piątek, 21 lipca 2017

Od Cheryl C.D Archiego

Wchodząc do pokoju nie czułam nic. Nic, po za pogardą. Bez słowa przemierzyłam całą jego długość, wbijając dumny wzrok w stojącą naprzeciwko szafę, do której zresztą zmierzałam. Czułam na sobie palące spojrzenie Archiego, jednak zignorowałam ten fakt, udolnie udając, że nie zwracam większej uwagi na jego obecność. Skupiając się na stukocie moich szpilek, słyszalnym, gdy poruszałam się po jasnych panelach, otworzyłam obszerną szafę. Wzrokiem odszukałam odpowiednią półkę, gdzie posegregowałam swoje ubrania w równą kostkę. Wzięłam ostatecznie pod pachę dużą, czarną i w dodatku męską bluzę, która wcześniej należała do Jasona, wciąż pachnącą jego perfumami, które najwidoczniej jeszcze nie zdążyły zmieszać się z powietrzem. Chwyciłam także czarne, dopasowane jeansy, z którymi wkrótce zniknęłam w łazience. Chciałam wszystko sobie poukładać w głowie, cokolwiek miałoby to oznaczać. Wypięłam z włosów wsuwki, rozczesałam je i powoli ubrałam dużo wygodniejsze ubranie, by w końcu zdecydować się na to, by spojrzeć w lustro. 
Nie potrafiłam udawać, że podobało mi się to, co w nim ujrzałam. Moje odbicie było blade, smutne a przy tym tak bardzo nie pasujące do tego, co ostatnio działo się w moim zagmatwanym życiu. Starłam jeszcze krwistoczerwoną szminkę, pachnącą na kilometr syropem klonowym. 
Wychodząc z pomieszczenia nie spodziewałam się, że ujrzę w pokoju właściciela akademii, którego nie miałam okazji poznać bliżej. 
Wtedy po raz pierwszy też spojrzałam na Archiego, który z nim rozmawiał. 
- Cheryl, dobrze, że jesteś - odezwał się mężczyzna, robiąc kilka kroków przed siebie. - Właśnie rozmawialiśmy na temat tego, co wydarzyło się na stołówce. 
- To nie ma większego znaczenia - odparłam cicho. - Doszło do krótkiej wymiany zdań. 
- Obawiam się, że było jednak nieco inaczej - uśmiechnął się półgębkiem, spoglądając a to na mnie, a to na siedzącego na łóżku chłopaka. - Nie może dojść do takiej sytuacji następnym. 
- Nie będzie następnego razu - wypaliłam szorstko i dobitnie, wchodząc w słowo drugiemu winowajcy, który już rozchylił swe usta, by dodać swoje kilka groszy do całej sytuacji. 
- Tak, raczej nie ma szans na to, by kiedykolwiek się to powtórzyło - zaśmiał się z niesmakiem na ustach, wyzywająco spoglądając w moim kierunku. - Zwłaszcza z Cheryl. 
- Spokojnie, już wychodzę. Będziesz mógł na mnie nadawać bez zbędnych ograniczeń, chociaż obawiam się, że nie potrzebowałeś do tego mojego specjalnego zaproszenia. Do widzenia, panie Rose. - dodałam, uśmiechając się smętnie do dyrektora. 
Zaraz po wyjściu z pokoju opuściłam także cały budynek, podążając prosto przed siebie, pomimo tego, że nie byłam pewna, którędy powinnam iść. Niebo było już ciemne, a na pewno ciemniejsze, niż w zwyczaju miało być w tych rejonach. Gdyby nie gwiazdy, które świeciły na nim, jak i księżyc, majaczący gdzieś za puszystymi, gęstymi chmurami, prawdopodobnie nie miałabym zielonego pojęcia co do tego, gdzie idę. Ledwo dostrzegalna ścieżka wkrótce zniknęła spod moich nóg, ustępując miejsca trawie prowadzącej prosto na rozległe pastwiska. Pasące się na nich konie nie zwróciły na mnie większej uwagi - zupełnie tak, jakbym była niezbędnym elementem całej układanki. Pomimo tego, że czułam się jak intruz. Zresztą, prawdopodobnie tak też byłam postrzegana - ludzie, wcześniej uśmiechający się do mnie, teraz mijali mnie z dziwnym, co najmniej nietypowym wyrazem twarzy. Zignorowałam to jednak. Szłam zwyczajnie przed siebie, orientując się, że pastwiska i gęstwiny pól zamieniły się wysoki las iglasty. Panował w nim klimat, którego tak bardzo potrzebowałam - poczucie izolacji i uodrębnienia od całej reszty świata. Beztrosko, doskonale wiedząc, że nikogo nie obchodzi mój los, chłonęłam zapach wilgotnej ściółki i letnich kwiatów. 
Wkrótce jednak zamarłam. Mgła unosząca się nad jeziorem, do którego przypadkiem dotarłam, przypomniała mi o Riverdale. O Jasonie. O naszym ostatnim spotkaniu. O widoku jego martwego, postrzelonego ciała. O tej całej szopce. O mojej matce. O ojcu, o prawdzie na jego temat. O tym wszystkim, co skłaniało mnie do tego, bym opuściła ten świat. Czułam się niepotrzebna. Odrzucona. Podejrzewałam, że z dnia na dzień coraz bardziej zagłębiałam się w tym bagnie, które obejmowało mnie całą. Komu zaszkodziłoby to, gdybym wreszcie zniknęła? Komu? Matce, która miała mnie w swoich szlachetnych czterech literach, czy może Jason'owi, którego już ze mną od jakiegoś czasu nie było? 
Nie wiedziałam, co zrobić. Usiadłam na drewnianym pomoście, nie widząc niczego, co mnie otaczało. Wsłuchiwałam się w ciche ruchy poruszonej wody, jak i w końcu we własne łzy, które spływały po moich policzkach.


Archie?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Pisząc komentarz, pamiętaj o zasadach ortografii i interpunkcji! Prosimy, nie spamuj również w komentarzach. jeśli chcesz promować swoją stronę, możesz z większym powodzeniem zrobić to na chacie.