykle interesującej rozmowy z moim ojcem, hę?
- To są groźby, Adeline Whittaker. Owszem, zgodzę się, że na ten temat nie chce rozmawiać z Twym ojcem, więc za to chcę Cię zobaczyć na czworoboku jutro o godzinie 5:00, z gotowym koniem i wyuczonym programem - warknął, a po tych słowach zniknął z pokoju.
- Cholera jasna! - Krzyknęłam, zrywając się z łóżka, zapominając przy tym, że jestem całkowicie naga. Z towarzyszącym mi chaosem, zaczęłam naciągać na siebie poszczególne części garderoby, które walały się w każdym zakamarku pokoju Harry'ego.
- Spokojnie, przecież i tak nic teraz nie zrobisz - westchnął mężczyzna, siłując się z suwakiem własnych spodni.
- Napraw ten suwak, bo następnym razem szlag mnie trafi - mruknęłam. - Ku**a, ten facet ewidentnie się mnie uczepił.
- Wiesz, że i tak wypadniesz świetnie?
- Nie interesują mnie teraz komplementy - westchnęłam, wpadając w ramiona niebieskookiego.
- Chodźmy spać, nie ma sensu się denerwować, a lepiej być wyspanym na porannym treningu z Blythe'm.
- Ten trening ma się odbyć za pięć godzin.
~*~
Sunąc niczym zjawa, weszłam na czworobok w ręku mocno ściskając wodze skarogniadej klaczy, która również nie wiedziała do końca co się dzieje. Pan Gilbert Blythe, stał już przy stojaku z literą A, posyłając mi szyderczy uśmiech.
- Rozgrzewka zrobiona? Chcę zobaczyć tylko przyjazd i powiedzieć Ci błędy Twojego wierzchowca, a tym samym Twoje - bąknął pod nosem, a ja co raz bardziej wewnętrznie się załamywałam.
- Uznajmy, że zrobiona - odpowiedziałam, a po minucie ściągnęłam strzemiona spod skrzydełka siodła. Sprawdziłam jeszcze raz popręg i z ociąganiem się, delikatnie podskoczyłam, podciągając się przy tym, aby po chwili wylądować w siedzisku. Mężczyzna odstawił płotek przy literze A, wypuściłam głośno powietrze, zbierając przy tym Notte i ruszając z miejsca zebranym kłusem. Czując w gardle narastającą gulę, siedziałam w siodle nieco spięta, przez co mój kłus ćwiczebny wydał się nieco zbyt sztywny i mało aktywny. Szybko jednak ogarnęłam narastającą presję i całkowicie rozluźniłam swoje ciało. Wjeżdżając na linię środkową, poczułam chłodny wzrok trenera ujeżdżenia, co jeszcze bardziej zmotywowało mnie do dalszego działania. Wykonując paradę, spostrzegłam, jak notuje coś w swoim dzienniku, a później agresywnie kreśli to długopisem. Ukradkiem uśmiechnęłam się, by po ukłonie, ruszyć dalej kłusem zebranym, który w moim mniemaniu był co najmniej na ósemkę, która była wręcz ogromna jak dla tak krótko pracującej pary. Będąc już przy C, skręciłam w lewo by już na literze S wykręcić na woltę o średnicy dziesięciu metrów. Wiedząc, że już zaraz czeka mnie wykonanie łopatki do wewnątrz, poczęłam zabawę wodzy wewnętrznej, napinając ją i po chwili odpuszczając. Delikatnie wzmocniłam swój nacisk wewnętrznej łydki na miejsce w okolicach popręgu, starając się zachować zgięcie skarogniadej w żebrach oraz tempo, które było nader aktywne. Obciążyłam lewą kość kulszową i strzemię, pilnując by nie załamać się w biodrach, ponieważ ostatnio dość często mi się to zdarza. Zewnętrzną wodzą zapewniałam odpowiedni kąt wygięcia klaczy, a łydką po tej samej stronie leżącą, przesunąłem się nieco za popręg, pilnując by zad nie odleciał w nieznane. Utrzymując tą samą pozycję, przejechałam do litery V, by tam przerwać żądanie i powrócić do kłusa zebranego, w którym wykonałam półwoltę w lewo. W literze L według programu, miał nastąpić ciąg, nad którym bardzo często w ostatnim czasie pracowałam z moją podopieczną. Poczułam jak Meravigliosa mocno krzyżuje swe nogi, co przyprawiało mnie o delikatny zachwyt. Mimowolnie, delikatnie zjechałam po jej szyi by delikatnie ją poklepać.
~*~
Zeskoczyłam na kwarcowe podłoże wymieszane ze ścinkami fizeliny. Uważałam, że jest to doskonała mieszanka, która z resztą zachwycała również Notte, wesoło wymachującą przednią nogą. Nauczyciel podszedł do mojej osoby, krytycznie patrząc się na rozluźnioną klacz. Przeniósł swój ostry wzrok na mnie, a po chwili delikatnie się uśmiechnął.
- Cóż, panno Adeline - zaczął, przełykając głośno ślinę, tak jakby próbując się wymigać od wypowiedzenia pewnych słów. - Muszę przyznać, że jestem zszokowany poziomem prezentującym przez Waszą parę. Klacz ma świetne ciągi, które da się przenieść na jeszcze wyższy poziom, ale naprawdę jestem zadowolony. Brakuje mi jednak czegoś..
Wiedziałam. Wiedziałam, że czegoś w tym nie ma, tylko czego? Cholera jasna, tak się starałam wszystko zrobić jak najbardziej idealnie.
- Brakuje mi chociaż delikatnego zarzucenia zadem w galopie, bo do jasnej Anielki, jak na tak młodego konia, jest po prostu świetna.
- Dziękuję, to znaczy dziękujemy - uśmiechnęłam się szeroko, klepiąc szyję klaczy.
- Dobra, koniec tych komplementów. Jesteś wolna, idź ją rozsiodłać - mruknął, i w tym momencie wrócił stary, gburowaty Gilbert. Wywróciłam oczami i wzięłam się za podciągnięcie strzemion, oraz odpuszczenie popręgu. Wzięłam wodze do rąk i z błogą miną ruszyłam w stronę stajni koni prywatnych. Nagle znikąd pojawił się przy mnie Harry, który czule objął mnie ramieniem.
- Jak poszło? Zjadł Cię? - Zaśmiał się, a po chwili pogładził bok skarogniadego wierzchowca.
- Możesz być ze mnie bardzo dumny. Pan Gilbert Blythe pochwalił mnie i mojego konia - powiedziałam, czując jak rosnę w duchu. Młody mężczyzna posłał mi szeroki uśmiech, a po chwili w trójkę wkroczyliśmy na korytarz budynku, w którym rozległ się dźwięk powitania Notte przez innych członków jej małego stadka. Skierowałam się od razu na wolną, wewnętrzną myjkę, naprzeciwko której znajdowało się solarium, zajęte przez klacz Esmeraldy. Meravi skuliła uszy, by po chwili przeciąć powietrze zębami. Zaskoczona taką reakcją Vigliosy, starałam się nawet nie zbliżać do kasztanki, która stała bez żadnej reakcji w miejscu. Na szczęście pojawiła się Esma, która zabrała swojego wierzchowca na pastwisko. Wypuściłam powietrze z ulgą i zaczęłam rozsiodływanie skarogniadej. Rumak po otrzymaniu smakołyka, zaczął pienić się niemalże tak jak zwierzę chorujące na wściekliznę. Odłożyłam delikatnie siodło pod ścianę, a ogłowie zawiesiłam na niewielkim wieszaczku.
- Możesz ją całą schłodzić i wprowadzić na solarkę? - Zapytałam, robiąc błagalne oczka w stronę niebieskookiego.
- Jasne, Słonko - powiedział, a zwrot użyty przez chłopaka, wywołał we mnie przyjemne uczucie. Poszłam do siodlarni, w której stała moja potężna drewniana paka wypełniona po brzegi sprzętem i preparatami. Właśnie po to drugie się kierowałam, a dokładniej po olej do skóry, by dokładnie wysmarować siodło i ogłowie przed zawodami. Wymachując buteleczkami na każdą stronę, szłam tanecznym krokiem do Harry'ego i Notte. Moje serduszko roztopiło się pod wpływem widoku chłopaka, wtulonego w krótko przystrzyżoną grzywę szcześciolatki. Drapał przy tym jej kłąb, przez co górna warga skarogniadej wyginała się pod wpływem przyjemności. Roztopiona podeszłam do nich i cicho odchrząknęłam.
- Bo będę zazdrosna - zachichotałam.
Mój Skarbuś? <3
- Oczywiście, że zostanę - zachichotałam. - Ale wiesz, czegoś mi brakuje - powiedziałam, siląc się na smutny ton.
- Ahh, brakuje Ci czegoś? - Westchnął niebieskooki. - Obawiam się, że nie jestem w stanie Ci więcej zapewnić.
- Wystarczy mi jeden, króciutki pocałunek na dobranoc - powiedziałam, a chłopak uniósł swą brew. Podparłam się na łokciach i ponownie, niemalże tak samo jak przed godziną, wpiłam się w usta Harry'ego, który oddawał każdy mój ruch.
- Miał być króciutki? - Wysapał pomiędzy serią kolejnych całusów.
- Widzisz, mamy inne pojęcie tego słowa - zaśmiałam się, a po chwili przegryzłam delikatnie swą wargę. - Hazzuś, tak się składa, że nie jestem jeszcze zmęczona.
Po tych słowach usiadłam okrakiem nad chłopakiem i nachyliłam się ku jego twarzy, od której promieniała radość. Jeżdżąc delikatnie swą dłonią po karku niebieskookiego, usłyszałam kroki stawiane na korytarzu, lecz nie spodziewałam się, że są one skierowane do pomieszczenia, w którym my aktualnie się znajdujemy. Drzwi otworzyły się z hukiem, a ja w tym samym momencie spięłam się, odskakując na lewą stronę materaca. W drzwiach stał rozwścieczony członek kadry, dokładniej trener ujeżdżenia - Gilbert Blythe.
- Jak się nie mylę, pannę Adeline słychać było w stajni koni prywatnych - jego oschły głos głucho odbijał się w moich uszach. - A Ciebie, drogi Młodzieńcze, mam ukarać za takie trzaskanie drzwiami? - Dodał po chwili.
- Wydaje mi się, że nie ma Pan prawa oglądania uczennic nago - wyszczerzył się brązowowłosy.
- Jest pod kołdrą, więc nic nie widzę - powiedział, a jego twarz wykrzywiła się na kształt uśmieszku.
- Po za tym, nie powinien Pan zaglądać do łóżka uczniów. To, że instruktorowi się nie udało, nie znaczy, że jego podopiecznym się nie uda - dodałam. - Myślę, że nie chce Pan przeprowadzić niezwykle interesującej rozmowy z moim ojcem, hę?
- To są groźby, Adeline Whittaker. Owszem, zgodzę się, że na ten temat nie chce rozmawiać z Twym ojcem, więc za to chcę Cię zobaczyć na czworoboku jutro o godzinie 5:00, z gotowym koniem i wyuczonym programem - warknął, a po tych słowach zniknął z pokoju.
- Cholera jasna! - Krzyknęłam, zrywając się z łóżka, zapominając przy tym, że jestem całkowicie naga. Z towarzyszącym mi chaosem, zaczęłam naciągać na siebie poszczególne części garderoby, które walały się w każdym zakamarku pokoju Harry'ego.
- Spokojnie, przecież i tak nic teraz nie zrobisz - westchnął mężczyzna, siłując się z suwakiem własnych spodni.
- Napraw ten suwak, bo następnym razem szlag mnie trafi - mruknęłam. - Ku**a, ten facet ewidentnie się mnie uczepił.
- Wiesz, że i tak wypadniesz świetnie?
- Nie interesują mnie teraz komplementy - westchnęłam, wpadając w ramiona niebieskookiego.
- Chodźmy spać, nie ma sensu się denerwować, a lepiej być wyspanym na porannym treningu z Blythe'm.
- Ten trening ma się odbyć za pięć godzin.
~*~
Sunąc niczym zjawa, weszłam na czworobok w ręku mocno ściskając wodze skarogniadej klaczy, która również nie wiedziała do końca co się dzieje. Pan Gilbert Blythe, stał już przy stojaku z literą A, posyłając mi szyderczy uśmiech.
- Rozgrzewka zrobiona? Chcę zobaczyć tylko przyjazd i powiedzieć Ci błędy Twojego wierzchowca, a tym samym Twoje - bąknął pod nosem, a ja co raz bardziej wewnętrznie się załamywałam.
- Uznajmy, że zrobiona - odpowiedziałam, a po minucie ściągnęłam strzemiona spod skrzydełka siodła. Sprawdziłam jeszcze raz popręg i z ociąganiem się, delikatnie podskoczyłam, podciągając się przy tym, aby po chwili wylądować w siedzisku. Mężczyzna odstawił płotek przy literze A, wypuściłam głośno powietrze, zbierając przy tym Notte i ruszając z miejsca zebranym kłusem. Czując w gardle narastającą gulę, siedziałam w siodle nieco spięta, przez co mój kłus ćwiczebny wydał się nieco zbyt sztywny i mało aktywny. Szybko jednak ogarnęłam narastającą presję i całkowicie rozluźniłam swoje ciało. Wjeżdżając na linię środkową, poczułam chłodny wzrok trenera ujeżdżenia, co jeszcze bardziej zmotywowało mnie do dalszego działania. Wykonując paradę, spostrzegłam, jak notuje coś w swoim dzienniku, a później agresywnie kreśli to długopisem. Ukradkiem uśmiechnęłam się, by po ukłonie, ruszyć dalej kłusem zebranym, który w moim mniemaniu był co najmniej na ósemkę, która była wręcz ogromna jak dla tak krótko pracującej pary. Będąc już przy C, skręciłam w lewo by już na literze S wykręcić na woltę o średnicy dziesięciu metrów. Wiedząc, że już zaraz czeka mnie wykonanie łopatki do wewnątrz, poczęłam zabawę wodzy wewnętrznej, napinając ją i po chwili odpuszczając. Delikatnie wzmocniłam swój nacisk wewnętrznej łydki na miejsce w okolicach popręgu, starając się zachować zgięcie skarogniadej w żebrach oraz tempo, które było nader aktywne. Obciążyłam lewą kość kulszową i strzemię, pilnując by nie załamać się w biodrach, ponieważ ostatnio dość często mi się to zdarza. Zewnętrzną wodzą zapewniałam odpowiedni kąt wygięcia klaczy, a łydką po tej samej stronie leżącą, przesunąłem się nieco za popręg, pilnując by zad nie odleciał w nieznane. Utrzymując tą samą pozycję, przejechałam do litery V, by tam przerwać żądanie i powrócić do kłusa zebranego, w którym wykonałam półwoltę w lewo. W literze L według programu, miał nastąpić ciąg, nad którym bardzo często w ostatnim czasie pracowałam z moją podopieczną. Poczułam jak Meravigliosa mocno krzyżuje swe nogi, co przyprawiało mnie o delikatny zachwyt. Mimowolnie, delikatnie zjechałam po jej szyi by delikatnie ją poklepać.
~*~
Zeskoczyłam na kwarcowe podłoże wymieszane ze ścinkami fizeliny. Uważałam, że jest to doskonała mieszanka, która z resztą zachwycała również Notte, wesoło wymachującą przednią nogą. Nauczyciel podszedł do mojej osoby, krytycznie patrząc się na rozluźnioną klacz. Przeniósł swój ostry wzrok na mnie, a po chwili delikatnie się uśmiechnął.
- Cóż, panno Adeline - zaczął, przełykając głośno ślinę, tak jakby próbując się wymigać od wypowiedzenia pewnych słów. - Muszę przyznać, że jestem zszokowany poziomem prezentującym przez Waszą parę. Klacz ma świetne ciągi, które da się przenieść na jeszcze wyższy poziom, ale naprawdę jestem zadowolony. Brakuje mi jednak czegoś..
Wiedziałam. Wiedziałam, że czegoś w tym nie ma, tylko czego? Cholera jasna, tak się starałam wszystko zrobić jak najbardziej idealnie.
- Brakuje mi chociaż delikatnego zarzucenia zadem w galopie, bo do jasnej Anielki, jak na tak młodego konia, jest po prostu świetna.
- Dziękuję, to znaczy dziękujemy - uśmiechnęłam się szeroko, klepiąc szyję klaczy.
- Dobra, koniec tych komplementów. Jesteś wolna, idź ją rozsiodłać - mruknął, i w tym momencie wrócił stary, gburowaty Gilbert. Wywróciłam oczami i wzięłam się za podciągnięcie strzemion, oraz odpuszczenie popręgu. Wzięłam wodze do rąk i z błogą miną ruszyłam w stronę stajni koni prywatnych. Nagle znikąd pojawił się przy mnie Harry, który czule objął mnie ramieniem.
- Jak poszło? Zjadł Cię? - Zaśmiał się, a po chwili pogładził bok skarogniadego wierzchowca.
- Możesz być ze mnie bardzo dumny. Pan Gilbert Blythe pochwalił mnie i mojego konia - powiedziałam, czując jak rosnę w duchu. Młody mężczyzna posłał mi szeroki uśmiech, a po chwili w trójkę wkroczyliśmy na korytarz budynku, w którym rozległ się dźwięk powitania Notte przez innych członków jej małego stadka. Skierowałam się od razu na wolną, wewnętrzną myjkę, naprzeciwko której znajdowało się solarium, zajęte przez klacz Esmeraldy. Meravi skuliła uszy, by po chwili przeciąć powietrze zębami. Zaskoczona taką reakcją Vigliosy, starałam się nawet nie zbliżać do kasztanki, która stała bez żadnej reakcji w miejscu. Na szczęście pojawiła się Esma, która zabrała swojego wierzchowca na pastwisko. Wypuściłam powietrze z ulgą i zaczęłam rozsiodływanie skarogniadej. Rumak po otrzymaniu smakołyka, zaczął pienić się niemalże tak jak zwierzę chorujące na wściekliznę. Odłożyłam delikatnie siodło pod ścianę, a ogłowie zawiesiłam na niewielkim wieszaczku.
- Możesz ją całą schłodzić i wprowadzić na solarkę? - Zapytałam, robiąc błagalne oczka w stronę niebieskookiego.
- Jasne, Słonko - powiedział, a zwrot użyty przez chłopaka, wywołał we mnie przyjemne uczucie. Poszłam do siodlarni, w której stała moja potężna drewniana paka wypełniona po brzegi sprzętem i preparatami. Właśnie po to drugie się kierowałam, a dokładniej po olej do skóry, by dokładnie wysmarować siodło i ogłowie przed zawodami. Wymachując buteleczkami na każdą stronę, szłam tanecznym krokiem do Harry'ego i Notte. Moje serduszko roztopiło się pod wpływem widoku chłopaka, wtulonego w krótko przystrzyżoną grzywę szcześciolatki. Drapał przy tym jej kłąb, przez co górna warga skarogniadej wyginała się pod wpływem przyjemności. Roztopiona podeszłam do nich i cicho odchrząknęłam.
- Bo będę zazdrosna - zachichotałam.
Mój Skarbuś? <3
niedziela, 24 września 2017
Od Adeline C.D Harry'ego
- Wiesz, drogie dziecię, że ciekawość to pierwszy stopień do piekła? - Zapytałam szyderczo, na co chłopczyk delikatnie się spiął i nie zadawał już żadnych pytań. Cały czas, bez ustanku, moje szczęki były mocno zaciśnięte, a morderczy wzrok świdrował zwijającego się ze śmiechu Harry'ego.
- Odegram się, Loczuś - warknęłam do niebieskookiego, który pomógł zejść chłopcu. - Miłego wieczoru życzę - warknęłam, a blondynek szybko podbiegł do reszty grupy.
- Zmienić Cię? - Zapytała mnie Oriane, która posłała mi pogodny uśmiech.
- Idź tym z koniem w cholerę. Nienawidzę dzieciaków. - Powiedziałam, po czym wyszłam z ujeżdżalni. Moje kroki zmierzały w stronę oddzielnych padoków, gdzie na jednym stała moja klacz. Trzęsącymi się dłońmi wyjęłam ostatniego papierosa z kieszeni i zapaliłam, by po chwili wypuszczać gęste kłęby dymu. Gniadoszka biegała w każdą stronę, by po chwili zatrzymać się i z dzikim fukaniem spoglądać na niebieski traktor, który toczył się, przewożąc belę wysokiej jakości siana. Zaśmiałam się gdy dopiero po kilku minutach zorientowała się, że stoję pod ogrodzeniem. Rozweselony wierzchowiec podkłusował do mnie, stawiając przy tym niewyobrażalnie ogromne kroki.
- Hola, koleżanko, bo krzywdę sobie zrobisz - mruknęłam, wyciągając z kieszeni kokosowy smakołyk, na którego widok nawet mi ślinka leciała. Zgniotłam skończonego już papierosa i wrzuciłam go do kieszeni. - No co, tak bardzo się, panienka stęskniła? - Zaśmiałam się, a po chwili pogładziłam wąski pas białej sierści. Na swoich plecach poczułam czyjś dotyk, na co ja podskoczyłam, a klacz zwiała na drugi koniec padoku.
- Dzięki, Obrońco! - Krzyknęłam za nią. - Ohh.. no kogo mogłam się spodziewać? Harry.
- No ja, przepraszam, ale wyraz twarzy tego dzieciaka, doprowadzał mnie do łez - powiedział, uśmiechając się delikatnie. - No mi nie wybaczysz? - Zapytał.
- Jakbym nie wybaczyła, to już dawno bym tutaj nie stała. - Bąknęłam. - Wiesz, że wszystko pamiętam?
- Chciałbym wiedzieć co się tam takiego wydarzyło, ale widząc malinki na Twoim dekolcie, jestem w stanie się po części domyślać. Z chęcią dowiem się szczegółów - uniósł brwi w rozbawieniu.
- Cóż, prawie się spaliłam, ale Ty mój wybawicielu, mnie uratowałeś. Słusznie zauważyłeś, pozostawiłeś mi sporo pamiątek, a w tym jedno, ciekawe wspomnienie.. nieźle całujesz - uniosłam jedną brew, ukazując rząd białych zębów. Mężczyzna stał jak zamurowany, ale widać było cień zadowolenia na jego twarzy.
- No cóż.. z chęcią wyrażę opinię o Tobie, ale trzeba by było to powtórzyć, ponieważ tak się składa, że teraz jestem trzeźwy - uśmiechnął się zadziornie, na co ja wspięłam się na palce w celu musknięcia warg chłopaka. Delikatny pocałunek przeobraził się w niewielki wulkan, który był niezwykle namiętny. Jakimś dziwnym cudem znalazłam się na ogrodzeniu, co ułatwiało mi zadanie kontynuowania przyjemnej czynności. Nadszedł jednak moment, że coś musiało to przerwać, a była to gniadoszka, która trąciła moją łopatkę.
- JEZUS CHRYSTUS, NOTTE! - Krzyknęłam i z braku równowagi, wpadłam w objęcia Harry'ego, który uniósł mnie nad ziemię. - Kolejny raz mnie ratujesz, no nieźle - uśmiechnęłam się.
- Za taki pocałunek, mogę Ciebie ratować za każdym razem - mruknął, niczym moja kotka, która prawdopodobnie teraz czekała na kolację.
- Przykro mi, ale teraz muszę odprowadzić tą panienkę do stajni, aczkolwiek mogę Cię zaprosić na obejrzenie jakiegoś filmu.
- Cóż, prawdopodobnie skorzystam z tej propozycji, więc żegnam się, Adeline - zaśmiał się i odszedł do akademika. Wzięłam uwiąz przewieszony przez furtkę, na co klacz od razu do mnie podbiegła. Na szczęście, Meravigliosa wiedziała, że jeśli nie będzie współpracowała to zwyczajnie w świecie nie dostanie dodatkowej porcji jej ukochanego musli. Już po chwili podkowy gniadoszki obijały się o bruk, co dawało znak do wszystkich innych wierzchowców, że już zaraz zostaną zabrane do swoich boksów. Ogiery szalały na widok klaczy, która bez żadnej reakcji kroczyła dumnie na przód. Kary wierzchowiec wywijał przeróżne baranki na trawie, tylko po to by jakimś cudem przedostać się do jak się okazało mojej klaczuchy, która prawdopodobnie nie byłaby aż taka niechętna do powiększenia gatunku.
~*~
Xsara kręciła sie wkoło moich nóg, usilnie starając się zwrócić na siebie uwagę.
- Przestań, dostałaś już jedzenie, więc daj mi chwilę spokoju - bąknęłam, zrzucając z siebie w tym samym momencie brudny t-shirt. Notte postanowiła umazać mnie swoją zabarwioną na kolory tęczy śliną. Na moich ramionach zawisła niezwykle luźna koszulka, która odsłoniła każde, ale to każde dzieło pozostawione przez Harry'ego. Wywróciłam oczami, widząc, że chłopak zawędrował.. dość nisko ze swoimi malunkami.
Już dosłownie po kilku sekundach, rozległo się delikatne pukanie w drzwi. W futrynie stał Harry, wypchany po brzegi przeróżnymi trunkami.
- Nie piję - mruknęłam. - Nie można po wczorajszym - uśmiechnęła się szeroko.
- Skąd wiesz, że to alkohol? Mam za dużo butelek, więc w nich przechowuje wszystko.
- Uważaj bo uwierzę. - Po tych słowach, schyliłam się do szafki, z której wyrzuciłam stos jedzenia, były w nim suszone owoce, kisiele, chipsy, zupki błyskawiczne.. dosłownie wszystko. - No cóż, trzeba chociaż odrobinkę przytyć - zaśmiałam się.
Haaaaaaazzuuuuuuś? ❤❤❤
- Odegram się, Loczuś - warknęłam do niebieskookiego, który pomógł zejść chłopcu. - Miłego wieczoru życzę - warknęłam, a blondynek szybko podbiegł do reszty grupy.
- Zmienić Cię? - Zapytała mnie Oriane, która posłała mi pogodny uśmiech.
- Idź tym z koniem w cholerę. Nienawidzę dzieciaków. - Powiedziałam, po czym wyszłam z ujeżdżalni. Moje kroki zmierzały w stronę oddzielnych padoków, gdzie na jednym stała moja klacz. Trzęsącymi się dłońmi wyjęłam ostatniego papierosa z kieszeni i zapaliłam, by po chwili wypuszczać gęste kłęby dymu. Gniadoszka biegała w każdą stronę, by po chwili zatrzymać się i z dzikim fukaniem spoglądać na niebieski traktor, który toczył się, przewożąc belę wysokiej jakości siana. Zaśmiałam się gdy dopiero po kilku minutach zorientowała się, że stoję pod ogrodzeniem. Rozweselony wierzchowiec podkłusował do mnie, stawiając przy tym niewyobrażalnie ogromne kroki.
- Hola, koleżanko, bo krzywdę sobie zrobisz - mruknęłam, wyciągając z kieszeni kokosowy smakołyk, na którego widok nawet mi ślinka leciała. Zgniotłam skończonego już papierosa i wrzuciłam go do kieszeni. - No co, tak bardzo się, panienka stęskniła? - Zaśmiałam się, a po chwili pogładziłam wąski pas białej sierści. Na swoich plecach poczułam czyjś dotyk, na co ja podskoczyłam, a klacz zwiała na drugi koniec padoku.
- Dzięki, Obrońco! - Krzyknęłam za nią. - Ohh.. no kogo mogłam się spodziewać? Harry.
- No ja, przepraszam, ale wyraz twarzy tego dzieciaka, doprowadzał mnie do łez - powiedział, uśmiechając się delikatnie. - No mi nie wybaczysz? - Zapytał.
- Jakbym nie wybaczyła, to już dawno bym tutaj nie stała. - Bąknęłam. - Wiesz, że wszystko pamiętam?
- Chciałbym wiedzieć co się tam takiego wydarzyło, ale widząc malinki na Twoim dekolcie, jestem w stanie się po części domyślać. Z chęcią dowiem się szczegółów - uniósł brwi w rozbawieniu.
- Cóż, prawie się spaliłam, ale Ty mój wybawicielu, mnie uratowałeś. Słusznie zauważyłeś, pozostawiłeś mi sporo pamiątek, a w tym jedno, ciekawe wspomnienie.. nieźle całujesz - uniosłam jedną brew, ukazując rząd białych zębów. Mężczyzna stał jak zamurowany, ale widać było cień zadowolenia na jego twarzy.
- No cóż.. z chęcią wyrażę opinię o Tobie, ale trzeba by było to powtórzyć, ponieważ tak się składa, że teraz jestem trzeźwy - uśmiechnął się zadziornie, na co ja wspięłam się na palce w celu musknięcia warg chłopaka. Delikatny pocałunek przeobraził się w niewielki wulkan, który był niezwykle namiętny. Jakimś dziwnym cudem znalazłam się na ogrodzeniu, co ułatwiało mi zadanie kontynuowania przyjemnej czynności. Nadszedł jednak moment, że coś musiało to przerwać, a była to gniadoszka, która trąciła moją łopatkę.
- JEZUS CHRYSTUS, NOTTE! - Krzyknęłam i z braku równowagi, wpadłam w objęcia Harry'ego, który uniósł mnie nad ziemię. - Kolejny raz mnie ratujesz, no nieźle - uśmiechnęłam się.
- Za taki pocałunek, mogę Ciebie ratować za każdym razem - mruknął, niczym moja kotka, która prawdopodobnie teraz czekała na kolację.
- Przykro mi, ale teraz muszę odprowadzić tą panienkę do stajni, aczkolwiek mogę Cię zaprosić na obejrzenie jakiegoś filmu.
- Cóż, prawdopodobnie skorzystam z tej propozycji, więc żegnam się, Adeline - zaśmiał się i odszedł do akademika. Wzięłam uwiąz przewieszony przez furtkę, na co klacz od razu do mnie podbiegła. Na szczęście, Meravigliosa wiedziała, że jeśli nie będzie współpracowała to zwyczajnie w świecie nie dostanie dodatkowej porcji jej ukochanego musli. Już po chwili podkowy gniadoszki obijały się o bruk, co dawało znak do wszystkich innych wierzchowców, że już zaraz zostaną zabrane do swoich boksów. Ogiery szalały na widok klaczy, która bez żadnej reakcji kroczyła dumnie na przód. Kary wierzchowiec wywijał przeróżne baranki na trawie, tylko po to by jakimś cudem przedostać się do jak się okazało mojej klaczuchy, która prawdopodobnie nie byłaby aż taka niechętna do powiększenia gatunku.
~*~
Xsara kręciła sie wkoło moich nóg, usilnie starając się zwrócić na siebie uwagę.
- Przestań, dostałaś już jedzenie, więc daj mi chwilę spokoju - bąknęłam, zrzucając z siebie w tym samym momencie brudny t-shirt. Notte postanowiła umazać mnie swoją zabarwioną na kolory tęczy śliną. Na moich ramionach zawisła niezwykle luźna koszulka, która odsłoniła każde, ale to każde dzieło pozostawione przez Harry'ego. Wywróciłam oczami, widząc, że chłopak zawędrował.. dość nisko ze swoimi malunkami.
Już dosłownie po kilku sekundach, rozległo się delikatne pukanie w drzwi. W futrynie stał Harry, wypchany po brzegi przeróżnymi trunkami.
- Nie piję - mruknęłam. - Nie można po wczorajszym - uśmiechnęła się szeroko.
- Skąd wiesz, że to alkohol? Mam za dużo butelek, więc w nich przechowuje wszystko.
- Uważaj bo uwierzę. - Po tych słowach, schyliłam się do szafki, z której wyrzuciłam stos jedzenia, były w nim suszone owoce, kisiele, chipsy, zupki błyskawiczne.. dosłownie wszystko. - No cóż, trzeba chociaż odrobinkę przytyć - zaśmiałam się.
Haaaaaaazzuuuuuuś? ❤❤❤
środa, 20 września 2017
Od Adeline C.D Harry'ego
Ciepły oddech mężczyzny, sprawił, że poczułam się jak w rękach mojego wybawcy. W sumie to tak było, gdyby nie jego szybka reakcja stałabym się teraz ludzką żarówką, która ma już ostatnie drgania przed marną śmiercią. Poczułam jak Harry zaczął bawić się koszykiem moich włosów, których wygląd w tym momencie pozostawił wiele do życzenia. Nagle jednak schylił się nad moim dekoltem, pozostawiając tam również ślady swojej 'działalności'. Byłam mocno świadoma tego, że niebieskooki zassał delikatnie moją skórę między obojczykami.
- Hazzuś, nie za dużo procentów Ci do główki strzeliło? - Zachichotałam, bawiąc się jednym z jego loków. - Bo wiesz, wydaje mi się, że niespełna dwa tygodnie temu idę poznaliśmy - dokończyłam, unosząc brew. Brązowowłosy oderwał się od swojego zajęciach i posłał mi zdziwione spojrzenie.
- Mogę przerwać, choć będzie ciężko - posłał mi figlarny uśmieszek. Wywróciłam delikatnie oczami i nie czekając na odpowiedni moment, uniosłam delikatnie swoją głowę znad jego ramienia i musknęłam jego ciepłe wargi. Ta czynność była tak przyjemna, że miałam ochotę cofać czas i robić to cały czas, od początku do końca i znowu, znowu.
- Powinniśmy? - Westchnęłam prosto w twarz chłopakowi, który na odpowiedź ponownie postanowił złączyć nasze warto w pocałunku. Tym razem, był on jednak trochę bardziej śmiały i zdecydowany. Nie miałam nic przeciwko temu, więc bez słowa zostałam w jego ramionach, śląc sobie delikatne, przyjemne pocałunki.
~*~
Blask latarki nagle oświecił mnie i Harry'ego, który nagle się podniósł, a ja bez żadnego ostrzeżenia, wylądowałam na twardym podłożu.
- Harry, cioto! - Krzyknęłam, ale natychmiast podniosłam się do pionu, widząc, że przed nami stoi wierzchowiec, a na nim siedziała instruktorka Sue, która patrzyła na nas jak na zjawy. - Miłego dnia, Panno Sue - uśmiechnęłam się wesoło.
- Co Wy tutaj robicie? Czemu nie jesteście w łóżkach i w pokojach? Macie raz dwa wracać do Akademii! Migiem! - Powiedziała, ale na jej twarzy zagościł cień uśmiechu.
- Proszę Paniiiiiiiii - zaciągnęłam specjalnie, niczym mała dziewczynka. - Pozostanie to między nami?
- Zastanowię się. Teraz nie chce już Was widzieć - mruknęła, a ja powlokłam się z Harry'm w stronę ścieżki. Buty głucho odbijały się od piasku, po którym jak się przekonałam świetnie jest galopować. Kroczyliśmy w zupełnym milczeniu, a ja jak głupia starałam się zakryć malinki pozostawione przez Hazzusia.
- Muszę dzisiaj pojeździć Notte, i już tak trochę się załamuje - westchnęłam. - Pewnie znowu będzie latanie od bandy do bandy - zaśmiałam się.
- Będę mógł Ci pomóc, ale to za jakieś dwie godziny bo chciałbym się chociaż trochę przespać - powiedział, a po chwili ziewnął. - Może nie będzie aż tak źle - posłał mi pokrzepiający uśmiech. Bez żadnej odpowiedzi zerwałam żółtawy liść i zaczęłam go rwać na ultra małe kawałki. Nauczyłam się tego od ojca, który robił to zawsze z notatkami wypisanymi podczas treningów.
~*~
Gniadoszka zadarła głowę, podczas poprawiania futrzanego popręgu tuż przed wsiadaniem. Wydłużyłam puśliska jeszcze o jedną dziurkę i bez mojego zwyczajowego, dziarskiego uśmiechu, podeszłam w stronę srebrnych schodków i z gracją wsiadłam na grzbiet klaczy.
- No Notte, trzeba się ruszyć - powiedziałam, zbierając dwie pary wodze i ruszając delikatnie wydłużonym stępem, bez jakiegokolwiek zebrania. Nagle zawiał delikatny wietrzyk, który wprawił w ruch cienką kurtkę młodego mężczyzny, który opierał się o płot, beznamiętnie wpatrując się w telefon. Mera spięła się i odskoczyła na drugi ślad jak poparzona. Westchnęłam i poklepałam klacz, jak tylko zobaczyła, że materiał i wiatr to nic co ma ochotę ją zjeść. Po chwili delikatnej zabawy w stępie, ruszyłam kłusem od razu poprawnie zbierając klacz. Z siodła doskonale widać było jej okrągłą potylicę. Białe ochraniacze na nogach Notte, co takt wyskakiwały przed nią, a moje obawy co do jakiejś kontuzji znowu zaczęły narastać. Mimowolnie, widząc jak klacz zaczyna czuć przyjemność z pracy, gdy tylko zaczęłyśmy robić łopatki, poczułam jakiego posiadam niesamowitego konia i delikatnie odpuściłam wodzę munsztukową oraz pogłaskałam umięśnioną szyję. Wielokrotnie zmieniałam tempo w chodzie, jak i również przechodziłam w stęp, stój, i znowu kłus. Zdecydowałam, że dobrze byłoby zagalopować, ponieważ czułam, że pode mną kumuluje się ogrom energii. Zmieniając ułożenie łydek, dosłownie o milimetry, delikatnie ścisnęłam boki klaczy, a ona wystrzeliła swoimi przednimi nogiszczami do przodu. Zauroczona jej galopem, próbowałam bez żadnego śmiechu wysiedzieć jej każdy krok z dumą. Meravigliosa żuła wędzidło jak zakochana, wykonując przy tym potężne foule. Niby jest to czasami bardzo problematyczne, ale gniadoszka tak jakby była tego świadoma, że jej trzytaktowy chód jest wyróżniający się, ogromny i musi nad nim starać się zapanować.
Zatrzymałam się obok Harry'ego, który zaskoczony podniósł swój wzrok na moją twarz.
- Wsiadasz, chcę zobaczyć jak sobie radzisz z ujeżdżeniem - uśmiechnęłam się i poklepałam holenderkę.
Hazzuś? Przepraszam ❤
- Hazzuś, nie za dużo procentów Ci do główki strzeliło? - Zachichotałam, bawiąc się jednym z jego loków. - Bo wiesz, wydaje mi się, że niespełna dwa tygodnie temu idę poznaliśmy - dokończyłam, unosząc brew. Brązowowłosy oderwał się od swojego zajęciach i posłał mi zdziwione spojrzenie.
- Mogę przerwać, choć będzie ciężko - posłał mi figlarny uśmieszek. Wywróciłam delikatnie oczami i nie czekając na odpowiedni moment, uniosłam delikatnie swoją głowę znad jego ramienia i musknęłam jego ciepłe wargi. Ta czynność była tak przyjemna, że miałam ochotę cofać czas i robić to cały czas, od początku do końca i znowu, znowu.
- Powinniśmy? - Westchnęłam prosto w twarz chłopakowi, który na odpowiedź ponownie postanowił złączyć nasze warto w pocałunku. Tym razem, był on jednak trochę bardziej śmiały i zdecydowany. Nie miałam nic przeciwko temu, więc bez słowa zostałam w jego ramionach, śląc sobie delikatne, przyjemne pocałunki.
~*~
Blask latarki nagle oświecił mnie i Harry'ego, który nagle się podniósł, a ja bez żadnego ostrzeżenia, wylądowałam na twardym podłożu.
- Harry, cioto! - Krzyknęłam, ale natychmiast podniosłam się do pionu, widząc, że przed nami stoi wierzchowiec, a na nim siedziała instruktorka Sue, która patrzyła na nas jak na zjawy. - Miłego dnia, Panno Sue - uśmiechnęłam się wesoło.
- Co Wy tutaj robicie? Czemu nie jesteście w łóżkach i w pokojach? Macie raz dwa wracać do Akademii! Migiem! - Powiedziała, ale na jej twarzy zagościł cień uśmiechu.
- Proszę Paniiiiiiiii - zaciągnęłam specjalnie, niczym mała dziewczynka. - Pozostanie to między nami?
- Zastanowię się. Teraz nie chce już Was widzieć - mruknęła, a ja powlokłam się z Harry'm w stronę ścieżki. Buty głucho odbijały się od piasku, po którym jak się przekonałam świetnie jest galopować. Kroczyliśmy w zupełnym milczeniu, a ja jak głupia starałam się zakryć malinki pozostawione przez Hazzusia.
- Muszę dzisiaj pojeździć Notte, i już tak trochę się załamuje - westchnęłam. - Pewnie znowu będzie latanie od bandy do bandy - zaśmiałam się.
- Będę mógł Ci pomóc, ale to za jakieś dwie godziny bo chciałbym się chociaż trochę przespać - powiedział, a po chwili ziewnął. - Może nie będzie aż tak źle - posłał mi pokrzepiający uśmiech. Bez żadnej odpowiedzi zerwałam żółtawy liść i zaczęłam go rwać na ultra małe kawałki. Nauczyłam się tego od ojca, który robił to zawsze z notatkami wypisanymi podczas treningów.
~*~
Gniadoszka zadarła głowę, podczas poprawiania futrzanego popręgu tuż przed wsiadaniem. Wydłużyłam puśliska jeszcze o jedną dziurkę i bez mojego zwyczajowego, dziarskiego uśmiechu, podeszłam w stronę srebrnych schodków i z gracją wsiadłam na grzbiet klaczy.
- No Notte, trzeba się ruszyć - powiedziałam, zbierając dwie pary wodze i ruszając delikatnie wydłużonym stępem, bez jakiegokolwiek zebrania. Nagle zawiał delikatny wietrzyk, który wprawił w ruch cienką kurtkę młodego mężczyzny, który opierał się o płot, beznamiętnie wpatrując się w telefon. Mera spięła się i odskoczyła na drugi ślad jak poparzona. Westchnęłam i poklepałam klacz, jak tylko zobaczyła, że materiał i wiatr to nic co ma ochotę ją zjeść. Po chwili delikatnej zabawy w stępie, ruszyłam kłusem od razu poprawnie zbierając klacz. Z siodła doskonale widać było jej okrągłą potylicę. Białe ochraniacze na nogach Notte, co takt wyskakiwały przed nią, a moje obawy co do jakiejś kontuzji znowu zaczęły narastać. Mimowolnie, widząc jak klacz zaczyna czuć przyjemność z pracy, gdy tylko zaczęłyśmy robić łopatki, poczułam jakiego posiadam niesamowitego konia i delikatnie odpuściłam wodzę munsztukową oraz pogłaskałam umięśnioną szyję. Wielokrotnie zmieniałam tempo w chodzie, jak i również przechodziłam w stęp, stój, i znowu kłus. Zdecydowałam, że dobrze byłoby zagalopować, ponieważ czułam, że pode mną kumuluje się ogrom energii. Zmieniając ułożenie łydek, dosłownie o milimetry, delikatnie ścisnęłam boki klaczy, a ona wystrzeliła swoimi przednimi nogiszczami do przodu. Zauroczona jej galopem, próbowałam bez żadnego śmiechu wysiedzieć jej każdy krok z dumą. Meravigliosa żuła wędzidło jak zakochana, wykonując przy tym potężne foule. Niby jest to czasami bardzo problematyczne, ale gniadoszka tak jakby była tego świadoma, że jej trzytaktowy chód jest wyróżniający się, ogromny i musi nad nim starać się zapanować.
Zatrzymałam się obok Harry'ego, który zaskoczony podniósł swój wzrok na moją twarz.
- Wsiadasz, chcę zobaczyć jak sobie radzisz z ujeżdżeniem - uśmiechnęłam się i poklepałam holenderkę.
Hazzuś? Przepraszam ❤
niedziela, 17 września 2017
Koń Adeline - Notte Meravigliosa!
Imię: Klacz ta została nazwana przez swojego hodowcę - Notte Meravigliosa. Jest to z włoskiego wspaniała noc, która miała miejsce podczas narodzin klaczki. Czemu akurat po włosku? Jej były właściciel ma włoskie korzenie. Przez Adeline często jest nazywana Notte, Meravi bądź Vigliosa, lecz to na ile pseudonimów gniadoszka reaguje jest niepojęte.
Wiek: Mera urodziła się dnia dwudziestego pierwszego kwietnia, roku dwa tysiące jedenastego - co oznacza, że jest sześciolatką, która niedawno wkroczyła w dorosłą pracę.
Płeć: Pełnoprawna klacz.
Rasa: Notte jest przedstawicielką rasy holenderskiego konia gorącokrwistego, w skrócie KWPN.
Charakter: Zacznijmy od tego, że klacz zdecydowanie nie należy do grupy tych wszystkich idealnych koni. Notte w porównaniu do niemalże wszystkich koni uczniów w tejże Akademii, jest koniem bojaźliwym, który może bać się bandy, traktora, krzesła, parasola i czego można by sobie zamarzyć. Jednakże istnieje w tym wierzchowców jedna sprzeczność. Mianowicie Meravi jest gniadoszem o wielkiej ciekawości otaczającego ją świata, co z połączeniu z płochliwością daje nam mieszankę wybuchową, która cały czas tyka. Wielokrotnie zdarzało się odbijać jej na hali, pewnie większość zapytaj się 'ale jak to?'. Otóż klacz przestraszyła się bandy, od której uciekała z krzykiem do.. kolejnej bandy, której równie mocno się bała. Także więc trwało to ponad piętnaście minut, ponieważ jak uspokoić konia, który pozbył kogoś kontroli, a w dodatku boi się wszechobecnych band, które mają w zamiarach pożreć holenderkę. Jakie było zaskoczenie, gdy Meravigliosa samowolnie podeszła do srebrnej, gumowej piłki, obwąchała ją i z kwikiem pobiegła na przeciwległy koniec pastwiska. Młody koń jest jak dziecko, które boi się świata, ale jest jego ciekawy, tak więc chowa się za maminą spódnicą - którą teraz została obdarzona Adeline. Mera posiada w sobie niezwykłą rzecz - mianowicie chodzi o to, że klacz kocha człowieka. Jest niesamowitym pieszczochem, który pieszczoty równie, oddaje chociażby przez polizanie po twarzy, czy delikatne iskanie po człowieczym grzbiecie. Ciemnogniada jest niesamowicie słodkim koniem, który zawsze roztapia serca nowo poznanym osobom. Koń dopiero co wkracza na ścieżkę dorosłej pracy, w którą zresztą wkłada zbyt dużo swoim emocji. Wierzchowiec bowiem potrafi być na siebie wściekłym za to, że nie potrafił sprostać oczekiwaniom jeźdca, co daje efekt nie współpracującej Vigli do końca treningu. Za każde dobrze wykonane ćwiczenie trzeba ją nagradzać, bowiem dopiero wtedy rozpoznaje, że dobrze je wykonała. Tak więc na treningach, Adeline stara się by koń nie wkładał aż tak dużo emocji w to co robi, bowiem nie chcemy żeby koń zmęczył się psychicznie. Warto też dodać, że Notte Meravigliosa rzadko kiedy odnajduje się w nowych sytuacjach, przez co ciężko jest pojechać z tym typem na zawody dla 'zabawy', bowiem gniadosza od razu się napina, i niekoniecznie współpracuje. Teraz najpewniej pojawią się pytania, to po co Adeline pchała się w takiego konia, który nie jest idealny, i najprawdopodobniej nigdy nim nie zostanie? Otóż brązowowłosa niekoniecznie lubi najłatwiejsze rozwiązania, a w dodatku Notte rozkochała ją w sobie poprzez pierwsze spojrzenie w jej kierunku.
Kilka słów o budowie i wyglądzie zewnętrznym wierzchowca: Klacz ma przepiękną budowę zewnętrzną o wzroście równym sto siedemdziesiąt cztery centymetry. Jest to wzrost optymalny dla koni ujeżdżeniowych. Wszystko co cechuje konia startującego w dyscyplinie ujeżdżenia, jest zawarte w budowie Meravi. Długa szyja, która wznosi się do góry jest ładnie umięśniona jak na konia o tak młodym wieku, który pracował pod siodłem tyle co dla zabawy, i ogarnięcia hamulca, wstecznego i skręcania. Co się wiąże z szyją? Rzecz jasna potylica, która bardzo ładnie i harmonijnie jest z nią połączona. Linia kłębu i zadu jest poprowadzona w równej linii, co daje nam to, że zad nie jest w 'kosmosie'. Przednie nogi są położone wyraźnie z przodu, czego nie można zauważyć u chociażby skoczków. Kość ramienna rumaka jest długa i może to zapewnić, spektakularną akcję nóg klaczy. Zad gniadoszki jest skośny i dobrze skątowany. Grzywa Meravi zawsze jest równo obcięta, a gęsty ogon jest przystrzyżony do stawu pęcinowego wierzchowca. Jak wyżej jest wspomniane, klacz ma szatę w kolorze ciemnogniadym, z malowaniem na łbie w postaci łysiny, oraz dwóch skarpetek położonych na zadnich nogach.
Historia: Notte Meravigliosa urodziła się w Holandii, kraju pochodzenia swojej rasy. Cóż można powiedzieć o dzieciństwie gniadoszki? Na pewno spędziła je wybornie, do wieku trzech lat biegała wesoło po łąkach, rozwalając przy tym płoty i ludzi, ale ta historia jest nieodpowiednia na ten moment, może kiedyś ją tutaj się doda. Jako trzylatkę zaczęto powolną zabawę w przyzwyczajanie Mery do obciążenia i delikatnej pracy pod siodłem. Została fachowo 'zrobiona', do etapu lotnych zmian nogi co trzy takty, oraz chodów bocznych we wszystkich chodach. O Notte nie da się dużo powiedzieć, ponieważ jest to koń zagadka, która czasami wydaję się łatwa do rozwikłania, lecz tak nie jest. Potrzebuje jeszcze dużo pracy do osiągnięcia wysokiej klasy czworoboków, ale jest na jak najlepszej drodze do tego.
Specjalizacja: Meravigliosa jest koniem ujeżdżeniowym, którego wyróżnia niesamowita lekkość ruchu jak i jego obszerność. Szczegółowo można ją będzie ocenić dopiero po minięciu wieku dziesięciu lat, bowiem wtedy, najprawdopodobniej będzie klaczą na poziomie Grand Prix.
Nie ograniczajmy się jednak do jednej dyscypliny, ponieważ klacz nieźle sprawdza się w skokach i można ją nieraz zobaczyć puszczoną w korytarz o wysokości 110cm. Wierzchowiec pod Adeline skakał niewiele razy, ale zdarzały się stacjonaty o wysokości metra.
Status: Adeline myśli nad tym, by w najbliższym czasie pokryć Notte Meravigliose, wybranym już ogierem, którego ceni od samych już jego narodzin. Jest to Don Juan de Hus, wyśmienity przedstawiciel rasy KWPN, który zwala wszystkich z nóg. Wszyscy zwolennicy dyscypliny ujeżdżenia powinni go chociaż kojarzyć.
Pochodzenie: Kasztanka jest po wyśmienitym, światowej klasy ogierze - Ampere (Ajong), zaś jeśli chodzi o matkę, też jest ona niesamowita, a mamy tutaj doczynienia z klaczą, która wywodzi się z linii słynnego Moorlands'a Totilas'a!
Inne: ~ Klacz jest chodząca mimozą, która posiada niezwykle cienką skórę bardzo podatną na obtarcia. Przykładowo nachrapnik podszyty mięciutkim materiałem, obtarł jej pysk, ponieważ na nim znajduje się tak mało sierści, że bez żadnego problemu można zobaczyć ciemną skórę gniadoszki.~ Jest kuta na cztery nogi, wcześniej był to tylko przód, lecz Notte bardzo często zaliczała podbicia.
Właściciel: Nową właścicielką została Adeline Whittaker.Od Adeline C.D Harry'ego
MARTWE MORZE STOI WOKÓŁ NAAAAAAAAAAAS!
Kocham to^
Dźwięk pracy silnika ostatecznie wygrał ze mną i uniosłam głowę z ciała chłopaka. Jednakże było coś co mnie zaskoczyło, bowiem moja głowa wcale nie znajdowała się na ramieniu, lecz na kolanach Harry'ego. Potarłam delikatnie swoją skroń, po czym miała chwilę zawahania by nie przetrzeć wierzchem dłoni ust, ale w odpowiednim momencie zorientowałam się, że na moich wargach znajduję się czerwona pomadka.
- Gdzie jesteśmy? - Zapytałam, rozciągając się przy tym. - Błagam, powiedz, że zostało dwadzieścia kilometrów i już zaraz wyjdziemy z tego dusznego pudełka - mruknęłam, a Hazza uśmiechnął się.
- Jeśli tak chcesz. Zostało nam dwadzieścia kilometrów i za kilka minut wyjdziemy stąd. Może jednak zechcesz poznać prawdę?
- No mów, na to tylko czekam - zaśmiałam się. - Może nie zacznę płakać.
- Za dosłownie dwie minuty będziemy na miejscu - uśmiechnął się, wskazując na znak mówiący o tym, że do hodowli kuców zostało nam mniej niż kilometr. Westchnęłam przeciągle próbując domyślić się tego, jak znalazłam się na nogach młodego mężczyzny. Jednakże nie było mi to dane, ponieważ szybko zostaliśmy poinformowani o tym, że właśnie nadszedł czas wyjścia z autokaru. Zmęczenie ciągle dawało mi o sobie znać, ale nie poddawałam się mu i starałam się wrócić do żywych, co jednak okazało się być niezwykle trudne. Wlekłam się za grupą, opierając się swym ramieniem o Harry'ego, który patrzył na mnie po kolei ze zdziwieniem, zmartwieniem oraz rozśmieszeniem. Najczęściej jednak pojawiało się spojrzenie rozbawione, które w moich myślach zostało uznawane przez jakiś atak ze strony niebieskookiego.
- Wróćmy do autokaru, ja chcę spać, błagam - zawyłam niczym młode szczenię.
- Jeszcze przed chwilą chciałaś uciec z tamtej klatki - zarechotał Loczek, który błyszczał teraz ironicznym uśmiechem.
- Właściwie to czemu jesteś taka zmęczona?
- Próbowałam wczoraj znaleźć jakieś pasze i dodatki dla Notte, a jak już znalazłam to wzięłam się za rozpiskę jej karmienia. Tak o to, w łóżko znalazłam się koło trzeciej. Dodam jeszcze, że musiałam podnieść się o piątej bo księżniczka musiała dostać jedzenie i zostać wypuszczona na padok. - Mruknęłam. - Jak wróciłam do akademika to nie mogłam już zasnąć i teraz jestem jaka jestem.
Chłopak tylko przeciągle westchnął, ale po chwili się rozpromienił, widząc na horyzoncie klacze walijskie, za którymi wesoło biegały małe kulki sierści. Mój wzrok przyciągnęła największa, siwa samica, która samotnie pasła się obok rosłego drzewa. Zdziwił mnie jednak brak przy niej jakiegoś źrebaka, a po jej samym brzuchu nie dało się stwierdzić żadnej ciąży. Istniała możliwość poronienia, ale czy w takiej hodowli mogłoby do tego dojść? Przecież personel miał tyle doświadczenia i wiedzy. Może doszło do jakiejś komplikacji, która stała za straceniem źrebaka? Jeśli nastąpi taka okazja, na pewno zapytam się o to dowolnej osoby tutaj zatrudnionej. Niebieskooki wykazywał zainteresowanie najmniejszą, wesołą klaczką, która za sobą posiadała długi ogon w postaci kasztanowatego malucha szybko przebierającego nogami.
- Kup sobie taką - wybuchnęłam śmiechem, gdy tylko zobaczyłam minę młodego mężczyzny. - Oj no żartuję - wydukałam przez łzy śmiechu.
- Dobra, dobra. To Ty jeszcze będziesz na takim popylała. Już ja o to zadbam - mruknął z cieniem uśmiechu na twarzy. - Może na jeszcze mniejszym. Chociaż nie, wolę nie odpowiadać za znęcanie się nad zwierzętami - po tych słowach myślałam, że moja twarz eksploduje ze śmiechu. Czułam jak moje policzki stają się gorące, ale ktoś po chwili wylał na mnie kubeł zimnej wody. Była to pani Alison Tipton, która upomniała nas za brak kultury. Dopiero wtedy zorientowałam się, że właśnie zaczął się wykład, a my nawet nie otworzyliśmy zeszytu na notatki.
~*~
Autokar zatrzymał się pod moją upragnioną Akademią, która teraz stała się najbardziej ukochanym miejscem na świecie. Nie pchałam się do wyjścia, ponieważ wiedziałam, że i tak nie będę miała siły przecisnąć się między wysypem uczniów.
- Zdycham. Ja ewidentnie zdycham, nie mam już siły na nic - westchnęłam, a po chwili jednak odetchnęłam nocnym powietrzem.
- Nie zdechniesz - odpowiedział brązowowłosy, który w dłoni dzierżył papierosa.
- Daj - mruknęłam, nie wierząc sama we własne słowa.
- Nie.
- Daj mi to bo się obrażę - powiedziałam ostrzejszym tonem, na co chłopak posłał mi zdziwione spojrzenie, ale już po chwili wręczył mi proszoną rzecz, którą niemalże od razu podpaliłam. Dawno nie czułam smaku papierosa, których szczerze nienawidziłam, ale w sytuacjach kryzysowych potrafiłam je zapalić. Kłęby gęstego, siwego dymu wypadły z mych ust, które po chwili pobrały kolejną porcję uzależniającej nikotyny. Przyjemność jednak nie trwała długo, ponieważ tytoń niesamowicie prędko się skończył. Przetarłam żarzącą się częścią o bruk i wrzuciłam do okolicznego śmietnika.
- Wróćmy do pokoi, nie wytrzymam dłużej na nogach - powiedziałam błagalnie, a Harry ruszył ze mną do akademika. - Zaraz popełnię samobójstwo - warknęłam sama do siebie.
Skarbuś Hazzuś? 8)
Od Adeline C.D Harry'ego
Wtuliłam swoją w twarz w ramię Harry'ego, który delikatnie objął moją talię. Mimowolnie uśmiechnęłam się, czując ciepło bijące od ciała chłopaka.
- Dziękuję, że przyjechałeś tutaj ze mną - szepnęłam mu prosto do ucha, na co Harry delikatnie się wzdrygnął, a zarazem bardziej zacisnął swój uścisk.
- Nie masz za co dziękować - odpowiedział. Wiedziałam jednak, że tą chwilę będzie musiało coś zepsuć, a raczej nie coś tylko ktoś. W moją stronę właśnie podążała dwójka dorosłych ludzi, elegancko ubranych, lecz w kobiecie widać było niechęć do tego miejsca. Mężczyzna zaś uśmiechał się od ucha do ucha, obserwując konie w kolejnych boksach. Widać było, że przedstawicielka płci pięknej wlepiła we mnie swój chłodny i ostry wzrok.
- Ehh... Harry, bo moi rodzice strasznie szybko zbliżają się w naszą stronę - westchnęłam, na co Hazza wypuścił mnie ze swych ramion. - Świetna marynarka - zaśmiałam się.
- Adeline! - Dobiegł do mnie niski głos mojego rodziciela, który aktualnie zaczął mnie ściskać. - To pokazuj swój zakup - posłał mi szczery uśmiech. Kobieta, zwana moją matką, trzymała się z tyłu nie okazując żadnych emocji.
- Cześć, mamo.
- Witaj, Adeline - odparła i prędko odwróciła swój wzrok.
- Oh, my się już znamy - powiedział starszy mężczyzna, który wskazał na towarzysza mojej podróży.
- No tak, mieliśmy już taką okazję. Harry Styles, dziękuję za zapalniczkę - uśmiechnął się sztucznie, po czym z kieszeni wyciągnął brązowy przedmiot.
- Tata tej damy, Sam Whittaker, zachowaj ją sobie.
Westchnęłam przeciągle i ponownie podeszłam do krat jednego z boksów. Stała w nim delikatnie zestresowana klacz, która reagowała na każdy minimalny ruch czy dźwięk.
- Notte Meravigliosa, sześcioletnia, holenderska klacz po ogierze Ampere, matka z linii Totilas'a - powiedziałam na jednym wydechu, spoglądając w międzyczasie na moją matkę, która wściekle patrzyła się na Harry'ego.
- Ma świetny zad, bardzo ładne nogi, ogólnie całkiem niezły, pierwszy zakup - zaśmiał się.
- No pewnie, na sto procent miałeś lepszy - wystawiłam mu język. - Dobra, tato, ja z Harry'm musimy Cię przeprosić, ponieważ jesteśmy padnięci po wczoraj oraz w dalszym ciągu po podróży. Mam nadzieję, że się jeszcze spotkamy, buziaki! - Uśmiechnęłam się ciepło, a po chwili włożyłam swoją dłoń między pręty i pogładziłam miękkie chrapy.
W niemalże prędkości światła znaleźliśmy się w hotelu, którego wygląd nadal mnie zachwycał. Wszystkie rzeczy ciągle znajdowały się w walizkach, które otworzone leżały na podłodze. Łóżko, był to jeden ogromny bajzel, do którego właśnie zmierzałam. Nie ściągając żadnej części garderoby, rzuciłam się na łóżko, by po chwili poczuć delikatne ugięcie się materaca pod wpływem ciężaru Hazzy.
- Jak dobrze, że powiedziałaś tacie o zmęczeniu. Po prostu padam i nie wstaję - westchnął mój nowy znajomy.
- Lepiej nic nie mów, podczas rozmowy z byłym właścicielem, autentycznie opierałam się o ścianę i po prostu przysypiałam - mruknęłam, wtulając się mocniej w poduszkę. - A jakby pójść teraz spać, później jeszcze gdzieś może wyskoczyć i znowu wrócić do hotelu żeby się ogarnąć? - Posłałam propozycję w stronę niebieskookiego.
- Spać.
~1 tydzień później~
Tydzień po wróceniu z Niemiec, klacz wreszcie zaczęła przyzwyczajać się do nowego stadka oraz zmiany stajni. Na pastwisku zachowywała się jak jakaś pokraka, ale jak tylko została wypuszczona sama na piaskowy padok, bądź karuzelę wariowała jak niewiadomo co. Wraz z Harry'm wielokrotnie już wyjeżdżaliśmy w teren, czy mieliśmy wspólne treningi. Zdarzały się też jakieś bardzo nieliczne spotkania poza światem jeździeckim i akademickim. Młody mężczyzna naprawdę mnie zaintrygował i chciałabym jeszcze bardziej go poznać. Był osobą o niezwykłym charakterze, który bardzo mi podpasował. Nagle z zamyślenia wyrwał mnie dźwięk przychodzącego powiadomienia o wiadomości. Uśmiechnęłam się mimowolnie, widząc, że wiadomość przychodzi z pokoju nr 30, czyli od Harry'ego. Wiadomość pisemna dotyczyła propozycji spotkania się w akademickiej kuchni z zamiarem przygotowania jakiegoś deseru. Bez żadnego zamieszania, zgodziłam się i już po dziesięciu minutach znalazłam się w innym pomieszczeniu. Czekał tam na mnie brązowowłosy, który wstał i uśmiechnął się na mój widok.
- Witaj, zacny milordzie! - Zakrzyknęłam, ale już po chwili zbladłam, widząc, że w kuchni znajdują się jeszcze inne osoby oraz to, że jest już grubo po dwudziestej pierwszej. - Mamy inną robotę, trzeba sprowadzić Notte do boksu - westchnęłam, a chłopak czyniąc to samo, ruszył za mną do wyjścia.
- Nie zdążyłem się nawet przywitać - mruknął. - Tak więc, witaj Adisia - uśmiechnął się ciepło w moją stronę. Pastwisko było już niemalże całe puste z wyjątkiem jednej kasztanki, która delikatnie mówiąc, spanikowała bez reszty swojego stąd.
- Stajenni są pop**rdoleni, szczególnie wiedząc jaka ona jest - westchnęłam głośno, a potem z goryczą chwyciłam za przewieszony przez ogrodzenie, skórzany uwiąz.
- Na Twoim miejscu, poszedłbym do Rose na skargę - odparł i zamknął białą bramkę. Wspólnymi siłami udało nam złapać się za ciemno brązowy kantar Meravi, która zaczęła drobno kłusować, niemalże w miejscu. Wzruszyłam ramionami i bez żadnych dodatkowych ceremonii, weszłam z wierzchowcem na brukową ścieżkę. Przymknęłam oczy w niemym zmęczeniu, które po wkroczeniu do stajni niemalże od razu wyparowało przez wrzawę wśród rumaków. Zdecydowanym krokiem wkroczyłam do ósmego boksu z lewej strony, na którym widniała tabliczka z informacjami o Notte. Kasztanka od razu dopadła się do świeżego siana, które znikało w ekspresowym tempie. Oparłam się o drewnianą ścianę boksu, a po chwili na swojej twarzy poczułam ciepły oddech z całą pewnością należący do Hazzy, który nachylił się tuż nade mną.
- Masz ładne oczy - mruknęłam i uśmiechnęłam się mu prosto w twarz.
Hazzuś? 8)
Road to 18 ❤
Westchnęłam przeciągle i ponownie podeszłam do krat jednego z boksów. Stała w nim delikatnie zestresowana klacz, która reagowała na każdy minimalny ruch czy dźwięk.
- Notte Meravigliosa, sześcioletnia, holenderska klacz po ogierze Ampere, matka z linii Totilas'a - powiedziałam na jednym wydechu, spoglądając w międzyczasie na moją matkę, która wściekle patrzyła się na Harry'ego.
- Ma świetny zad, bardzo ładne nogi, ogólnie całkiem niezły, pierwszy zakup - zaśmiał się.
- No pewnie, na sto procent miałeś lepszy - wystawiłam mu język. - Dobra, tato, ja z Harry'm musimy Cię przeprosić, ponieważ jesteśmy padnięci po wczoraj oraz w dalszym ciągu po podróży. Mam nadzieję, że się jeszcze spotkamy, buziaki! - Uśmiechnęłam się ciepło, a po chwili włożyłam swoją dłoń między pręty i pogładziłam miękkie chrapy.
W niemalże prędkości światła znaleźliśmy się w hotelu, którego wygląd nadal mnie zachwycał. Wszystkie rzeczy ciągle znajdowały się w walizkach, które otworzone leżały na podłodze. Łóżko, był to jeden ogromny bajzel, do którego właśnie zmierzałam. Nie ściągając żadnej części garderoby, rzuciłam się na łóżko, by po chwili poczuć delikatne ugięcie się materaca pod wpływem ciężaru Hazzy.
- Jak dobrze, że powiedziałaś tacie o zmęczeniu. Po prostu padam i nie wstaję - westchnął mój nowy znajomy.
- Lepiej nic nie mów, podczas rozmowy z byłym właścicielem, autentycznie opierałam się o ścianę i po prostu przysypiałam - mruknęłam, wtulając się mocniej w poduszkę. - A jakby pójść teraz spać, później jeszcze gdzieś może wyskoczyć i znowu wrócić do hotelu żeby się ogarnąć? - Posłałam propozycję w stronę niebieskookiego.
- Spać.
~1 tydzień później~
Tydzień po wróceniu z Niemiec, klacz wreszcie zaczęła przyzwyczajać się do nowego stadka oraz zmiany stajni. Na pastwisku zachowywała się jak jakaś pokraka, ale jak tylko została wypuszczona sama na piaskowy padok, bądź karuzelę wariowała jak niewiadomo co. Wraz z Harry'm wielokrotnie już wyjeżdżaliśmy w teren, czy mieliśmy wspólne treningi. Zdarzały się też jakieś bardzo nieliczne spotkania poza światem jeździeckim i akademickim. Młody mężczyzna naprawdę mnie zaintrygował i chciałabym jeszcze bardziej go poznać. Był osobą o niezwykłym charakterze, który bardzo mi podpasował. Nagle z zamyślenia wyrwał mnie dźwięk przychodzącego powiadomienia o wiadomości. Uśmiechnęłam się mimowolnie, widząc, że wiadomość przychodzi z pokoju nr 30, czyli od Harry'ego. Wiadomość pisemna dotyczyła propozycji spotkania się w akademickiej kuchni z zamiarem przygotowania jakiegoś deseru. Bez żadnego zamieszania, zgodziłam się i już po dziesięciu minutach znalazłam się w innym pomieszczeniu. Czekał tam na mnie brązowowłosy, który wstał i uśmiechnął się na mój widok.
- Witaj, zacny milordzie! - Zakrzyknęłam, ale już po chwili zbladłam, widząc, że w kuchni znajdują się jeszcze inne osoby oraz to, że jest już grubo po dwudziestej pierwszej. - Mamy inną robotę, trzeba sprowadzić Notte do boksu - westchnęłam, a chłopak czyniąc to samo, ruszył za mną do wyjścia.
- Nie zdążyłem się nawet przywitać - mruknął. - Tak więc, witaj Adisia - uśmiechnął się ciepło w moją stronę. Pastwisko było już niemalże całe puste z wyjątkiem jednej kasztanki, która delikatnie mówiąc, spanikowała bez reszty swojego stąd.
- Stajenni są pop**rdoleni, szczególnie wiedząc jaka ona jest - westchnęłam głośno, a potem z goryczą chwyciłam za przewieszony przez ogrodzenie, skórzany uwiąz.
- Na Twoim miejscu, poszedłbym do Rose na skargę - odparł i zamknął białą bramkę. Wspólnymi siłami udało nam złapać się za ciemno brązowy kantar Meravi, która zaczęła drobno kłusować, niemalże w miejscu. Wzruszyłam ramionami i bez żadnych dodatkowych ceremonii, weszłam z wierzchowcem na brukową ścieżkę. Przymknęłam oczy w niemym zmęczeniu, które po wkroczeniu do stajni niemalże od razu wyparowało przez wrzawę wśród rumaków. Zdecydowanym krokiem wkroczyłam do ósmego boksu z lewej strony, na którym widniała tabliczka z informacjami o Notte. Kasztanka od razu dopadła się do świeżego siana, które znikało w ekspresowym tempie. Oparłam się o drewnianą ścianę boksu, a po chwili na swojej twarzy poczułam ciepły oddech z całą pewnością należący do Hazzy, który nachylił się tuż nade mną.
- Masz ładne oczy - mruknęłam i uśmiechnęłam się mu prosto w twarz.
Hazzuś? 8)
Road to 18 ❤
Od Adeline C.D Harry'ego + kupno konia
Dobitnie głośny telefon zaczął dzwonić, tak jakby mówiąc, że te połączenie może zaważyć nad jakąś ważną sprawą. W głowie obudził się nagle huk, który przyprawiał mnie o zawroty i delikatne mdłości. Zdenerwowana spojrzałam na wyświetlacz, ale już po chwili rozbudziłam się i z ogromnym zaskoczeniem stwierdziłam, że dzwoni do mnie właśnie biuro obsługi Körungu.
- Czy dodzwoniłem się do panny Adeline Whittaker, chciałbym potwierdzić przybycie na dzisiejszy körung koni oldenburskich i holenderskich koni gorącokrwistych - usłyszałam poważny męski głos, który zaczął odbijać się echem w moich uszach.
- Tak, Adeline Whittaker przy telefonie. Potwierdzam przybycie na körung o godzinie dziesiątej - odpowiedziałam nieco zachrypniętym głosem.
- Dziękuję, proszę o wstawienie się na strefie VIP za około godzinę. Miłego dnia i wspaniałych wspomnień co wystawy - usłyszałam charakterystyczny dźwięk dla zakończenia połączenia. Zdębiałam, gdy zobaczyłam, że obok mnie leży Harry, bez żadnej koszulki, smacznie śpiąc, nie zdając sobie sprawy jaki szok teraz przeżywam.
- HARRY! - Krzyknęłam, gdy w końcu zdałam sobie sprawę, że za godzinę musimy być już na hali körungu.
- Tak, tak, jeszcze chwila - odpowiedział zaspanym tonem, obracając się na drugi bok. Zacisnęłam zęby i z wściekłością zacisnęłam dłoń na jego ramieniu, by po chwili zacząć nim wściekle trząść. - ŚWIAT SIĘ WALI CZY CO DO CHOLERY?! - Zerwał się na równe nogi, po chwili uświadamiając sobie, że leżał ze mną w jednym łóżku bez koszulki. - Nic się nie wydarzyło, prawda? - Zapytał, robiąc ogromne oczy.
- Nie wiem, nie pamiętam, w tym momencie mnie to nie interesuje. Masz nakaz ogarnięcia się, ponieważ za jakieś dwadzieścia minut wyjeżdżamy - bąknęłam, a po chwili rzuciłam się do walizki. Wyjęłam z niej eleganckie, granatowe bryczesy, których jeszcze ani razu nie miałam na sobie. Do tego, by mój strój wyglądał elegancko, wyciągnęłam białą, zdobioną koszulkę polo. Zdenerwowana zbyt małą ilością czasu, wpadłam do łazienki by jak najszybciej w miarę możliwości ogarnąć swój zaspany i okropny wygląd, a w dodatku, w tym samym momencie się ubrać. Po upięciu włosów wyszłam z łazienki, by pośpieszyć Harry'ego, który nie miał jeszcze ani jednej chwili w łazience. Jednakże nawet nie zdołałam wydusić z siebie żadnego słowa, gdy przed moimi oczami stanął człowiek o niezwykle eleganckim stroju, z zaczesanych włosów wypadały drobne kosmyki, który dodawały uroku mężczyźnie.
- Może być, czy nadal za mało elegancko? - Zapytał z uśmiechem, by po chwili wygładzić granatową marynarkę.
- Czuję się przybita Twym blaskiem elegancji, serio czuje się jak jakaś pokraka, która ma być po raz pierwszy luzakiem - westchnęłam cicho. - Dobra, nie czas na żadne myślenie. Zabieraj dokumenty, taksówka powinna już na nas czekać - dopowiedziałam, a z komody zgarnąłem torbę, w której jak się wydawało miałam same najważniejsze elementy. Pokój został zamknięty moimi dość chaotycznymi ruchami, by po chwili dogonić Harry'ego, który stał już pod drzwiami hotelu.
~*~
Zajęliśmy stolik tuż przy bandzie. Nakrycie było niezwykle obfite, z półmisków wylewały się owoce, a już za chwilę miało pojawić się jakieś danie. Cała wystawa i tak zwana aukcja miała rozpocząć się za około dwadzieścia minut. W głowie huczało mi przez wczorajszą zabawę, a zarazem przez stres towarzyszący mi w tych momentach. Ze zdenerwowania, zaczęłam bawić się własnymi palcami i nerwowo spoglądać w stronę Harry'ego, który rozmawiał ze starszym nabywcą.
- Czy życzą sobie państwo pierwszego dania? - Zapytała kelnerka, prawdopodobnie niewiele starsza ode mnie.
- Podziękujemy - odpowiedział za mnie Harry, który nagle oderwał się z niezwykle interesującej rozmowy ze starszym mężczyzną.
- Mam własny język - niemalże warknęłam, a chłopak rzucił mi zdziwione spojrzenie, które mówiło, że nie miał zamiaru mnie urazić. - Zajmij się lepiej kontynuacją rozmowy, ponieważ ten pan chyba tego pragnie - dopowiedziałam, i rzuciłam spojrzeniem w kupca, który bał się dotknąć ramienia młodzieńca. Chłopak tylko oburzył się i nie raczył mnie swoją odpowiedzią. Po chwili jednak podeszła do mnie kobieta o niezwykle znajomej twarzy. Nie potrafiłam jednak powiedzieć kim ona była, bowiem kojarzyła mi się z moim wczesnym dzieciństwem.
- No kogo ja widzę! Adeline Whittaker! - Krzyknęła kobieta w białym kapeluszu. - Nie pamiętasz mnie? Amy Krüger! To ja byłam właścicielką ojca Twojego karego źrebaczka!
Boże jak ja mogłam zapomnieć, moja 'ciocia', która przebywała w naszym domu ze swoim ogierem przez niemalże miesiąc.
- Właśnie skądś panią kojarzyłam - uśmiechnęłam się i wstałam, podając rękę na przywitanie.
- To teraz opowiadaj, moja droga Adelko, swoje zamiary co o tego körungu.
~*~
Na arenę wpadła klacz numer dwadzieścia trzy, ostatnia przedstawicielka oldenburskiego körungu. Była niesamowicie zlana potem, widać było, że przed prezentacją musiała porządnie pracować na lonży. Kasztanka jednak cały czas buchała energią, nie prezentując nic oprócz ostrych baranków w kłusie, ale i też błyskania zębami podczas stępu. Co prawda jej zad był niesamowity, ale eksterier konia to przecież nie wszystko. Oldenburka nie osiągnęła minimalnej ceny, tak więc prezenter wyszedł ze zwieszoną głową z areny.
- Przechodzimy teraz do koni rasy KWPN! Wyjątkowo zaczniemy od klaczy starszych! - Odezwał się prowadzący aukcje głos. - Prosimy o wejście klaczy numer jeden, przypominamy! Na samym początku prosimy o ustawienie konia w pozycji zootechnicznej, później kółko stępa i kłus w obie strony! - Dokończył. Na tablicy wyświetliła się informacja o karoszce, która właśnie wywołała furorę wśród niemalże wszystkich. Ja wraz z moją ciotką siedziałyśmy jednak bez żadnego ruchu, ten koń nie miał tego czegoś w sobie. Czuło się od niej jakiś brak, nie spodobało mi się w niej nic oprócz nóg, łba i pięknej potylicy, którą trzeba było jej przyznać. Cena osiągnęła dwieście dziesięć tysięcy euro, co wydawało mi się kolosalną kwotą za taką klacz, która mnie absolutnie nie porwała.
- Ciociu, to jest to - szepnęłam, gdy na halę weszła ciemnogniada klacz z łysiną. Jej oczy błyskały z przerażenia, a uszy reagowały na najmniejsze bodźce zewnętrzne. Gniadoszka niespokojnie dreptała w miejscu, a gdy w końcu ustawiła się w poprawnej zootechnicznej pozycji, ktoś podbił sumę od razu do stu osiemdziesięciu tysięcy. Bez zawahania podniosłam numerek, który podniósł cenę od razu do dwustu. Zdenerwowana tym, czy uda mi się wygrać tą klacz, uniosłam się z miejsca by wypatrzeć mojego przeciwnika, który uniósł numer siedemnaście i zalicytował do dwustu piętnastu tysięcy. Wściekła na mężczyznę, podbiłam stawkę do dwustu trzydziestu tysięcy euro.
- Przyznaję Ci to, jest świetna - odpowiedziała kobieta w białym kombinezonie, gdy holenderka ruszyła kłusem, który był wręcz bajeczny. Jej zad pchał ją tak usilnie do przodu, a przednie nogi wywijały tak, że rosła we mnie obawa, że kobyłka zaraz straci przez nie zęby.
- Dwieście trzydzieści tysięcy po raz pierwszy! Po raz drugi! Iii.. Notte Meravigliosa została nabyta przez pannę Adeline Whittaker! - Krzyknął prowadzący, a ja nie panując nad emocjami, chwyciłam głowę Harry'ego i posłałam mu ogromnego całusa w policzek.
Harruś? 8)
Road to 18 ❤
- Czy dodzwoniłem się do panny Adeline Whittaker, chciałbym potwierdzić przybycie na dzisiejszy körung koni oldenburskich i holenderskich koni gorącokrwistych - usłyszałam poważny męski głos, który zaczął odbijać się echem w moich uszach.
- Tak, Adeline Whittaker przy telefonie. Potwierdzam przybycie na körung o godzinie dziesiątej - odpowiedziałam nieco zachrypniętym głosem.
- Dziękuję, proszę o wstawienie się na strefie VIP za około godzinę. Miłego dnia i wspaniałych wspomnień co wystawy - usłyszałam charakterystyczny dźwięk dla zakończenia połączenia. Zdębiałam, gdy zobaczyłam, że obok mnie leży Harry, bez żadnej koszulki, smacznie śpiąc, nie zdając sobie sprawy jaki szok teraz przeżywam.
- HARRY! - Krzyknęłam, gdy w końcu zdałam sobie sprawę, że za godzinę musimy być już na hali körungu.
- Tak, tak, jeszcze chwila - odpowiedział zaspanym tonem, obracając się na drugi bok. Zacisnęłam zęby i z wściekłością zacisnęłam dłoń na jego ramieniu, by po chwili zacząć nim wściekle trząść. - ŚWIAT SIĘ WALI CZY CO DO CHOLERY?! - Zerwał się na równe nogi, po chwili uświadamiając sobie, że leżał ze mną w jednym łóżku bez koszulki. - Nic się nie wydarzyło, prawda? - Zapytał, robiąc ogromne oczy.
- Nie wiem, nie pamiętam, w tym momencie mnie to nie interesuje. Masz nakaz ogarnięcia się, ponieważ za jakieś dwadzieścia minut wyjeżdżamy - bąknęłam, a po chwili rzuciłam się do walizki. Wyjęłam z niej eleganckie, granatowe bryczesy, których jeszcze ani razu nie miałam na sobie. Do tego, by mój strój wyglądał elegancko, wyciągnęłam białą, zdobioną koszulkę polo. Zdenerwowana zbyt małą ilością czasu, wpadłam do łazienki by jak najszybciej w miarę możliwości ogarnąć swój zaspany i okropny wygląd, a w dodatku, w tym samym momencie się ubrać. Po upięciu włosów wyszłam z łazienki, by pośpieszyć Harry'ego, który nie miał jeszcze ani jednej chwili w łazience. Jednakże nawet nie zdołałam wydusić z siebie żadnego słowa, gdy przed moimi oczami stanął człowiek o niezwykle eleganckim stroju, z zaczesanych włosów wypadały drobne kosmyki, który dodawały uroku mężczyźnie.
- Może być, czy nadal za mało elegancko? - Zapytał z uśmiechem, by po chwili wygładzić granatową marynarkę.
- Czuję się przybita Twym blaskiem elegancji, serio czuje się jak jakaś pokraka, która ma być po raz pierwszy luzakiem - westchnęłam cicho. - Dobra, nie czas na żadne myślenie. Zabieraj dokumenty, taksówka powinna już na nas czekać - dopowiedziałam, a z komody zgarnąłem torbę, w której jak się wydawało miałam same najważniejsze elementy. Pokój został zamknięty moimi dość chaotycznymi ruchami, by po chwili dogonić Harry'ego, który stał już pod drzwiami hotelu.
~*~
Zajęliśmy stolik tuż przy bandzie. Nakrycie było niezwykle obfite, z półmisków wylewały się owoce, a już za chwilę miało pojawić się jakieś danie. Cała wystawa i tak zwana aukcja miała rozpocząć się za około dwadzieścia minut. W głowie huczało mi przez wczorajszą zabawę, a zarazem przez stres towarzyszący mi w tych momentach. Ze zdenerwowania, zaczęłam bawić się własnymi palcami i nerwowo spoglądać w stronę Harry'ego, który rozmawiał ze starszym nabywcą.
- Czy życzą sobie państwo pierwszego dania? - Zapytała kelnerka, prawdopodobnie niewiele starsza ode mnie.
- Podziękujemy - odpowiedział za mnie Harry, który nagle oderwał się z niezwykle interesującej rozmowy ze starszym mężczyzną.
- Mam własny język - niemalże warknęłam, a chłopak rzucił mi zdziwione spojrzenie, które mówiło, że nie miał zamiaru mnie urazić. - Zajmij się lepiej kontynuacją rozmowy, ponieważ ten pan chyba tego pragnie - dopowiedziałam, i rzuciłam spojrzeniem w kupca, który bał się dotknąć ramienia młodzieńca. Chłopak tylko oburzył się i nie raczył mnie swoją odpowiedzią. Po chwili jednak podeszła do mnie kobieta o niezwykle znajomej twarzy. Nie potrafiłam jednak powiedzieć kim ona była, bowiem kojarzyła mi się z moim wczesnym dzieciństwem.
- No kogo ja widzę! Adeline Whittaker! - Krzyknęła kobieta w białym kapeluszu. - Nie pamiętasz mnie? Amy Krüger! To ja byłam właścicielką ojca Twojego karego źrebaczka!
Boże jak ja mogłam zapomnieć, moja 'ciocia', która przebywała w naszym domu ze swoim ogierem przez niemalże miesiąc.
- Właśnie skądś panią kojarzyłam - uśmiechnęłam się i wstałam, podając rękę na przywitanie.
- To teraz opowiadaj, moja droga Adelko, swoje zamiary co o tego körungu.
~*~
Na arenę wpadła klacz numer dwadzieścia trzy, ostatnia przedstawicielka oldenburskiego körungu. Była niesamowicie zlana potem, widać było, że przed prezentacją musiała porządnie pracować na lonży. Kasztanka jednak cały czas buchała energią, nie prezentując nic oprócz ostrych baranków w kłusie, ale i też błyskania zębami podczas stępu. Co prawda jej zad był niesamowity, ale eksterier konia to przecież nie wszystko. Oldenburka nie osiągnęła minimalnej ceny, tak więc prezenter wyszedł ze zwieszoną głową z areny.
- Przechodzimy teraz do koni rasy KWPN! Wyjątkowo zaczniemy od klaczy starszych! - Odezwał się prowadzący aukcje głos. - Prosimy o wejście klaczy numer jeden, przypominamy! Na samym początku prosimy o ustawienie konia w pozycji zootechnicznej, później kółko stępa i kłus w obie strony! - Dokończył. Na tablicy wyświetliła się informacja o karoszce, która właśnie wywołała furorę wśród niemalże wszystkich. Ja wraz z moją ciotką siedziałyśmy jednak bez żadnego ruchu, ten koń nie miał tego czegoś w sobie. Czuło się od niej jakiś brak, nie spodobało mi się w niej nic oprócz nóg, łba i pięknej potylicy, którą trzeba było jej przyznać. Cena osiągnęła dwieście dziesięć tysięcy euro, co wydawało mi się kolosalną kwotą za taką klacz, która mnie absolutnie nie porwała.
- Ciociu, to jest to - szepnęłam, gdy na halę weszła ciemnogniada klacz z łysiną. Jej oczy błyskały z przerażenia, a uszy reagowały na najmniejsze bodźce zewnętrzne. Gniadoszka niespokojnie dreptała w miejscu, a gdy w końcu ustawiła się w poprawnej zootechnicznej pozycji, ktoś podbił sumę od razu do stu osiemdziesięciu tysięcy. Bez zawahania podniosłam numerek, który podniósł cenę od razu do dwustu. Zdenerwowana tym, czy uda mi się wygrać tą klacz, uniosłam się z miejsca by wypatrzeć mojego przeciwnika, który uniósł numer siedemnaście i zalicytował do dwustu piętnastu tysięcy. Wściekła na mężczyznę, podbiłam stawkę do dwustu trzydziestu tysięcy euro.
- Przyznaję Ci to, jest świetna - odpowiedziała kobieta w białym kombinezonie, gdy holenderka ruszyła kłusem, który był wręcz bajeczny. Jej zad pchał ją tak usilnie do przodu, a przednie nogi wywijały tak, że rosła we mnie obawa, że kobyłka zaraz straci przez nie zęby.
- Dwieście trzydzieści tysięcy po raz pierwszy! Po raz drugi! Iii.. Notte Meravigliosa została nabyta przez pannę Adeline Whittaker! - Krzyknął prowadzący, a ja nie panując nad emocjami, chwyciłam głowę Harry'ego i posłałam mu ogromnego całusa w policzek.
Harruś? 8)
Road to 18 ❤
poniedziałek, 11 września 2017
Od Adeline C.D Harry'ego
Zaskoczona, chwyciłam, prawdopodobnie męską dłoń i chwytem znanym z kursu samoobrony, wykręciłam ją, umożliwiając tym każdy ruch mojego potencjalnego napastnika. Jednakże od razu rozpoznałam tą wesołą czuprynę chłopaka i puściłam, słysząc, że Harry niemalże syczy z bólu.
- Przestraszyłeś mnie! Przepraszam! - Krzyknęłam, posyłając mu zgubione i przepraszające spojrzenie. - Każda, jakakolwiek próba zaskoczenia mnie, kończy się właśnie tak - westchnęłam, i wskazałam na męski nadgarstek.
- Cóż, przyznam, troszkę mnie zaskoczyłaś, ale trudno. Miałem ciekawą pogawędkę z panną Rose - odpowiedział, delikatnie się uśmiechając.
- Nie gadaj, że mówiła coś o mnie. Zaliczyłam już zbyt dużo poważnych rozmów od mojego przyjazdu, zdecydowanie za dużo.
- O Tobie nic nie wspominała, zresztą nawet nie zwróciła mi jakiejś większej uwagi.
Głośno odetchnęłam, ponownie skupiając swój wzrok na zwierzętach, które aktualnie bez żadnego zastanowienia skubały zielone kępki traw.
- Mam małą niespodziankę.
- Znowu? - Bąknął rozbawiony niebieskooki.
- Tak, tym razem chyba nic Ci się nie stanie. Dzisiaj wieczorem wylatujemy do Niemiec, więc radzę Ci żebyś zaczął się pakować - uśmiechnęłam się szeroko, widząc ogromne zaskoczenie na twarzy bruneta.
- To muszę Cię w takim razie przeprosić. Idę od nowa pakować walizkę - zaśmiał się i wrócił tam skąd przyszedł.
~*~
Po długotrwałej obserwacji konia, spokojnym tempem wróciłam do własnego pokoju, w którym czekały na mnie dwie walizki. Obydwa bilety były na samolot o godzinie dziewiętnastej, do której zostało jeszcze około pięciu godzin. Cała odprawa zajmie nam około dwóch godzin, więc trzeba się odrobinę pospieszyć. Podeszłam do szafy, z której po kolei zaczęłam wyciągać przypadkowe rzeczy, które wydawały się niepotrzebne w podróży o celu zakupienia konia. Na samym końcu dokładnie wybrałam odzież jeździecką, z racji tego, że gdy jakiś koń mi się spodoba, mam zamiar umówić się z właścicielem po körungu i chwilę się przejechać, by zobaczyć czy aby na pewno dogadam się z wierzchowcem. Uśmiechnęłam się sama do siebie, gdy uświadomiłam sobie to, że za niecałe dwa dni mogę stać się właścicielką nieparzystokopytnego. Starannie układałam każda część odzieży, by już po chwili zapiąć walizki, już bez możliwości dopakowania czegoś. Uniosłam się z podłogi, by już po chwili spocząć na nad wyraz wygodny fotelu, tym samym, na którym wczoraj siedział Harry z moją kotką, która w tym momencie również wskoczyła na moje kolana. Zaczęłam gładzić krótka, ale zadbaną kocią sierść, a już po dosłownie dziesięciu sekundach usłyszałam głośne mruczenie. Niebieskie oczy świdrowały mnie na wylot, w oczekiwaniu na jakąś dodatkową przekąskę. Wywróciłam oczami słysząc jak kotka zaczyna miauczeć, informując mnie o swoim głodzie. Zwaliłam Xsarę z kolan, w celu wsypaniu suchej karmy do porcelanowej miseczki, stojącej w najodleglejszym punkcie pokoju. Na moje szczęście w pudełku znajdowało się jeszcze trochę kociego pożywienia, które niemalże od razu wylądowało w misce. Xsara rzuciła się na nią, jak na swoją ofiarę, pochłaniając przy tym wszystko co natrafiło na drogę jej pyszczka. Ziewnęłam przeciągle, udowadniając sobie tym, że cztery godziny snu to ewidentnie za mało. Z przekonaniem, że w stu procentach nie zasnę, ułożyłam się na swoim łóżku, które okazało się jednak zbyt wygodne.
~*~
Obudziło mnie pukanie do drzwi, które stawało się coraz bardziej natarczywe i chaotyczne. Postanowiłam, więc ruszyć swój tyłek i otworzyć drzwi, za którymi jak się okazało stał Harry.
- Gotowa? - Zapytał, a obok towarzyszyła mu walizka.
- Gotowa na co? - Odpowiedziałam pytaniem na pytanie, a mężczyzna machnął mi przed nosem biletami i moim paszportem, którego ściągnął z blatu białej komody, która stała tuż przy wejściu do mojego pokoju. - LOT, HARRY, ŚPIESZ SIĘ KURNA! - Krzyknęłam, gdy zobaczyłam, że zegar wskazuje piętnaście po szesnastej, a z doświadczenia wiem, że dojechanie do Miami może być czasem zbyt czasochłonne.
- Wezmę tą walizkę, czekam przy akademickim koniowozie - powiedział na odchodne, a ja jak wariatka zaczęłam wrzucać wszystko do torebki, która służyła mi jako bagaż podręczny. Bilety i paszport, złapałam kurczowo do dłoni. Podeszłam do Xsary, która przerażona zamieszaniem, schowała się w swoim domku.
- No kochanie, zajrzy do Ciebie dzisiaj wieczorem pani Rose, tak samo jak przez całą moją nieobecność. Bądź grzeczna - szepnęłam i pogłaskałam drobną główkę kota. Po chwili zerwałam się na równe nogi i ruszyłam biegiem, łapiąc przy tym za rączkę walizkę, która zaczęła skakać na boki podczas mojego schodzenia ze schodów. Nie zadbałam o zamknięcie pokoju na klucz, ponieważ wiedziałam, że i tak już niedługo zajrzy tam właścicielka Akademii. Dosłownie przed wyjściem stał biały wóz z Harry'm na miejscu pasażera. Uśmiechnęłam się szczerze i wrzuciłam kolejny bagaż na tył dużego auta. Wskoczyłam do wnętrza, gdzie przywitało mnie przyjemne ciepło, które przed chwilą jeszcze czułam pod swoim kocem.
- Dobra, jedziemy na lotnisko, ale tak raz dwa. Zostawiamy samochód na parkingu, później moja znajoma, przeparkuje go nam nad prom. Mam nadzieję, że wszystko pójdzie po naszej myśli - westchnęłam.
- Pff... wiadome, ze pójdzie - zaśmiał się niebieskooki, co od razu dodało mi otuchy. Zaczęłam wybierać stację radiową, co zostało moim zajęciem do co najmniej połowy drogi do Miami.
~*~
Wyszliśmy z auta w towarzyszącym nam miejskim zgiełku. Zegarek wskazywał dokładnie godzinę siedemnastą, co oznaczało, że zostało nam dwie godziny na załatwienie dosłownie wszystkiego. Targając za sobą dwie walizki, oraz torbę, która spoczywała na moim ramieniu, podeszłam do kobiety o przemiłym wyrazie twarzy, która przyjęła nasze bilety i od razu poinstruowała nas o dalszych wydarzeniach.
- Jakbym pierwszy raz była na lotnisku - mruknęłam, gdy wraz z chłopakiem kierowaliśmy się w stronę odprawy paszportowej.
~*~
Wreszcie przyszedł czas na spokojne zajęcia miejsca w samolocie, którym jak się okazało był Boeing 737. Udało mi się dopchać na miejsce przy oknie, które równie mocno chciał zająć Harry.
- Wybacz, to nie Twój dzień - zachichotałam, ale mój śmiech przerwała młoda kobieta, która jak się okazało była stewardessa. Wraz z Loczkiem zamówiliśmy po mocnej kawie, którą opróżnialiśmy niemalże do samego startu maszyny.
- Zapowiada się fantastyczne kilkanaście godzin - mruknął mężczyzna.
- Przypominam, że mogłeś się nie zgodzić - rzuciłam i wlepiłam swój wzrok na widok za okienkiem.
Hazza? ❤
Road to 18 ❤
- Przestraszyłeś mnie! Przepraszam! - Krzyknęłam, posyłając mu zgubione i przepraszające spojrzenie. - Każda, jakakolwiek próba zaskoczenia mnie, kończy się właśnie tak - westchnęłam, i wskazałam na męski nadgarstek.
- Cóż, przyznam, troszkę mnie zaskoczyłaś, ale trudno. Miałem ciekawą pogawędkę z panną Rose - odpowiedział, delikatnie się uśmiechając.
- Nie gadaj, że mówiła coś o mnie. Zaliczyłam już zbyt dużo poważnych rozmów od mojego przyjazdu, zdecydowanie za dużo.
- O Tobie nic nie wspominała, zresztą nawet nie zwróciła mi jakiejś większej uwagi.
Głośno odetchnęłam, ponownie skupiając swój wzrok na zwierzętach, które aktualnie bez żadnego zastanowienia skubały zielone kępki traw.
- Mam małą niespodziankę.
- Znowu? - Bąknął rozbawiony niebieskooki.
- Tak, tym razem chyba nic Ci się nie stanie. Dzisiaj wieczorem wylatujemy do Niemiec, więc radzę Ci żebyś zaczął się pakować - uśmiechnęłam się szeroko, widząc ogromne zaskoczenie na twarzy bruneta.
- To muszę Cię w takim razie przeprosić. Idę od nowa pakować walizkę - zaśmiał się i wrócił tam skąd przyszedł.
~*~
Po długotrwałej obserwacji konia, spokojnym tempem wróciłam do własnego pokoju, w którym czekały na mnie dwie walizki. Obydwa bilety były na samolot o godzinie dziewiętnastej, do której zostało jeszcze około pięciu godzin. Cała odprawa zajmie nam około dwóch godzin, więc trzeba się odrobinę pospieszyć. Podeszłam do szafy, z której po kolei zaczęłam wyciągać przypadkowe rzeczy, które wydawały się niepotrzebne w podróży o celu zakupienia konia. Na samym końcu dokładnie wybrałam odzież jeździecką, z racji tego, że gdy jakiś koń mi się spodoba, mam zamiar umówić się z właścicielem po körungu i chwilę się przejechać, by zobaczyć czy aby na pewno dogadam się z wierzchowcem. Uśmiechnęłam się sama do siebie, gdy uświadomiłam sobie to, że za niecałe dwa dni mogę stać się właścicielką nieparzystokopytnego. Starannie układałam każda część odzieży, by już po chwili zapiąć walizki, już bez możliwości dopakowania czegoś. Uniosłam się z podłogi, by już po chwili spocząć na nad wyraz wygodny fotelu, tym samym, na którym wczoraj siedział Harry z moją kotką, która w tym momencie również wskoczyła na moje kolana. Zaczęłam gładzić krótka, ale zadbaną kocią sierść, a już po dosłownie dziesięciu sekundach usłyszałam głośne mruczenie. Niebieskie oczy świdrowały mnie na wylot, w oczekiwaniu na jakąś dodatkową przekąskę. Wywróciłam oczami słysząc jak kotka zaczyna miauczeć, informując mnie o swoim głodzie. Zwaliłam Xsarę z kolan, w celu wsypaniu suchej karmy do porcelanowej miseczki, stojącej w najodleglejszym punkcie pokoju. Na moje szczęście w pudełku znajdowało się jeszcze trochę kociego pożywienia, które niemalże od razu wylądowało w misce. Xsara rzuciła się na nią, jak na swoją ofiarę, pochłaniając przy tym wszystko co natrafiło na drogę jej pyszczka. Ziewnęłam przeciągle, udowadniając sobie tym, że cztery godziny snu to ewidentnie za mało. Z przekonaniem, że w stu procentach nie zasnę, ułożyłam się na swoim łóżku, które okazało się jednak zbyt wygodne.
~*~
Obudziło mnie pukanie do drzwi, które stawało się coraz bardziej natarczywe i chaotyczne. Postanowiłam, więc ruszyć swój tyłek i otworzyć drzwi, za którymi jak się okazało stał Harry.
- Gotowa? - Zapytał, a obok towarzyszyła mu walizka.
- Gotowa na co? - Odpowiedziałam pytaniem na pytanie, a mężczyzna machnął mi przed nosem biletami i moim paszportem, którego ściągnął z blatu białej komody, która stała tuż przy wejściu do mojego pokoju. - LOT, HARRY, ŚPIESZ SIĘ KURNA! - Krzyknęłam, gdy zobaczyłam, że zegar wskazuje piętnaście po szesnastej, a z doświadczenia wiem, że dojechanie do Miami może być czasem zbyt czasochłonne.
- Wezmę tą walizkę, czekam przy akademickim koniowozie - powiedział na odchodne, a ja jak wariatka zaczęłam wrzucać wszystko do torebki, która służyła mi jako bagaż podręczny. Bilety i paszport, złapałam kurczowo do dłoni. Podeszłam do Xsary, która przerażona zamieszaniem, schowała się w swoim domku.
- No kochanie, zajrzy do Ciebie dzisiaj wieczorem pani Rose, tak samo jak przez całą moją nieobecność. Bądź grzeczna - szepnęłam i pogłaskałam drobną główkę kota. Po chwili zerwałam się na równe nogi i ruszyłam biegiem, łapiąc przy tym za rączkę walizkę, która zaczęła skakać na boki podczas mojego schodzenia ze schodów. Nie zadbałam o zamknięcie pokoju na klucz, ponieważ wiedziałam, że i tak już niedługo zajrzy tam właścicielka Akademii. Dosłownie przed wyjściem stał biały wóz z Harry'm na miejscu pasażera. Uśmiechnęłam się szczerze i wrzuciłam kolejny bagaż na tył dużego auta. Wskoczyłam do wnętrza, gdzie przywitało mnie przyjemne ciepło, które przed chwilą jeszcze czułam pod swoim kocem.
- Dobra, jedziemy na lotnisko, ale tak raz dwa. Zostawiamy samochód na parkingu, później moja znajoma, przeparkuje go nam nad prom. Mam nadzieję, że wszystko pójdzie po naszej myśli - westchnęłam.
- Pff... wiadome, ze pójdzie - zaśmiał się niebieskooki, co od razu dodało mi otuchy. Zaczęłam wybierać stację radiową, co zostało moim zajęciem do co najmniej połowy drogi do Miami.
~*~
Wyszliśmy z auta w towarzyszącym nam miejskim zgiełku. Zegarek wskazywał dokładnie godzinę siedemnastą, co oznaczało, że zostało nam dwie godziny na załatwienie dosłownie wszystkiego. Targając za sobą dwie walizki, oraz torbę, która spoczywała na moim ramieniu, podeszłam do kobiety o przemiłym wyrazie twarzy, która przyjęła nasze bilety i od razu poinstruowała nas o dalszych wydarzeniach.
- Jakbym pierwszy raz była na lotnisku - mruknęłam, gdy wraz z chłopakiem kierowaliśmy się w stronę odprawy paszportowej.
~*~
Wreszcie przyszedł czas na spokojne zajęcia miejsca w samolocie, którym jak się okazało był Boeing 737. Udało mi się dopchać na miejsce przy oknie, które równie mocno chciał zająć Harry.
- Wybacz, to nie Twój dzień - zachichotałam, ale mój śmiech przerwała młoda kobieta, która jak się okazało była stewardessa. Wraz z Loczkiem zamówiliśmy po mocnej kawie, którą opróżnialiśmy niemalże do samego startu maszyny.
- Zapowiada się fantastyczne kilkanaście godzin - mruknął mężczyzna.
- Przypominam, że mogłeś się nie zgodzić - rzuciłam i wlepiłam swój wzrok na widok za okienkiem.
Hazza? ❤
Road to 18 ❤
Od Adeline C.D Harry'ego
Mokre kosmyki włosów, które niefortunnie wypadły z koka, przykleiły się do mojej twarzy, po której spływały pojedyncze krople. Harry oplatał swoją dłonią mój nadgarstek, przypatrując się każdemu elementu rękawu, który zdobił moją lewą jak i prawą rękę.
- Pytasz się o to czy wszystkie zostały dokładnie przemyślane, hę? To teraz Ci odpowiem, nie. Największe znaczenie ma dla mnie róża, ta na szyi, a reszta jest wywodząca się z jakiegoś zdarzenia, czy też mojego upodobania. Robiąc rękawy byłam po prostu pod wpływem emocji, i pod wpływem ochoty rozwścieczenia mojej matki, ale to już nieważne. - Odpowiedziałam cicho wzdychając. Chłopak puścił delikatnie moją rękę, by po chwili przyjrzeć się tej drugiej.
- Ciekawa kompozycja - rzekł i dotknął jednej z twarzy na moim ramieniu. - Czyli Twoje tatuaże wzięły się od emocji z danego momentu, jak dobrze rozumiem? - Zapytał po raz kolejny i delikatnie się uśmiechnął.
- Owszem, a teraz idziesz nauczyć się pływać. - Posłałam mu wyzywające spojrzenie, które Hazza przyjął z grymasem na twarzy.
- Chyba żartujesz - bąknął pod nosem, a ja nie zwracając uwagi na jego opinie, pociągnęłam za sobą jego przedramię, na co on niemalże od razu podniósł się z miejsca z racji nierówności terenu. Młody mężczyzna niechętnie wszedł do wody, która po chwili zanurzyła nas delikatnie nad pas, ponieważ wydawało mi się, że ta głębokość będzie w sam raz do oswojenia się z tym, że woda wcale nie chce nas pochłonąć.
- Dobra, masz świadomość, że jezioro nie chce Cię pożreć, a wręcz przeciwnie, wypycha Cię na powierzchnię? - Zapytałam z delikatnym prychnięciem.
- Tego akurat uczyłem się na fizyce tak jak każdy z resztą, więc o tym wiem. Adeline, ja naprawdę nie chcę, wystarczy mi suchy ląd - odpowiedział błagalnym tonem. Wywróciłam oczami i bez żadnego zawahania, dotknęłam klatki piersiowej chłopaka i popchnęłam go, a chłopak wręcz od razu trafił w ciecz. Zaśmiałam się mimowolnie widząc to, jak Harry wymachuje swoimi rękoma by jednak się podnieść. Podeszłam więc do niego, i delikatnie podparłam plecy mężczyzny, wypychając odcinek lędźwiowy Hazzy bardziej do góry.
- Weź się uspokój i do cholery oddychaj, bo Ty prędzej padniesz przez brak oddychania, niż utopienie. - Uśmiechnęłam się. - Wypchnij brzuch do góry i oddychaj, normalnym i miarowym tempem. Rozłóż ręce na boki, delikatnie rozszerz nogi. Dobra, teraz Cię puszczam, ale nie panikuj, woda wypchnie Twoje ciało. - Dokończyłam, na co chłopak posłał mi delikatnie spanikowane spojrzenie. Zachichotałam i zabrałam dłoń z kręgosłupa mojego towarzysza. Harry chyba nie do końca zdał sobie z tego sprawę, ponieważ patrzył na mnie z zapytaniem 'kiedy to wreszcie nastąpi?'.
- Wiesz, że już Cię nie trzymam, prawda? - Westchnęłam, unosząc nad taflę wody obie dłonie. Niebieskooki głęboko odetchnął, tak jakby zastanawiając się nad tym co on właściwie robi. Na moje jak i jego szczęście, wcale nie zaczął panikować, a normalnie się odprężył, dając się ponieść delikatnemu ruchowi wody. Bezszelestnie zaczęłam płynąć za ciałem młodego mężczyzny, który przymknął oczy i nie był świadomy tego, że był już oddalony od brzegu około pięciu metrów, co dawało mi zapewnienie, że ani ja, ani on nie dotkniemy normalnie dna.
Uznałam, że znajdując się na środku głębokiego, florydzkiego jeziora, przyszedł czas żeby poinformować nowego znajomego o tym gdzie się znajdujemy.
- Harry, daj mi obie dłonie i mocno zaciśnij. Pamiętaj żeby nie panikować - powiedziałam, a chłopak nie otwierając oczu zgodnie z prośbą zacisnął swoje dłonie na moich. - Dobra to teraz otwórz oczy. - Zaśmiałam się, a mężczyzna zdał sobie sprawę gdzie jest. Panicznie przestraszył się brakiem podparcia pod stopami, zapierając się przy tym na moich przedramionach. Spięłam swoje wszystkie mięśnie by utrzymać ciężar Harry'ego nad wodą.
- Oszalałaś! Ty jesteś szalona! - Krzyknął, ale już po chwili zaczął uspokajać oddech. - NOC JEST, KOBIETO, KSIĘŻYC TAM SIĘ POJAWIA, A JA JESTEM NA ŚRODKU JEZIORA! - Krzyknął dobitnie, a ja kpiąco się uśmiechnęłam.
- Uważaj bo coś Cię jeszcze zje. W nagrodę będę miała dla Ciebie niespodziankę, ale o tym na terenie Akademii. Teraz wracamy - powiedziałam, a brązowowłosy spojrzał na mnie zaskoczony. - Będę Cię za sobą ciągnąć, może damy radę.
~*~
Przed nami wyrosła czarna furtka, która na nasze szczęście okazała się być ciągle otwarta. Po wyjściu z jeziora zapadł totalny mrok, przez co zdałam się na własną pamięć i szłam przez ścieżkę, nie widząc nic.
- Ale jesteś panikarzem - bąknęłam, na co nowy uczeń posłał mi wściekłe spojrzenie.
- Dobra, dobra. Już ja Cię jeszcze zaskoczę. Mówiłaś coś o jakiejś niespodziance, czy jest to aktualne? - Zapytał unosząc brew.
- Aktualne, aktualne. Chcesz już przejechać się w teren?
- Z wielką chęcią, o ile nie będzie się to wiązało z jeziorem, czy innym zbiornikiem wodnym. - Odpowiedział.
- Tylko jest jeszcze jedno.
- Hmm? Słucham?
- Szukam osoby, która wybierze się ze mną po konia. Zauważyłam, że masz nieźle oko, spodobała Ci się Lemon, więc mamy podobny gust. Wyjazd byłby pojutrze. - Powiedziałam, delikatnie się uśmiechając i wlepiając spojrzenie w mężczyznę. - Celem podróży są Niemcy.
ROAD TO 18.
Hazzuś? ❤
- Pytasz się o to czy wszystkie zostały dokładnie przemyślane, hę? To teraz Ci odpowiem, nie. Największe znaczenie ma dla mnie róża, ta na szyi, a reszta jest wywodząca się z jakiegoś zdarzenia, czy też mojego upodobania. Robiąc rękawy byłam po prostu pod wpływem emocji, i pod wpływem ochoty rozwścieczenia mojej matki, ale to już nieważne. - Odpowiedziałam cicho wzdychając. Chłopak puścił delikatnie moją rękę, by po chwili przyjrzeć się tej drugiej.
- Ciekawa kompozycja - rzekł i dotknął jednej z twarzy na moim ramieniu. - Czyli Twoje tatuaże wzięły się od emocji z danego momentu, jak dobrze rozumiem? - Zapytał po raz kolejny i delikatnie się uśmiechnął.
- Owszem, a teraz idziesz nauczyć się pływać. - Posłałam mu wyzywające spojrzenie, które Hazza przyjął z grymasem na twarzy.
- Chyba żartujesz - bąknął pod nosem, a ja nie zwracając uwagi na jego opinie, pociągnęłam za sobą jego przedramię, na co on niemalże od razu podniósł się z miejsca z racji nierówności terenu. Młody mężczyzna niechętnie wszedł do wody, która po chwili zanurzyła nas delikatnie nad pas, ponieważ wydawało mi się, że ta głębokość będzie w sam raz do oswojenia się z tym, że woda wcale nie chce nas pochłonąć.
- Dobra, masz świadomość, że jezioro nie chce Cię pożreć, a wręcz przeciwnie, wypycha Cię na powierzchnię? - Zapytałam z delikatnym prychnięciem.
- Tego akurat uczyłem się na fizyce tak jak każdy z resztą, więc o tym wiem. Adeline, ja naprawdę nie chcę, wystarczy mi suchy ląd - odpowiedział błagalnym tonem. Wywróciłam oczami i bez żadnego zawahania, dotknęłam klatki piersiowej chłopaka i popchnęłam go, a chłopak wręcz od razu trafił w ciecz. Zaśmiałam się mimowolnie widząc to, jak Harry wymachuje swoimi rękoma by jednak się podnieść. Podeszłam więc do niego, i delikatnie podparłam plecy mężczyzny, wypychając odcinek lędźwiowy Hazzy bardziej do góry.
- Weź się uspokój i do cholery oddychaj, bo Ty prędzej padniesz przez brak oddychania, niż utopienie. - Uśmiechnęłam się. - Wypchnij brzuch do góry i oddychaj, normalnym i miarowym tempem. Rozłóż ręce na boki, delikatnie rozszerz nogi. Dobra, teraz Cię puszczam, ale nie panikuj, woda wypchnie Twoje ciało. - Dokończyłam, na co chłopak posłał mi delikatnie spanikowane spojrzenie. Zachichotałam i zabrałam dłoń z kręgosłupa mojego towarzysza. Harry chyba nie do końca zdał sobie z tego sprawę, ponieważ patrzył na mnie z zapytaniem 'kiedy to wreszcie nastąpi?'.
- Wiesz, że już Cię nie trzymam, prawda? - Westchnęłam, unosząc nad taflę wody obie dłonie. Niebieskooki głęboko odetchnął, tak jakby zastanawiając się nad tym co on właściwie robi. Na moje jak i jego szczęście, wcale nie zaczął panikować, a normalnie się odprężył, dając się ponieść delikatnemu ruchowi wody. Bezszelestnie zaczęłam płynąć za ciałem młodego mężczyzny, który przymknął oczy i nie był świadomy tego, że był już oddalony od brzegu około pięciu metrów, co dawało mi zapewnienie, że ani ja, ani on nie dotkniemy normalnie dna.
Uznałam, że znajdując się na środku głębokiego, florydzkiego jeziora, przyszedł czas żeby poinformować nowego znajomego o tym gdzie się znajdujemy.
- Harry, daj mi obie dłonie i mocno zaciśnij. Pamiętaj żeby nie panikować - powiedziałam, a chłopak nie otwierając oczu zgodnie z prośbą zacisnął swoje dłonie na moich. - Dobra to teraz otwórz oczy. - Zaśmiałam się, a mężczyzna zdał sobie sprawę gdzie jest. Panicznie przestraszył się brakiem podparcia pod stopami, zapierając się przy tym na moich przedramionach. Spięłam swoje wszystkie mięśnie by utrzymać ciężar Harry'ego nad wodą.
- Oszalałaś! Ty jesteś szalona! - Krzyknął, ale już po chwili zaczął uspokajać oddech. - NOC JEST, KOBIETO, KSIĘŻYC TAM SIĘ POJAWIA, A JA JESTEM NA ŚRODKU JEZIORA! - Krzyknął dobitnie, a ja kpiąco się uśmiechnęłam.
- Uważaj bo coś Cię jeszcze zje. W nagrodę będę miała dla Ciebie niespodziankę, ale o tym na terenie Akademii. Teraz wracamy - powiedziałam, a brązowowłosy spojrzał na mnie zaskoczony. - Będę Cię za sobą ciągnąć, może damy radę.
~*~
Przed nami wyrosła czarna furtka, która na nasze szczęście okazała się być ciągle otwarta. Po wyjściu z jeziora zapadł totalny mrok, przez co zdałam się na własną pamięć i szłam przez ścieżkę, nie widząc nic.
- Ale jesteś panikarzem - bąknęłam, na co nowy uczeń posłał mi wściekłe spojrzenie.
- Dobra, dobra. Już ja Cię jeszcze zaskoczę. Mówiłaś coś o jakiejś niespodziance, czy jest to aktualne? - Zapytał unosząc brew.
- Aktualne, aktualne. Chcesz już przejechać się w teren?
- Z wielką chęcią, o ile nie będzie się to wiązało z jeziorem, czy innym zbiornikiem wodnym. - Odpowiedział.
- Tylko jest jeszcze jedno.
- Hmm? Słucham?
- Szukam osoby, która wybierze się ze mną po konia. Zauważyłam, że masz nieźle oko, spodobała Ci się Lemon, więc mamy podobny gust. Wyjazd byłby pojutrze. - Powiedziałam, delikatnie się uśmiechając i wlepiając spojrzenie w mężczyznę. - Celem podróży są Niemcy.
ROAD TO 18.
Hazzuś? ❤
Od Adeline C.D Harry'ego
Spoglądając na chłopaka, byłam świadoma tego, że moich oczach kryje się chęć dokonania mordu. Nie znosiłam widoku osoby palącej, ponieważ tak jakby świadomie zachęcali raka do odwiedzin. Drugą sprawą było to, że w naszym towarzystwie przebywały dwie klacze, które nie powinny wdychać dymu tytoniowego, ponieważ mogło to im zaszkodzić. Westchnęłam tylko i bez zawahania odepchnęłam paczkę papierosów, skupiając się na dalszej ścieżce w lesie, którą zaczęła pokrywać gęsta mgła.
- Weź już skończ, przeraża mnie widok palącego człowieka. Karmisz raka, masz u mnie punkty na minusie - bąknąłem, na co Harry zgasił kończącego się papierosa o końcówkę oficerki i wyrzucił głęboko w las. - W dodatku jeszcze śmiecisz w lesie. Minut piętnaście punktów, panie Styles! - Zaśmiałam się delikatnie, a chłopak odpowiedział tym samym. Bez żadnego powiadomienia ruszyłam delikatnym kłusem, starając się by tempo było jak najlepiej dobrane dla koni i jeźdźców. Zauważyłam, że Harry chyba polubił Paris, ponieważ bez ustanku gładził masywną szyję klaczy. Uśmiechnęłam się ciepło, widząc i czując, że obydwa wierzchowce rozluźniły się i zaczęły 'tropić'. Ich chrapy sięgały niemalże ścieżki, przednie nogi wędrowały daleko przed siebie, a grzbiety wygięły się w łukowaty most.
- Wybacz, panno Adeline. Taki już mój urok - zakpił, uśmiechając się szeroko. - Paris jest całkiem niezła, muszę to przyznać - dopowiedział, na co ja posłałam mu krótkie spojrzenie. Po krótkiej chwili, zauważyłam, że wkroczyliśmy na idealną ścieżkę do zagalopowania z minimalnym dodaniem, które z całą pewnością rozbudzi klacze.
- Gotowy? - Zapytałam, właściwie nie czekając na odpowiedź.
- Gotowy? Na co? - Odpowiedział, dosłownie w tym samym momencie, gdy rumaki delikatnie spięły mięśnie zadu i wystrzeliły jak z procy. Przylgnęłam do szyi Lemon, której grzywa wesoło smagała moją twarz. Usłyszałam za sobą śmiech chłopaka, któremu najwidoczniej brakowało jakiegokolwiek szaleństwa.
- Ścigamy się! - Krzyknęłam, dodając łydkę kobyłce, która zaczęła sunąć z jeszcze większą prędkością. Puściłam wodzy, jadąc w tym momencie na Titanica, poczułam jak wiatr okala mnie, a las zachęca do jeszcze szybszego galopowania. Nagle jednak usłyszałam huk, który zdecydowanie przewyższył tętent kopyt wierzchowców. Ściągnęłam wodze, przechodząc niemalże od razu do stój, zawróciłam, a moim oczom ukazał się nowy uczeń, który siedział na ziemii tak samo zszokowany jak pośrodku jeziora. Zrezygnowana zeszłam z grzbietu, puszczając zupełnie luźno wodze, mając pewność, że klacze w swoim towarzystwie nigdzie nie uciekną. Na czole mężczyzny, nawet w mroku, który obecnie panował, można było dostrzec ranę, która z całą pewnością pochodziła od gałęzi.
- Nienawidzę gałęzi - mruknął niezadowolony. Zaśmiałam się mimowolnie, podając mu dłoń, którą od razu złapał. Chwiejnie podniósł się na nogi i posłał mi obolały uśmiech, który i tak nawet w tym wydaniu był rozkoszny.
- Czyli koniec terenu. Wracamy, trzeba to opatrzeć - powiedziałam z nutką troskliwości w głosie. Miałam na uwadze dobro każdego członka Akademii, nawet tego mniej lubianego. Przecież byliśmy społecznością, rodziną, która musi o siebie dbać. - Dasz radę sam wsiąść? - Zapytałam.
- Tak, jasne. - Odpowiedział, po czym usiadł w brązowym siodle na grzbiecie Paris. Troszkę uspokojona, zajęłam swoje miejsce i w milczeniu ruszyłam stępem, ku Akademii, gdzie czekała na nas apteczka z pełnym wyposażeniem.
~*~
Klacze zostały niezwykle szybko oporządzone, ponieważ mieliśmy na uwadze to, że w boksach czeka na nie świeże siano, oraz ranę na czole Harry'ego. Szliśmy w milczeniu do akademika, który na całe szczęście był otwarty. Bezszelestnie zakradaliśmy się po schodach, które doprowadziły nas do korytarza z ogromem drzwi.
- Zapraszam do siebie, Harry - powiedziałam z nonszalancją w głosie.
- Zaproszenie zostało przyjęte, mam nadzieję, że zacna Adeline zechce mi pomóc przy opatrzeniu tej drobnej rany? - Zaśmiał się, na co ja również parsknęłam głośnym śmiechem. Otworzyłam drzwi do swego pokoju, który powitał nas chłodem, bijącym od bordowych i białych ścian. Wszystkie trzy łóżka były równo posłane, a wszelkie piloty, czy też laptop leżały na ściśle wyznaczonym miejscu. Westchnęłam zadowolona, ponieważ nie byłam pewna, czy moje lokum zostało pozostawione w należytym porządku.
- Usiądź na fotelu, ja pójdę po apteczkę, do łazienki - wydałam lekkie polecenie, które chłopak od razu wykonał, siadając na białym, skórzanym fotelu, który podstawiony był pod ścianę. Weszłam do łazienki, w której porządek zostawiał wiele do życzenia. Wszędzie walały się moje kosmetyki, ale apteczka leżała wciąż w jednym miejscu, na trzeciej półce od góry. Chwyciłam za białą rączkę i wyszłam z pomieszczenia, trzaskając przy tym drzwiami, by dać znak moim sąsiadom, że nadal tutaj mieszkam. Podeszłam do Harry'ego, który grzecznie siedział na fotelu, bawiąc się pilotem od telewizora, który został bezgłośnie włączony.
- Pozwolisz, że dotknę? - Zapytałam, wędrując dłonią w stronę podbródka mężczyzny, który delikatnie skinął głową. Po raz pierwszy miałam szansę zobaczyć z bliska barwę oczu Hazzy, którą był niesamowicie wyraźny błękit. Szybko jednak oderwałam uwagę od detali twarzy mojego znajomego, a zajęłam się raną, która teraz wydawała się być mniej krytyczna. Z podręcznej walizeczki wyjęłam środek służący do dezynfekcji.
- Może zapiec.
Noasia? ❤
Road to 18! ^^
- Weź już skończ, przeraża mnie widok palącego człowieka. Karmisz raka, masz u mnie punkty na minusie - bąknąłem, na co Harry zgasił kończącego się papierosa o końcówkę oficerki i wyrzucił głęboko w las. - W dodatku jeszcze śmiecisz w lesie. Minut piętnaście punktów, panie Styles! - Zaśmiałam się delikatnie, a chłopak odpowiedział tym samym. Bez żadnego powiadomienia ruszyłam delikatnym kłusem, starając się by tempo było jak najlepiej dobrane dla koni i jeźdźców. Zauważyłam, że Harry chyba polubił Paris, ponieważ bez ustanku gładził masywną szyję klaczy. Uśmiechnęłam się ciepło, widząc i czując, że obydwa wierzchowce rozluźniły się i zaczęły 'tropić'. Ich chrapy sięgały niemalże ścieżki, przednie nogi wędrowały daleko przed siebie, a grzbiety wygięły się w łukowaty most.
- Wybacz, panno Adeline. Taki już mój urok - zakpił, uśmiechając się szeroko. - Paris jest całkiem niezła, muszę to przyznać - dopowiedział, na co ja posłałam mu krótkie spojrzenie. Po krótkiej chwili, zauważyłam, że wkroczyliśmy na idealną ścieżkę do zagalopowania z minimalnym dodaniem, które z całą pewnością rozbudzi klacze.
- Gotowy? - Zapytałam, właściwie nie czekając na odpowiedź.
- Gotowy? Na co? - Odpowiedział, dosłownie w tym samym momencie, gdy rumaki delikatnie spięły mięśnie zadu i wystrzeliły jak z procy. Przylgnęłam do szyi Lemon, której grzywa wesoło smagała moją twarz. Usłyszałam za sobą śmiech chłopaka, któremu najwidoczniej brakowało jakiegokolwiek szaleństwa.
- Ścigamy się! - Krzyknęłam, dodając łydkę kobyłce, która zaczęła sunąć z jeszcze większą prędkością. Puściłam wodzy, jadąc w tym momencie na Titanica, poczułam jak wiatr okala mnie, a las zachęca do jeszcze szybszego galopowania. Nagle jednak usłyszałam huk, który zdecydowanie przewyższył tętent kopyt wierzchowców. Ściągnęłam wodze, przechodząc niemalże od razu do stój, zawróciłam, a moim oczom ukazał się nowy uczeń, który siedział na ziemii tak samo zszokowany jak pośrodku jeziora. Zrezygnowana zeszłam z grzbietu, puszczając zupełnie luźno wodze, mając pewność, że klacze w swoim towarzystwie nigdzie nie uciekną. Na czole mężczyzny, nawet w mroku, który obecnie panował, można było dostrzec ranę, która z całą pewnością pochodziła od gałęzi.
- Nienawidzę gałęzi - mruknął niezadowolony. Zaśmiałam się mimowolnie, podając mu dłoń, którą od razu złapał. Chwiejnie podniósł się na nogi i posłał mi obolały uśmiech, który i tak nawet w tym wydaniu był rozkoszny.
- Czyli koniec terenu. Wracamy, trzeba to opatrzeć - powiedziałam z nutką troskliwości w głosie. Miałam na uwadze dobro każdego członka Akademii, nawet tego mniej lubianego. Przecież byliśmy społecznością, rodziną, która musi o siebie dbać. - Dasz radę sam wsiąść? - Zapytałam.
- Tak, jasne. - Odpowiedział, po czym usiadł w brązowym siodle na grzbiecie Paris. Troszkę uspokojona, zajęłam swoje miejsce i w milczeniu ruszyłam stępem, ku Akademii, gdzie czekała na nas apteczka z pełnym wyposażeniem.
~*~
Klacze zostały niezwykle szybko oporządzone, ponieważ mieliśmy na uwadze to, że w boksach czeka na nie świeże siano, oraz ranę na czole Harry'ego. Szliśmy w milczeniu do akademika, który na całe szczęście był otwarty. Bezszelestnie zakradaliśmy się po schodach, które doprowadziły nas do korytarza z ogromem drzwi.
- Zapraszam do siebie, Harry - powiedziałam z nonszalancją w głosie.
- Zaproszenie zostało przyjęte, mam nadzieję, że zacna Adeline zechce mi pomóc przy opatrzeniu tej drobnej rany? - Zaśmiał się, na co ja również parsknęłam głośnym śmiechem. Otworzyłam drzwi do swego pokoju, który powitał nas chłodem, bijącym od bordowych i białych ścian. Wszystkie trzy łóżka były równo posłane, a wszelkie piloty, czy też laptop leżały na ściśle wyznaczonym miejscu. Westchnęłam zadowolona, ponieważ nie byłam pewna, czy moje lokum zostało pozostawione w należytym porządku.
- Usiądź na fotelu, ja pójdę po apteczkę, do łazienki - wydałam lekkie polecenie, które chłopak od razu wykonał, siadając na białym, skórzanym fotelu, który podstawiony był pod ścianę. Weszłam do łazienki, w której porządek zostawiał wiele do życzenia. Wszędzie walały się moje kosmetyki, ale apteczka leżała wciąż w jednym miejscu, na trzeciej półce od góry. Chwyciłam za białą rączkę i wyszłam z pomieszczenia, trzaskając przy tym drzwiami, by dać znak moim sąsiadom, że nadal tutaj mieszkam. Podeszłam do Harry'ego, który grzecznie siedział na fotelu, bawiąc się pilotem od telewizora, który został bezgłośnie włączony.
- Pozwolisz, że dotknę? - Zapytałam, wędrując dłonią w stronę podbródka mężczyzny, który delikatnie skinął głową. Po raz pierwszy miałam szansę zobaczyć z bliska barwę oczu Hazzy, którą był niesamowicie wyraźny błękit. Szybko jednak oderwałam uwagę od detali twarzy mojego znajomego, a zajęłam się raną, która teraz wydawała się być mniej krytyczna. Z podręcznej walizeczki wyjęłam środek służący do dezynfekcji.
- Może zapiec.
Noasia? ❤
Road to 18! ^^
Subskrybuj:
Posty (Atom)