Pokazywanie postów oznaczonych etykietą opieka nad koniem. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą opieka nad koniem. Pokaż wszystkie posty

piątek, 23 grudnia 2016

Od Edwarda - Opieka nad Werą

Pogłaskałem siwe chrapy Lemon, która wydawała się być z siebie bardzo dumna. W końcu nie każdy koń ma na swoim boksie śliczną, złotą rozetę. Teraz klacz w spokoju chrupała sobie papajowego smakołyka i zaglądała do boksów sąsiadów z miną: "Ha! Patrzcie co ja fajnego mam na boksie! A wy macie? Nie, nie macie!". Zostawiłem więc ją z pławieniem się nad własnym zwycięstwem by zmierzyć się z własnymi końmi.
Najpierw czekało mnie zaprowadzenie folblutek na pastwisko, co zawsze było nie lada wyzwaniem, a już szczególnie kiedy solo zamieniło się w duet i nadeszła kolejna, rozbrykana małolata. Założyłem więc obu kantar i wyprowadziłem Jutrzenkę ze stajni. Jaskółka, jako wierna towarzyszka swej matki, dreptała krok w krok za nią, raz po raz zjeżdżając z drogi by obwąchać jakąś smacznie wyglądającą kępkę trawy.
Wypuściłem klacze na mały padok, gdzie urzędowało już kilka prywatnych wierzchowców, machających wesoło ogonami. W tym oczywiście dwie, niedawno ciężarne przyjaciółki - Jaskółka więc od razu odłączyła się od matki i rżąc radośnie, podkłusowała do Montany, Mezza i Narnii. Nim się obejrzałem cała gromadka zajęła się skubaniem starszych po ogonach.
Czekały mnie jeszcze dwa rumaki do obsłużenia - moja nowa wygrana, Hollywood oraz hucułka która wciąż dzielnie stała u mego boku. Postanowiłem więc zająć się najpierw nieco trudniejszym orzechem i namierzyłem mój wewnętrzny kompas na stajnię do opieki. Tam już czekała na mnie zniecierpliwiona Wera o.
- No już jestem. - zaśmiałem się i wyciągnąłem ją na korytarz. Klacz wsadziła mi pysk do kieszeni, czując zapach egzotycznych ciasteczek. Jako dobry człowiek oddałem jej tego samotnego przysmaka i wyciągnąłem szczotki. Nie była najmocniej brudna choć zdecydowanie przydałaby jej się pielęgnacja grzywy i ogona. Tym się więc zająłem - powyciągałem jej słomę z włosów i poprawiłem nieco image jej końskiej fryzury, która teraz była w czystym nieładzie. Co prawda jak to Wera, szarpała się i niecierpliwiła, ale w końcu udało mi się ją doprowadzić do porządku.
Gdy już skończyłem się z nią siłować, wyprowadziłem klacz na duże pastwisko. Ostatnio zacząłem dawać ją na płatne lekcje jazdy które odbywały się rzadko, ale zawsze. Zresztą często też służyła na oprowadzankach dla starszych dzieci, a więc nie potrzebowała jeszcze mojego treningu. Co prawda, zdarzało mi się że po ćwiczeniach z Jutrzenką i Hollywood`em, wsiadałem na jej siodło, lecz w danym momencie to właśnie siwusek potrzebował najwięcej ruchu.
Dlatego więc zaraz po wypuszczeniu jej, wziąłem głęboki wdech i ruszyłem na spotkanie z błękitnookim.

sobota, 17 grudnia 2016

Od Castiel'a - opieka nad Atlantic'iem

Wstałem z samego rana z uśmiechem, gdyż ten dzień poświęcam mojemu przyjacielowi - Atlantic'u. Revee czasami czuła się zazdrosna o ogiera, lecz szybko zrozumiała iż tak samo ich traktuję. Poszła razem ze mną do niego i się z nim przywitała.
- Tęskniłeś mały? - spytałem, gdy wyprowadziłem go przed boks i zacząłem od wyczyszczenia mu kopyt
 Muszę przyznać, że już tak wielkich problemów przy tym nie sprawiał jak wcześniej. Wtedy to ogromnej siły było trza użyć by je podnieść. Choć nadal używam siły by je podnieść, ale już nie takiej jakiej wcześniej używałem. Atlantic nawet mnie zaczepiał przy czyszczeniu, co mnie bawiło.
- Już, spokojnie! Daj się do końca oporządzić! - zaśmiałem się
Po czyszczeniu kopyt ogiera, zabrałem się za jego sierść, którą wyczyściłem aż do blasku. Potem zabrałem się za czyszczenie jego boksu i wymieniłem mu siano. Potem poszedłem po jego siodło i ogłowie. Po "walce" przy zakładaniu ogłowia, ale ją wygrałem.  Dosiadłem go i pojechaliśmy na przejażdżkę. Na początku jechałem kłusem, lecz po krótkim czasem przeszedłem do galopu, a potem do cwału. Dojechaliśmy do jeziora i zszedłem z Atlantic'a, a mu pozwoliłem się tu paść.Ja natomiast spojrzałem w błękitne niebo, które nie było okryte żadną chmurą. Pomyślałem o Helen, o dzieciach, które urodzi... Będę musiał się nią i dziećmi zająć. Jednak bardzo się z tego powodu cieszyłem. Spojrzałem na Atlantic'a, który w najlepsze się bawił w wodzie. Zaśmiałem się z tego i przyłączyłem się do niego.. Ochlapałem go po nogach, na co on zarżał i zaczął mnie gonić. Potem udawałem martwego, a on nachylił się nade mną, po czym dmuchnąłem w jego pyszczek.... Na co prychnął i trącił mnie swym nosem...
- Pora na nas. - powiedziałem i go dosiadłem.
Spokojnym galopem wróciliśmy do stajni, gdzie od nowa go wyczyściłem i wróciłem do pokoju, do mojej Helen

środa, 30 listopada 2016

Od Edwarda - Opieka nad Werą

Środa. Był sam środek tygodnia i ani to w jedną ani w drugą stronę.
Nie usprawiedliwiało mnie to jednak od obowiązków - dalej musiałem wstawać o piątej by zjeść w spokoju śniadanie i nakarmić konie. Pomijając więc te codzienne czynności przejdźmy do reszty dnia.
Nie miałem specjalnej ochoty jazdy na Jutrzence która pruła do przodu bez większych ograniczeń. Zamiast tego zadowoliłem się upartym osiołkiem, czyli moim drugim podopiecznym - Werą o.
Jak zawsze siedziała w swoim boksie, w swojej stajni żując z uwielbieniem owies. Dopiero gdy zobaczyła mnie na horyzoncie jak gdyby nigdy nic odwróciła się do mnie zadem.
- O nie, panienko, tym razem nie wywiniesz się od roboty. - zaśmiałem się i chwyciłem fioletowy kantar, niby ochronę przed jej kopytami. - Wystarczy sielanki, trzeba ciebie trochę rozruszać.
Jednak widząc stan jej sierści zaczynałem głęboko wątpić czy wyrobię się do wieczora. Nie było kawałka miejsca gdzie by nie było sklejek, błota miała po łokcie, słomę w posklejanej grzywie a na kopyta nawet się bałem patrzeć.
Więc z westchnieniem rezygnacji przebrnąłem do jej obrażonego pyska i wyprowadziłem hucułkę na korytarz. Nie był to za piękny widok - zawsze elegancka, prestiżowa i czysta stajnia, a pośrodku niej rudy kucyk wyglądający jakby nie widział szczotki od urodzenia. I kto to musiał doprowadzić do ładu? Brawo, zgadliście. Ja!
Przypiąłem ją do koniowiązu na dworze by ilość spadającego błota aż tak mocno nie brudziła pięknej posadzki na korytarzu. Zabrałem się więc za czyszczenie - najpierw zmiotłem wszystkie sklejki na szyi, na łopatce, brzuchu, grzbiecie i zadzie, z dwóch stron. Potem jeszcze usilnie próbowałem strzepnąć piach i błoto z jej nóg ale niestety nie było to suche błotko, musiałem więc poczekać aż myjka będzie wolna gdyż w tej chwili urzędował w niej nowy koń Lily, Spartan i sama jego właścicielka.
Trochę minęło gdy grzywa i ogon nabrały dawnego blasku i puszystości, ale w końcu się udało. Przetarłem Werce pyszczek który wyglądał jakby hucułka włożyła cały łeb do pełnego żłoba. Nie wykluczałem że tak być nie mogło.
Po przetarciu z niej kurzu mogłem wreszcie zmyć jej niedociągnięcia. Klacz ciągle się wierciła i wykręcała by tylko nie dosięgnąć wody więc musiałem ją przypiąć z każdych możliwych stron. Sam nie lubiłem suszenia koni w solarium jednak nie miałem innego wyjścia skoro chciałem potrenować. Gdy tak każda kropla wody przestawała istnieć na sierści Wery, ja oparłem się o framugę wejścia i obserwowałem ruch w głównej stajni. Był środek grupowych treningów dlatego wszędzie wokół biegali jeźdźcy i konie, powodując rutynowy hałas. Zrezygnowałem z własnej jazdy na rzecz mojego lenistwa i nie wyspania, za to jednak obiecałem to nadrobić kilka godzin później, no czyli teraz.
Po kolejnych kilku minutach osiodłałem klacz biorąc komplet Popiołka, zresztą jak zawsze - to nie ja zadecydowałem że będę mieć pod opieką konia który ma tak mało męski czaprak. No nie?
Wyruszyłem więc na parkour zamknięty, gdyż tylko on był chwilowo wolny. Nie będę wam tego opisywał za specjalnie długo - kilka wolt, kilka kłusów, galopów, mały parkour już wcześniej ustawiony i .... tyle.

niedziela, 2 października 2016

Od Edwarda - opieka nad Werą o

Przycisnąłem głowę do poduszki kiedy budzik nieustannie brzęczał mi w uszach. Po kilku minutach walki w końcu dałem za wygraną i wstałem by zobaczyć godzinę. 6:30 - nie mogłem sobie przypomnieć bym ustawiał budzik na taką godzinę.
Po dłuższym namyśle po prostu wzruszyłem ramionami i po cichu poszedłem do łazienki by nikogo nie obudzić, bo o dziwo spali tak kamiennym snem że nawet mój dzwonek nie zdołał ich wybudzić.
Gdy ogarnąłem się, poszedłem do kuchni i chwyciłem jabłko stojące samotnie w koszyku. Nie było wątpliwości że niespecjalnie wiele osób chodziło teraz po ośrodku co przyjąłem z wielką ulgą. Brakowało mi tylko zgiełku w stajni.
Wyszedłem z akademika i piaszczystą drogą podążyłem do dużej stajni. Kiedy już tam byłem, zajrzałem do boksu Rosabell. Miałem zamiar potrenować skoki, lecz kiedy zobaczyłem że wciąż smacznie śpi dałem jej na razie spokój. Przecież jest jeszcze cały dzień.
Postanowiłem więc przejść na drugą stronę do stajni dla koni do opieki. Wczoraj dowiedziałem się że do przypadła mi nijaka klacz huculska Wera o. Nie kojarzyłem jej ale wydawałoby się to oczywiste no bo przecież przeprowadziłem się stosunkowo niedawno.
Przywitało mnie kilka koni wystawiających łeb i nastawiających z zaciekawieniem uszy. Po przejściu prawie całej stajni wreszcie natrafiłem na tabliczkę gdzie napisano: "Wera o. Hucuł. 2009 r." - nie było wątpliwości że właśnie jej szukałem. Z boksu wyłoniła się gniada klacz która trąciła mnie łagodnie nosem kiedy wyciągnąłem rękę by pogłaskać ją.
- Cześć kochana. - przywitałem się, całkowicie zdając sobie sprawę że gadam do konia jak do najdroższej przyjaciółki, ale to stwierdzenie nie było dalekie od prawdy. - Co powiesz na mały poranny spacerek? Myślę że dwanaście godzin bez ruchu to zdecydowanie za dużo jak na twoje i moje kości. - zaśmiałem się kiedy prychnęła cicho i pozwoliła mi założyć na siebie kantar. Wybrałem się po lonżę bo stwierdziłem że uwiąz nie będzie spełniać tak dobrze roli jak długi sznur.
Wyszliśmy ze stajni na świeże, egzotyczne powietrze. Jak na Florydę przystało, wokół bujało się kilka długich palm, co dawało jeszcze więcej wakacyjnego klimatu, choć byliśmy w akademii a nie na plaży.
Rozwinąłem lonże kiedy znaleźliśmy się na łączce w lesie. Rozsiadłem się wygodnie na kamieniu i cicho obserwowałem Werę. W myślach zanotowałem sobie że muszę zadbać o jej porządną pielęgnację bo była cała w kurzu, sklejkach i w błocie.
I jak na zawołanie, klacz powoli położyła się na trawie i zaczęła się tarzać.
- Ej, koleżanko! - krzyknąłem do niej. - Nie chce się wtrącać, ale właśnie wytarzałaś się w najbardziej błotniste miejsce w zasięgu mojego wzroku i wiesz kto będzie cię czyścił?
Wera prychnęła zadowolona i kiwnęła głową, jakby próbowała odpowiedzieć: "Ty!".
Westchnąłem z rezygnacją, ale uśmiechnąłem się. Czułem że szybko się dogadamy.

piątek, 30 września 2016

Od Kiary - opieka nad koniem

Byłam w akademii dopiero drugi dzień. Spiner całkiem dobrze zniósł przeprowadzkę. Zgłosiłam się do opieki nad koniem. Nie miałam własnego, więc postanowiłam zajmować się koniem z akademii. Dostałam piękna klacz. Bella Mafia rasy Fryzyjskiej. Niedziela była dniem wolnym od zajęć, jednak postanowiłam poświęcić ten cały dzień dla Belli.
Rano ruszyłam do stajni, szybko znałam boks klaczy.
-Hej, maleńka.- powiedziałam, Mafia wystawiła łeb z boksu i traciła mnie łbem. -Będę się tobą zajmować.- pogłaskałam ją po głowie, i dałam jej na otwartej ręce kawałek marchewki. -Myślę, że się polubimy.- zaśmiałam się. Zostawiłam na chwilę klacz, po to, aby wziąść jej kantar, linkę oraz rzeczy do czyszczenia. Weszłam do boksu, i nałożyłam kantar dla Belli, poszło łatwo i bez większych przeszkód. Zapięłam linkę i wprowadziłam klacz z boksu, przywiązałam ją i wzięłam pierwszą szczotkę. Już chciałam zabrać się za czesanie, kiedy usłyszałam czyjś głos.
-Dzień dobry.- odwróciłam się szybko i zobaczyłam jakąś kobietę. Za nim przyjechałam do akademii, sprawdziłam na stronie kadrę, więc szybko zgadłam kim jest.
-Dzień dobry pani Alison.
-Jesteś nową uczennicą, prawda?
-Tak.
-Dostałaś w opiekę Belle Mafię. Może ci pomóc?
-Nie trzeba. Mój wujek ma konie, i nie raz pogałam mu w opiece nad nimi. Wiem co do czego służy.
-W takim razie życzę powodzenia.- kobieta odeszła w swoją stronę a ja wróciłam do pielęgnacji klaczy.
Kiedy miała już wczesną sierść, zabrałam się do czyszczenia kopyt. Wszystko poszło gładko. Spojrzałam na grzywę klaczy, ją także postanowiłam dokładnie rozczesać. Wszystko robiłam bardzo deliktanie. Kiedy byłam zadowolona z pracy jaką wykonałam, podałam dla Mafii drugi kawałek marchewki. Odłożyłam rzeczy na bok i wprowadziłam klacz na padok. Było tam jeszcze kilka koni, ale nie znałam ich imion. Odparłam się o płot i obserwowałam zwierząt, nie mogłam się doczekać kiedy będę mogła mieć własnego konia. Na razie za mało umiałam, ale w przyszłości... Znów odpłynełam w krainę marzeń.

czwartek, 29 września 2016

Od Shiry - opieka nad Melissą

Kolejny niezapomniany czas zajmowania się klaczą lusatino - Melissą. Dziś czekała mnie nie byle jaka robota, klacz była w fatalnym stanie. Tyle kurzu, zaklejek, kopyta - całe w sianie. Na wypadek poszłam po kask. Tak dla ochrony. Szczotki i kopystki też się przydadzą. Na pewno! Dziś miałam trochę bardziej zapoznać się z Melissą niż ostatnio. Miałam jej dosiąść. Przygotowałam wszystko i zaczęłam czyścić. Trwało to dość długo. Melissa była bardzo niespokojna. Nie wiem czemu, to koński kaprys. Wyrywne kopyta wyrywała, nie myśląc, że zrobi krzywdę jeźdźcu. Włożyłam wędzidło, wszystko tam zrobiłam, siodło też. I dałam na przegryzkę marchew. Nie dla mnie, dla Melissy. Żeby trochę ją okiełznać. Zaprowadziłam ją w pobliże łąk i pól, gdzie miałam jej dosiąść. Postanowiłam, że trochę poduczę się galopu. A Melissa, skoro bryka, na pewno będzie do tego wymarzona. Zacisnęłam popręg. I od razu szarpanina z koniem. Dała mi w kość tylnymi kopytami. Szarpnęłam za wodze i wsiadłam. Dałam mocną łydkę. Klacz ruszyła... Nieco szybszym galopem... Aż spadłam. A klacz pogalopowała (albo nawet cwałowała) gdzieś, gdzie nie wiedziałam.

[Gdy ją znalazłam]

Stała sobie na małej polance. Pogłaskałam ją mówić cicho "przepraszam". Patrzyła się na mnie wielkimi oczami, jakby chciała powiedzieć to samo. Usiadłam na trawie. Patrzyłam, jak się na mnie gapi. Może uda mi się dosiąść klaczy tym razem? Powoli wsiadłam i ruszyłam do kłusa. Posłuchała się i grzecznie to zrobiła. Chyba to moja wina, że tak szybko jechałam, za mocno przyciągnęłam łydkę. Gdy skończyłam jazdę, odprowadziłam ją na padok, gdzie stały Laydy, Wings i ogier Parys.

piątek, 23 września 2016

Od Shiry - Opieka nad Melissą

Jestem zaniepokojona. Trochę. Rozumiem, że jeździectwo jest bolesnym sportem, więc... Opiekuję się Melissą, klaczą Lusatino która ma wielki kaprys. Nienawidzi być szczotkowana. Ale co ja poradzę. Wybrałam ją, ponieważ chciałabym się czegoś nauczyć, a nie: ciągle być przy tych początkujących. Poszłam do siodlarni po szczotki do szczotkowania klaczy. Na początek sprawdziłam, czy wszystko jest: zgrzebło, włosie, kopystka. Są. Poszłam po jabłka. Konie lubią jabłka, Melissa na pewno też. Wzięłam te najdojrzalsze, najsoczystrze i najpiękniejsze jabłuszka dla mojej nowej podopiecznej. Może jakoś się dogadamy? Na pewno. Podeszłam i przyglądnęłam się klaczy. Wyglądała pięknie, ale charakterem miała inny. Uparciuch. Weszłam powoli. Na początek dałam jej jabłko. Zjadła z chęcią, po czym szukała kolejnych. Ale jej nie dałam. Zasłuży to dostanie. Włożyłam ns rękę zgrzebło i włosie. Zaczęłam czyścić okolice szyi. Co wyraźnie nie spodobało się Meli. Ale na pewno niejednemu się zdarzyło. Zaczęłam czyścić brzuch i grzbiet klaczy. Było trochę źle, ale nieraz mi się to zdarzy. Kopyta były w fatalnym stanie. Dużo końskich kup, przyklejone siano... Nie było to nic fajnego. Wyrywała się, ale dałam radę. Nie było najgorzej, więc dałam jej drugie jabłko. Tak dla zdobycia zaufania. Gdy zjadła zaprowadziłam ją na padok gdzie radośnie skubała trawę. Dałam jej jeszcze jedno jabłko, gdyż widać, że bardzo ich chciała. Kiedyś ni się uda. Na pewno. A wtedy, będę miała towarzyszkę. Jednak było wspaniale. Polubiłam Melissę

środa, 14 września 2016

Od Leo - zadanie 1 + opieka nad Ice Tea

Wstałem wcześnie rano. Dokładnie o 5:13. Chcaiłem jak najszybciej zabrać się za Ice Tea. Klaczkę, która jest pod moją opieką. Zamierzałem wybrać się z nią w teren. Wszyscy z mojego pokoju spali. Tak słodko wyglądali. Zaśmiałem się i ubrany w beżowe bryczesy oraz tego samego koloru koszulkę wyszedłem z pokoju. Szedłem długim korytarzem i zmierzałem w stronę kuchni. Szybkim krokiem doszedłem do jadalni i zjadłem kanapkę z nutellą. Gdy po "śniadaniu", bo trudno nazwać je prawdziwym, wychodziłem z kuchni była 5:27. Znów szybko, poszedłem do stajni. Stała tam śliczna siwa klacz. Na tabliczce napisane było "Ice Tea". Ciekawe imię. Poszedłem do siodlarni i wyjąłem osprzęt klaczy. Wróciłem do mojej podopiecznej i otworzyłem boks po czym przywitałem się. Ice Tea przyglądała mi się gdy ją czyściłem. Wkrótce koń lśniał. Założyłem jej czaprak i siodło, włoźyłem wędzidło do pyska i podciągnąłem naczółek za uszy konia. Zapiąłem podgardle oraz nachrapnik. Wyszedłem z boksu, założyłem kask i wyprowadziłem klacz ze stajni. Było cicho i spokojnie. W dobrym nastroju wsiadłem na grzbiet Ice Tea. Popędziłem ją łydkami i ruszyliśmy w las. Podziwiałem piękny widok, a klacz chyba przyzwyczajała się do nowego jeźdźca, którym byłem ja. Byłem bardzo ciekawy jekiej jest rasy. Niestety nie dane mi było się tego dowiedzieć. Popędziłem konia do kłusa i zacząłem anglezować. Przez drogę przebiegły sarny i jelenie, a zaraz potem zauważyłem dziki. Wkrótce zaczął się galop. Muszę przyznać, że klacz naprawdę szybko biegła. Słyszałem śpiew ptaków, a wiatr rozwiewał moje brązowe włosy. Usmiechnąłem się i zaczęliśmy się chyba oboje cieszyć, bo czułem jak klacz się rozluźnia. Uśmiech nie znikał mi z twarzy do póki nie przeszliśmy do kłusa. W końcu należy się jej trochę odpoczynku. Przeszliśmy do stępa, lecz nagle zza krzaków usłyszałem szelest. Odwróciłem głowe i zauważyłem... Teraz nie chce wwm skłamać, więc powiem tak: jakieś coś, co wyglądało jak duży pies, ale wilkiem nie było. Pewnie jakiś osobnik z rodziny psowatych. Klacz momentalnie nastroszyła uszy i ruszyła dzikim galopem. Starałem się utrzymać, ale moje nogi odmawiały już posłuszeństwa i spadłem. Zamknąłem oczy, bo stłukłem sobie kolano.
- Auć! - jęknąłem i spojrzałem dookoła. Nigdzie żywej duszy. Tylko w oddali nadal galopowała Ice Tea.
- ICE TEA!!! - wrzasnąłem, ale ona nawet głowy nie odwróciła. - No nie!
Wkrótce powieki mi się zamknęły i zasnąłem.
***
Obudziła mnie wilgoć na szyji. Otworzyłem oczy i zauważyłem siwą klacz. No tak. Powoli wszystko sobie przypomniałem. Klacz się spłoszyła. Spadłem. Heh.
- Witaj koniku. - szepnąłem i wdrapałem się na grzbiet Ice Tea. - Prowadź do stajni!
Klacz parsknęła, co chyba miało znaczyć "tak", ale nie jestem pewien. Dotarliśmy do stajni cali i zdrowi. Na dziedzińcu zszedłem z klaczy i odprowadziłem ją do boksu. Rozsiodłałem ją, pożegnałem się i wróciłem do pokoju. Położyłem się na łóżku i znowu zasnąłem.

poniedziałek, 12 września 2016

Od Lotte C.D Lisy - opieka nad Vip'em

Otworzyłam oczy. Praktycznie od razu wstałam. Udałam się do łazienki, a tam przebrałam się w jeździecki strój. Zeszłam do kuchni. Zjadłam śniadanie i poszłam do stajni. Poranna grupa szykowała już konie do jazdy. Jakaś dziewczyna,nie dawała rady osiodłać konia. Pomogłam jej i poszłam do Vip'a. Kuc spokojnie skubał siano.
-Cześć kochany- powiedziałam wchodząc do jego boksu.
Vip zarżał w odpowiedzi. Założyłam mu kantar i podpięłam uwiąz. Wprowadziłam go na myjkę. Uwiązałam go i włączyłam wodę. Koń zaczął niespokojnie się kręcić i przystępować z nogi na nogę. Mimo moich starań kuc nie uspokajał się. Kiedy w końcu udało mi się go umyć ściągnęłam z niego wodę. Wzięłam go na pół godziny na lonżę. Odprowadziłam go do boksu i nakarmiłam. Gdy skończył jeść wyprowadziłam go na pastwisko. Posprzątałam jego boks i położyłam się na sianie by trochę odpocząć. Wtem spojrzałam na zegarek. była 10.50. Za dziesięć minut miałam jazdę! Pobiegłam do boksu Desperado. Wyczyściłam go pospiesznie. Był zapoprężony. Pobiegłam do siodlarni i wzięłam jego ogłowie. Szybko założyłam je koniowi. Zaprowadziłam go na ujeżdżalnie. Byłam o 10.59.
-Dlaczego jesteś na oklep- zapytała pani Alison unosząc brew.
-Jest zapoprężony-odpowiedziałam pospiesznie.
-Nikt tego wcześniej nie zgłaszał- odrzekła.
Zaczęliśmy jazdę. Najpierw krótka rozgrzewka później skakaliśmy. Przeszkody były niskiebo miały tylko 60 cm więc to że byłam na oklep nie stanowiło przeszkody.
~~~~
Szłam bezcelowo korytarzem akademii. Po jeździe w upale byłam wykończona. Nagle zauważyłam jak Mateusz wali w drzwi jakiegoś pokoju.
-A ładnie to tak się dobijać?- zapytałam.
-Ładnie- fuknął.
-Zakzuje ci tak robić-powiedziałam z drwiącym uśmieszkiem.
-Nikt nie będzie mi rozkazywał- mruknął.
-Ja będę. Masz przestać tak robić-mówiłam mając na celu wnerwieniu go.
-A co mi zrobisz?- zapytał drwiąco
-A to- powiedziałam i dałam mu porządnego kopa w krocze.
Mateusz aż jęknął z bólu. Szykował się żeby mi oddać ale na korytarz wszedł pan James.
-Co ty robisz!-krzyknął-Chodź do mojego gabinetu.
Po długim wymigiwaniu się Mateusz w końcu uległ. Gdy pan James i Mateusz zniknęli z korytarza zapukałam do pokoju dziewczyny.
Lisa?

sobota, 10 września 2016

Od Charlotte - opieka nad Akate - do ...

Gdy tylko usłyszałam dźwięk budzika wyskoczyłam z łóżka i pobiegłam do toalety. Po umyciu się szybko się ubrałam i zbiegłam na dół na śniadanie. Zrobiłam sobie naleśniki z czekoladą i bananami, na które teraz tak strasznie miałam ochotę. szybko pochłonęłam te pyszności i pobiegłam do stajni. Biegłam przywitać się z Lady, ale moja uwagę przykuła piękna klacz. Była dość wysoka, ale miała świetną budowę. typową dla skoczka.. Ciekawe ile potrafi skoczyć. klacz poparzyła na mnie swoimi dużymi, mądrymi oczami. Spojrzałam na tabliczkę na drzwiach do jej boksu. Akate.. Ładne imię.
-hej Charlotte-przywitała się Luna
-Hej-odparłam, jeszcze nieco drgałam, z porannego zimna.
-Widzę że ci wpadła w oko-uśmiechnęła si do mnie.
-Nie da się ukryć, jest niesamowita-pogłaskałam Akate po nosie.
-Chcesz ją pod opiekę? Raczej nie nadaje się do szkółki.
-Jasne!-ucieszyłam się-Kiedy zaczynam?
-Teraz-Luna posłała mi ciepły uśmiech i odeszła w głąb stajni

Od razu postanowiłam "przetestować" moją podopieczną. Pognałam do siodlarni po jej sprzęt i położyłam na skrzyni obok boksu. Ubrałam jej kantar i odprowadziłam ją do koniowiązu, potem wróciłam zamknąć boks i wzięłam sprzęt. Przy czyszczeniu klacz była spokojna. Kiedy doszłam do jej grzbietu zaczęła przestępować z nogi na nogę i się odsuwać. Nieco zmieszana pospieszyłam się i po chwili klacz już błyszczała. Szybko założyłam ogłowie i siodło. Teraz już tylko popręg i gotowe-powiedziałam do siebie. Ale trochę się pomyliłam z tym "tylko". klacz szarpała się niemiłosiernie, mimo, że próbowałam dopiąć popręg najdelikatniej jak tylko mogłam. Kiedy skończyły się te męczarnie założyłam kask i poszłam z Akate na halę. dopasowałam strzemiona i weszłam na schodki. Klacz póki co stała spokojnie. Ostrożnie weszłam na jej grzbiet, jednak ona nie zważając na moje starania bryknęła. Za pierwszym razem się utrzymałam, a za drugim wyleciałam jak z procy. Otrzepałam się z piasku i podjęłam ponowną próbę jazdy na wyjątkowej klaczy. Weszłam, tym razem byłam przesadnie odchylona do tyłu, oczekując na wierzganie, jednak ta inteligentna klacz z zaskoczenia stanęła dęba. Na moje szczęście i ku niezadowoleniu klaczy tym razem jakoś się utrzymałam. Potem już było lepiej. Klacz była dość grzeczna. Pod koniec jazdy uznałam, że przejedziemy sobie cavaletti, które stało obok około 50 centymetrowej stacjonaty. Nakierowałam Akate na małe "przeszkody": kłusem. Jednak ona uznała, że dużo ciekawiej będzie, jeżeli pojedzie galopem, na stacjonatę. Klacz skoczyła, a ja zaraz potem wylądowałam na jej szyi. Ona musiała wykorzystać sytuacje, więc sobie wierzgnęła a ponownie całowałam piasek... Okazało się, że całemu wydarzeniu ktoś się przyglądał, bo usłyszałam stłumiony śmiech

ktoś?

poniedziałek, 5 września 2016

Od Irmy - opieka nad Jumperem

Obudził mnie dziwię budzika, który hałasował niemiłosiernie. Leniwie podniosłam rękę i go wyłączyłam. Ziewnęłam i przeciągnęłam się w łóżku niczym kot. Kolejny dzień z nowymi wyzwaniami, a mi jak zwykle nie chciało się wstawać… Kołdra była taka ciepła, a poduszka, taka mięciutka! Powoli zamknęłam powieki lecz zaraz je otworzyłam, bo wiedziałam czym się to zaraz skończy… Zasnęłabym i znowu bym się spóźniła na zajęcia i w dodatku nie zajęłabym się koniem.
Powoli się podniosłam wygrzanego łóżka i zaraz dopadł mnie straszny chłód otoczenia. Ranki były coraz chłodniejsze, co świadczyło o tym że niedługo nadejdzie jesień. Wzięłam głębszy wdech i powoli opuściła nogi z łóżka. Ponownie ziewnęłam, po czym wstałam, szybko się ogarnęłam, ubrałam się i poszłam do kuchni coś zjeść. Po drodze do kuchni zastanawiałam się co mogę dobrego zjeść… Jajecznica? Może grzanka? Omleta? Albo po prostu zjeść zwyczajna kanapkę? Nie… Chyba wybiorę tą pierwszą opcję, czyli jajecznicę na maśle.
Weszłam do kuchni, otworzyłam lodówkę i wyjęłam jajka, po czym zabrałam się za robienie śniadania. Szybko je skonsumowałam, popijając gorącą herbatą. Umyłam dokładnie wszystkie naczynia i wyszłam z akademika.
Powietrze było bardzo rześkie. Od razu się rozbudziłam! Weszłam do stajni i szłam w kierunku boksu jumpera Doś energicznie. Gdy podeszłam do boksu, zobaczyłam jak koń leniwie podchodzi do drzwi, aby zobaczyć, kto nadchodzi…
Gdy mnie ujrzał i do mnie podszedł, dałam mu kostkę cukru. Pogłaskałam go po głowie i poszłam do siodlarni, po jego rzeczy. Sama się przebrałam przy okazji. Wzięłam siodło, uzdę, czaprak oraz owijaki i zaczęłam powoli szykować ogiera. Dość szybko założyłam uzdę i cały ekwipunek. Wyprowadziłam konia ze stajni i ruszyłam na otwarty parkur.
Wsiadłam na konia i zaczęłam od lekkiej rozgrzewki. Spokojny kłus, robienie ósemek, stęp, potem znowu kłus, aż w końcu lekki galop. Nie rozpędzałam go do cwału, gdyż nie widziałam takiej potrzeby…
Gdy byłam już pewna, że koń się rozgrzał, nakierowałam go na pierwszą przeszkodę mini LL – 90 cm wysokości. Jumper bez przeszkody ją przeskoczył. Potem nieco wyższą i tak przemieniałam co chwilę aż w końcu uznałam, że czas na nieco wyższą przeszkodę.
Nakierowałam Jumpera na przeszkodę L1. Była wyższa bo miała 105 cm wysokości. Przeskoczył ja również świetnie! Jak było widać, był w formie. Przez chwilę poczułam jak lekko wierzgnął, lecz zaraz się uspokoił i wykonywał moje dalsze polecenia.
Kolejną przeszkodę, jaką mieliśmy, była przeszkoda P, czyli miała wysokość 115 cm. Również przeskoczył ją bez problemu.
Uznałam że czas lekko przyspieszyć, wiec nieco mocniej szturchnęłam go łydką dając znak, by przyspieszył. Zrobił to co kazałam.
Ostatnia przeszkodą była stacjonata, która miała wysokość 125 cm. Usiadłam mocniej w siodle, przyspieszyłam i po chwili przeleciałam wraz z koniem przez przeszkodę. Co prawda usłyszałam lekkie puknięcie w łupek, lecz koń sobie poradził i nie strącił poprzeczki.
Gdy już było po wszystkim, uspokoiłam konia i poklepałam go po szyi, na znak, że świetnie się spisał. Wróciłam do stajni, wyczyściłam, go, nakarmiłam i poszłam na dalsze zajęcia do akademika. Dzisiejszy trening mogłam uważać za udany.

niedziela, 4 września 2016

Od Vanessy - opieka nad Fun'em

Nastał kolejny ciepły i słoneczny dzień. Wstałam dzisiaj później, ponieważ poranny wyjazd w teren był koło dziesiątej. Ubrałam się i poszłam prosto na stołówkę. Zjadłam śniadanie i wróciłam do pokoju po Sandy. Miałam plan, żeby Fun polubił psy. Przypięłam smycz do obroży szczeniaka i wyszłyśmy. Skierowałam się do stajni, odwiedzić mojego podopiecznego. Poszłam po jego kantar, ale najpierw przypięłam Sandy, aby nie spłoszyć Fun'a. Wzięłam szczotkę do ręki i zaczęłam czyści ogierka. Skończyłam dopiero wtedy gdy jego sierść połyskiwała w promieniach słońca. Nagle źrebak postawił uszy i zaczął nasłuchiwać. Rozejrzałam się i zobaczyłam idącą w moją stronę Lunę.
- Hej - przywitałam się
- Cześć - uśmiechnęła się
Odłożyłam szczotki.
- I jak ci z nim idzie? - zapytała po chwili
- Całkiem nieźle - przyznałam
- Jedzieś z nami w teren? - ciągnęła rozmowę
- Z nami? - odpowiedziałam pytaniem
- No ze mną, Grace, Lily i resztą, po obiedzie  - powiedziała
- Spoko - uśmiechnęłam się
Luna pożegnała się i poszła. Wyprowadziłam Fun'a na zewnątrz tam była już Sandy. Ogierek niepewnie podszedł do szczeniaka. Zbliżył łeb,  a suczka podeszła, patrzyli się chwilę na siebie. Wypuściłam Fun'a na padok i odpiełam smycz Sandy. Po chwili oboje świetnie się bawili.

Od Lotte - Opieka nad Vip'em

Spakowałam do torby smaczki dla koni, marchewki, jabłka, cukier w kostkach i suchy chleb. Wyszłam z akademika i udałam się do stajni. Zaczęłam szukać boksu z tabliczką "VIP". Kiedy go znalazłam zajrzałam do środka i otworzyłam drzwi. Moim oczom ukazał się gniady kucyk z gwiazdką. Gdy znalazłam się w boksie koń zarżał.
-Cześć Vip-powiedziałam dając mu marchewkę.
Wałach delikatnie pochwycił ją w zęby. Wyszłam z boksu i udałam się do siodlarni. Wzięłam stamtąd kantar i uwiąz Vip'a. Ponownie poszłam do kuca. Założyłam mu kantar i podpięłam uwiąz. Wyprowadziłam konia na lonżownik.
Odpięłam uwiąz i zaczęłam pracować bez lonży. Pod płotem leżał jakiś bat więc zaczęłam go używać. Najpierw trochę stępa w jedną i w drugą stronę. Następnie popędziłam Vip'a do kłusa. Po 10 minutach tego chodu, zmieniłam kierunek. Następnie po pięć minut galopu na każdą stronę i na nowo trochę stępa. Potem ponownie trochę galopu. Gdy Vip się zmęczył zwolniłam go do kłusa. Po dziesięciu minutach zwolniłam go do stępa i kazałam mu chodzić w tym tempie po 7 minut na każdą stronę. Zatrzymałam go i podeszłam do niego powoli. Dałam mu cukier, a gdy go jadł przypięłam mu uwiąz. Poklepałam go po łopatce i zaprowadziłam a pastwisko. Później wróciłam do budynku akademii.

Od Noah'a - opieka nad Melissą

Kolejny dzień opieki nad Melissą – nie powiem, cieszyłem się z faktu, że mam właśnie ją pod opieką. Jednak bywały dni, w których i ja niezbyt dobrze się miałem, a i ona wstawała wtedy lewymi kopytami. Rozumiem solidarność i te sprawy, ale niekiedy bywało to… uciążliwe.
Niedzielny, rześki poranek. Czego chcieć więcej, kiedy ma się pod ręką konie? No właśnie, właściwie niczego.
Z taką też myślą wkroczyłem do stajni, w której znajduje się moja podopieczna – zajęła się gryzieniem jednego z wiader. Teraz tylko zostało mi do zobaczenia czy jest to wiadro z wodą, czy z owsem. Zajrzałem więc przez kraty, otwierając boks. Wyjąłem puste „naczynie”, jak się okazało, po wodzie. Wyszedłem z jej boksu tak szybko, jak do niego wszedłem, nalewając wodę z węża. Oczywiście nie byłbym sobą, gdybym się przy tym nie pochlapał w takim stopniu, że wyglądałbym jakbym wyszedł dopiero co z jeziora. Może się Melissa za to nie obrazi? W końcu to kobieta, a one są chole*nie kapryśne. Nawet bardziej, niż ja! Sądziłem, że to niemożliwe, ale moje tutejsze znajome uświadomiły mnie że mam rację, tak twierdząc. (Pozdrowienia dla Esther i Vivian >:3)
Ponownie wparowałem do boksu, zawieszając pełne wiadro na boksie klaczy, naturalnie od wewnętrznej strony. Kobył dziś stał dosyć grzecznie – zostałem tylko raz pociągnięty za koszulkę, co nawiasem mówiąc, było całkiem urocze. Co prawda nie to miała mi do przekazania przez takie gesty, ale to już pominę. Założyłem jej pierwszy lepszy kantar z wcześniej podpiętym uwiązem. Protestowała lekko przy wychodzeniu przez drzwi, ale w końcu dała się namówić na dojście do płotu. Kiedy obwąchiwała to zabójcze ogrodzenie, ja uwiązałem ją w bezpieczny sposób, kilkakrotnie to sprawdzając.
Zostawiłem ją na chwilę samą, aby po raz kolejny przekroczyć próg stajni. Kilka dni wcześniej zakupiłem wszystkie potrzebne rzeczy do dzisiejszego mini-zabiegu, który zamierzałem przeprowadzić. Zabrałem wszystkie przedmioty ze sobą, powracając do Melissy, która wesoło podżerała kępki trawy.
- Jak będziesz tyle podjadać, to będziesz taką beczką jak ja - zaśmiałem się pod nosem, chwytając wilgotną gąbkę, po czym potraktowałem nią grzywę.
Po namoczeniu grzywy odnalazłem odżywkę, która miała siedzieć na grzywie i ogonie dobre dziesięć minut. Bywały dłuższe okresy czasu do przesiedzenia, ale żaden nie dłużył się tak, jak tamte kilka minut. Nastawiłem aż alarm, żeby mi się przypadkiem nie usnęło, co było wielce prawdopodobne. Ostatnimi czasu mało co bywałem na noc w Akademii, a jeśli już to na zaledwie 3-4 godziny, podczas których umówmy się - nie da się odpowiednio wypocząć. W końcu nastał wyczekiwany moment - mogę spłukać z niej te chole*stwo i pobawić się w fryzjera. To też uczyniłem. Grzywę podciąłem jej minimalnie, tak tylko, żeby ją wyrównać. Wcześniej każde pasmo zwisało tak, jak chciało, pozostawiając sporo do życzenia.
Z ogonem był większy problem. Ze względu na rasę, najlepiej wygląda jak ma długi ogon - teraz jednak "kikutek" zwisał zaledwie do kości piszczelowej, ale przynajmniej włosie zdrowo wyglądało, ładnie falując. Wcześniej końcówki ogona były wręcz żółte, bo omówmy się, za pewne kilka miesięcy stała na pastwisku, gdyż nikt nie chciał do niej podejść, że względu na charakterek...
O dziwo nie dużo się kręciła, jedynie próbowała podgryzać przy podcinaniu okolic potylicy, ale z tego co pamiętam, praktycznie każdy koń jest czuły w tym miejscu. Taki słaby punkt. Oszczędzając jej wrażeń, zaprowadziłem ją na pojedynczy padok, żeby mogła się jeszcze chwilę wybiegać we własnym zakresie, zanim zaczniemy poważniejszą pracę w siodle. Przyznam szczerze że byłem zadowolony z moich zdolności fryzjerskich, które bez dwóch zdań dzisiaj dały mi się wykazać.

środa, 31 sierpnia 2016

Od Vanessy - opieka nad Fun'em

Długo zastanawiałam się nad tą decyzją. Około tygodnia temu akademia zakupiła konie do opieki. Każdy mógł wziąć pod opiekę wybranego konia. Oczywiście skorzystałam z tej możliwości i poinformowałam panią Rose o chęci opiekowania się koniem. Moja propozycja została zaakceptowana. Nie czekałam więc dłużej i ruszyłam do stajni. Przechodziłam właśnie obok boksu pewnego źrebaka. Był to ogier rasy hanowerskiej. To właśnie jego postanowiłam wziąć pod opiekę. Otworzyłam drzwiczki od boksu i wyciągnęłam z kieszeni marchewkę. Podałam mu warzywo, a on ze smakiem je zjadł. Założyłam mu jego mały i stary kantarek. Wyprowadziłam go i poszłam po szczotki, chciałam oswoić go z czyszczeniem. Najpierw dałam mu do obwąchania zgrzebło. Powoli przesunęłam szczotką po jego szyi. Fun zerknął tylko na mnie. Wyczyściłam go i zabrałam się za czesanie. Ogierek parsknął radośnie. Gdy skończyłam przytuliłam go i pogłaskałam po szyi. Znikłam na chwilę, by wrócić z uwiązem. Przypięłam sznurek do kółeczka od kantara i wyszłam przed stajnie. Postanowiłam wybrać się na mały spacerek. Poszłam na łąkę tam spotkałam parę osób. Śmiali się, że Fun to mój nowy piesek,  w sumie była to po części racja. Fun postanowił skubnąć sobie kępke trawy. Po spacerze zaprowadziłam go na padok, a sama zabrałam się za sprzątanie jego boksu, wolałam zrobić to sama. Nalałam mu także wodę i przygotowałam coś do jedzenia.

Od Brit - opieka nad Nord

Tydzień temu przyjechały nowe konie do opieki, jednym z nich był Halfinger o imieniu Nord, gdy go zobaczyłam postanowiłam, że to właśnie ja będę się nim opiekować. Podeszłam do boksu wierzchowca i pogłaskałam go po kości nosowej, gdy to zrobiłam pojawiła się w pobliżu pani dyrektor i podeszła do mnie.
- Chciałabyś się nim opiekować? - zapytała.
- Oczywiście - odpowiedziałam i przytuliłam sie do wałacha.
- To choć za mną do biura by podpisać kilka dokumentów.
Gdy już podpisałam wszystkie ,,papierki" i powiedziałam dziękuję, wyszłam i prawie, że biegłam do boksu prawie mojego konika. Podeszłam do drzwi, przed którymi ktoś połorzył jego siodło, ogłowie i skrzymkę ze szczotkami, wyjęłam je i otworzyłam drzwi od boksu. Zaczęłam czyścić, Nord odziwo nie zaczął kopać, ani podszczypywać. Gdy już go wyczyściłam to podeszła do mnie moja mama i zapytała:
- To ty się nim opiekujesz?
Ja bez namysłu odpowiedziałam:
- Tak, on jest taki grzeczny i prawie mój - mówiąc to uśmiechnęłam się.
Ruszyłam w stronę domu właścicieli by się przebrać na jazdę, wyjęłam z szafy czarne bryczesy i białą koszulkę. Gdy już się ubrałam, ponownie poszłam do stajni i zaczęłam siodłać wierzchowca.
Ruszyłam na halę, ponieważ było strasznie gorąco. Na hali spotkałam Lunę skaczącą przez przeszkody, też postanowiłam poskakać, więc zapytałam:
- Mogę potrenować z tobą?
- Oczywiście, że możesz zaczynaj - odpowiedziała Luna
Ruszyłam stępem, zrobiłam kilka kułek tym chodem i postanowiłam przejść do kłusa, robiłam mnóstwo przejść, zatrzymań, zmian kierunku i wolt, by zobaczyć jak koń reaguje na pomoce, wszystko było dobrze więc postanowiłam najechać na małą stacjonatę, przeskoczył idealnie ze sporym zapasem, poklepałam go i na wolcie zagalopowałam i galopowałam sobie po wolcie, gdy stwierdziłam, że wystarczy, rozkłusowałam go i rostępowałam. Po skończonym treningu odprowadziłam go do boksu i zaczęłam czyścić

poniedziałek, 29 sierpnia 2016

Od Nikol - opieka nad koniem Lipton

Wzięłam szczotki i weszłam do boksu Lipton. Klacz skubnęła mnie delikatnie. Skarciłam ją i wyprowadziłam z boksu. Przywiązałam klaczkę i zaczęłam ją szczotkować. Lily podeszła do mnie i przywiązała swojego konia. Zaczęła powoli szczotkować zad klaczy.
-Mogę ci później pomóc. Jeśli oczywiście chcesz.-powiedziała.-Moon, spokój.Wiesz przecież jak się zachować!
Klacz Lily była niecierpliwa. Lipton stała pierwszy raz spokojnie ale gdy zaczęłam czesać ogon wyrwała kółko i pobiegła na padok.wybiegłam za nią i zamknęłam na padoku. Lily czyściła Moon podczas gdy ja patrzyłam jak Lipton tarza się na padoku. Pomyślałam o chłodnej lemoniadzie.
-Masz ochotę na lemoniadę?-spytałam.-Bo ja tak. Mogę przynieść.
-Zgoda ale później pojedziemy na tor do crossu i pościgamy się.
Przytaknęłam i poszłam do kuchni. Tam Brit i Luna śmiały się do rozpuku.
Wzięłam lemoniadę i poszłam do Naszego pokoju. Na mnie wyskoczyła Kate i Kama. Wyszłam z nimi i Zabrałam ze stołu lemoniadę.
-Dokąd tak się śpieszysz?-spytała Brit.-Bo chcemy pogadać.
-A o czym. Muszę wyszczotkować Lipton. Bo zrobi z siebie błotne coś
Dziewczyna puściła mnie, a ja zagwizdałam na psiaki. Te rzuciły się na Lily płosząc jej klacz. ta puściła się galopem , a my krzyknęłyśmy za nią Moon.
Klacz zawróciła a ja wyszczotkowałam Madi. Wpuściłyśmy konie do boksów i zaczęłyśmy wspólnie czyścić Asa. Później wypuściłyśmy konie na padok i razem usiadłyśmy na płocie pijąc lemoniadę.

czwartek, 25 sierpnia 2016

Od Nathaniel'a - Opieka nad Akate

Wstałem wcześnie i ubrałem się na szybko. Byłem już nieco spóźniony na jazdę. Ruszyłem biegiem do stajni. Na szczęście ktoś już ubrał mojego konia. Riwer był gotowy i mogłem zabrać go na plac. Dziś bardzo dobrze pracował. Ćwiczyliśmy wygięcia, ogółem dużo jazdy po kole. Po skończonych zajęciach wróciłem do siebie. Odpocząłem chwilę i ponownie odwiedziłem stajnie. W stajni, gdy tylko wszedłem zaciekawione konie wystawiły łby znad boksu. Ruszyłem przed siebie, zatrzymałem się dopiero przy Akate.
- Witaj - powiedziałem do niej głaszcząc po łbie.
Z kieszeni wyciągnąłem miętówkę i jej podałem.
- Chyba trzeba cię trochę wyczyścić - powiedziałem ruszając do siodlarni.
Stamtąd zabrałem woreczek ze szczotkami i kopystką. Po chwili wróciłem do klaczy.
- Musisz być czysta - powiedziałem poklepując ją po szyi.
Wszedłem do boksu. Poszedłem do Akate, chciałem ją dziś tylko wylonżować. Była czysta, więc tylko sprawdziłem jej kopyta. Szczotki w ogóle się nie przydały. Kopystką pozbyłem się małych kamieni i błota. Zabrałem ją na plac. Szła bardzo chętnie. Kłusowała, a potem popędziłem ją do galopu. Po kilku minutach poleciłem, aby szła stępem. Gdy już ochłonęła zabrałem ją na padok. Tam spotkałem instruktorkę.
- Jak Akate? - zapytała.
- Idzie jej coraz lepiej - pochwaliłem klacz - Zaczęła się wyciszać i nawet zaczęła się zbierać podczas pracy w siodle.
- Oby tak dalej - uśmiechnęła się i poklepała klacz po szyi - Jest bardzo zdolna.
- Też tak uważam - powiedziałem.
Otworzyłem bramkę i wpuściłem klacz na pastwisko, pełne trawy. Gdy tylko ją puściłem pognała galopem w stronę swoich końskich towarzyszy.

Od Suzi - opieka nad Figaro

Wstałam dość późno. Zaspana, poszłam do łazienki aby się umyć i ubrać. Założyłam moje ulubione stare sprane jeansy i koszulę w kratę. Uczesałam się w dość ładnego koka. Założyłam Harremu szelki i ubrałam moje nowe czarne glany i kurtkę. Z szafki wzięłam smycz i wyszłam na spacer z psem.
Po drodze weszłam do stajni. Harry lubił konie, i nie szczekał na nie. Poszłam prosto do paszarni po świeże kawałki marchwi. Potem poszłam do boksu Figara i dałam mu kawałek marchewki. Założyłam kantar i zapięłam na lonżę. Poszłam na lonżownik aby go lonżować. Harry usiadł za płotem a ja wprowadziłam Figara. Oddałam mu lonże i zaczęłam. Na początek stęp. Był grzeczny, więc baz problemu przeszedł do kłusa. Potem do wolnego galopu. Gdy skończyłam zdjęłam mu kantar i odpięłam lonżę. Lubiłam natural. Więc dosiadłam go. Na początku zaczęłam stępem aby nauczyć go o co w tym chodzi. Po chwili kapnęłam się że on mnie rozumie i wie o co chodzi. Przeszłam więc do kłusa. Również mnie rozumiał. Potem zeszłam i zostawiłam go na lonżowniku. Zaprowadziłam Harrego do pokoju. A ja przebrałam jeansy na bryczesy i wróciłam do Figaro. Zapięłam
go i poszłam na plac. Znów go odpięłam i zdjęłam mu kantar. Dosiadłam go i ruszyłam stępem. Po chwili przeszłam do kłusa a potem do galopu. Galopowałam z 5 minut i zatrzymałam go. Zauważyłam wtedy Panią Sue. Zeszłam z konia i podeszłam do niej.
- Czy pani była tu cały czas? - zapytałam
- Tak, i jestem zachwycona jak poradziłaś sobie z koniem który w życiu nie był nawet przyuczony do naturalu.
- dziękuję, ale on rozumiał wszystkie sygnały.
- To jest właśnie sztuka aby je czytelnie przekazać wtedy każdy koń cię zrozumie. - powiedziała i odeszła
Po chwili poczułam oddech na lewym ramieniu. Odwróciłam się i zobaczyłam Figara który stał za mną. Pogłaskałam go i wtuliłam się w jego jasną grzywę. Wyszłam z placu. Figaro szedł za mną. Dosiadłam go i pojechałam na nim w teren.

Od Noah'a - opieka nad Melissą

Od dwóch dni chodziłem po Akademii ze świadomością, że został przywieziony koń, którego będę miał pod opieką.
Stwierdzicie pewnie teraz, że to dużo czasu - jednak nie znajdowałem w między czasie ani krótkiej chwili, aby zejść na dół i wrzucić swoje rzeczy do pralki, więc pomimo że zżerała mnie ciekawość, odkładałem poznanie kopytnego na późniejszy moment.
Tak naprawdę, nie wiele zdążyłem się dowiedzieć o kopytnym stworzeniu, które będzie pod moją opieką.
Wiedziałem tylko tyle, że jest to klacz o imieniu Melissa.
Dodatkowo zostałem poinformowany, że kobył niezbyt toleruje ludzi, jakichkolwiek, prawdę mówiąc.
Wszedłem do stajni, w której się znajduje z myślą, że czekają nas żmudne tygodnie pracy, wzloty i upadki i tego typu pierdoły.
Podniosłem jednak głowę do góry i tryskając optymizmem przeszedłem przez stajnię, poszukując wzrokiem tabliczki na boksie, która wskazywałaby na to, że zaszedłem w odpowiednie miejsce.
Melissa stała w rogu swojego lokum, nie przywiązując większej wagi do faktu, że stoję zaledwie kilka metrów od niej, żywiołowo ją przy tym nawołując.
Pomyślałem, że zachęcę ją do podejścia smaczkiem - klacz jednak stanowczo odparła moją próbuję nawiązania kontaktu i wciąż stała niewzruszona.
Czyli na marne stałem bite kilka godzin z Esther w kuchni, próbując jej dogodzić.
Nie poddałem się jednak i po prostu wtargnąłem w jej przestrzeń osobistą, co okazało się błędem.
Po tym incydencie, na własnej skórze sprawdziłem ostrość krawędzi jej zębów i poznałem zaledwie początki wkurzenia w wykonaniu klaczy.
Początek naszej znajomości zapowiadał się ciekawie, nie powiem.
Kolejne podejście wyglądało nieco inaczej.
Wszedłem do jej boksu z nastawieniem na to, aby ustawić ją delikatnie do pionu, co by kopytna wiedziała, że nie może na każdego kłapać zębami.
Od razu założyłem jej kantar, aby bez większych problemów móc ją przesunąć.
Na szczęście z tym nie było większych problemów.
Delikatnie pocieszony tym faktem, od razu wziąłem się za wyczyszczenie jej posklejanej sierści.
Prawdopodobnie nie była czyszczona od momentu jej przyjazdu, czemu się w sumie nie dziwię.

Na początku wydawała się być zdziwiona, kiedy przejechałem jej grzbiet zgrzebłem.
W końcu udało mi się zobaczyć klacz w tej.. Lepszej odsłonie.
Może nie od strony charakteru, ale przynajmniej od zewnątrz.
Z wyczyszczoną, rozczesaną grzywą, kopytami pozbawionymi drobnych kamyków i jak wiadomo - odchodów oraz co najważniejsze i najbardziej zauważalne - sierścią pozbawioną zaklejek - wyglądała zupełnie nie jak koń, do którego wcześniej przyszedłem.
Prawdę mówiąc... Inaczej wyobrażałem sobie początek naszej współpracy - jednak postanowiłem się nie poddawać przy pierwszej lepszej przeszkodzie, więc wróciłem do pokoju, z nastawieniem jeszcze lepszym, niż miałem wcześniej.