wtorek, 25 lipca 2017

Od Cheryl C.D Archiego

- Nikt Ci nie karze iść ze mną - prychnęłam, szybkim ruchem zamykając drzwi od naszego pokoju, który znajdował się niemalże na samym końcu długiego, a przy tym niesamowicie ciemnego korytarza. - Dla właścicieli liczy się tylko to, żeby wszystko było zrobione. Mogę to zrobić sama, bez żadnego problemu - lekko wyprowadzona już z równowagi, zrobiłam krok w stronę rudowłosego tylko i wyłącznie po to, by z delikatnym rozdrażnieniem wcisnąć mu klucze do ręki. Ten jednak, gdy tylko chciałam się obrócić i pójść w swoją stronę, złapał mnie stanowczo za nadgarstek i pociągnął w swoim kierunku. Westchnęłam, mimowolnie wtulając się w jego tors, co było zdecydowanie jedną z najlepszych rzeczy, która spotkała mnie w przeciągu całych ubiegłych dni. Niemalże czując upływający czas, leniwie uwolniłam się z jego objęć, napotykając na swej drodze jego zmęczony wzrok. Mimo wszystko, cokolwiek bym próbowała przedstawić swoim zachowaniem, naprawdę było mi szkoda zarówno niego, jak i czasu, który przez nieuniknioną robotę zaczynał przeciekać nam przez palce. Pocieszałam się myślą, że jeden tydzień wcale nie był tak długim okresem, by nie widzieć przez niego perspektyw na przyszłość.
- Jeśli mamy współpracować, to czy tego chcesz, czy też nie, musisz być nieco bardziej opanowana - mruknął mi na ucho, gdy chwilę wcześniej zganiłam go za to, że zachowywał się niesamowicie głośno przy pokojach, które pełne były śpiących ludzi. Słysząc jego uwagę, zgromiłam go wzrokiem, zupełnie nie mogąc uwierzyć w to, że naprawdę to powiedział. Ale on, mój najcudowniejszy rudzielec, uśmiechał się dziarsko pod nosem, prowadząc nas w stronę głównych drzwi.
- Jeśli mamy współpracować, to czy tego chcesz, czy też nie, musisz przestać być tak cholernie marudny - naśladując jego głos, szybko sprawiłam, że tym razem to chłopak zmarszczył swoje brwi.
- Od kiedy to funkcjonujemy na Twoich warunkach? - mruknął, gdy tylko przetrawił zdobyte informacje. Z triumfalnym uśmiechem wyprostowałam się, odgarniając kosmyki swych włosów do tyłu, by przestały ograniczać mi widoczność.
- Jestem od dzisiaj Twoją szefową, skarbie - zatrzymałam go, nie przejmując się wzrokiem osób, które mijały nas w drzwiach, stając na palcach, by złączyć nasze usta w długim, niesamowicie przyjemnym pocałunku. Widocznie Archiemu podobał się taki obrót sprawy, bo szybko zaczął pogłębiać namiętne pocałunki, widocznie także nie dbając o to, że byliśmy na oczach całej obudzonej akademii. W końcu jednak oderwaliśmy się od siebie, by jak gdyby nigdy nic ruszyć do stajni, w której czekali już na nas właściciele. Opierając się o ścianę w siodlarni, gdzie ich zastaliśmy, wyczekiwałam momentu, w którym wreszcie to wszystko się skończy. Wystukiwałam nawet sobie nieznany rytm w drewnie pokrywającym całe pomieszczenie, podczas gdy małżeństwo próbowało nam po raz kolejny wyjaśnić wszystko, co miało być w najbliższym czasie dla nas oczywistym i wręcz niezaprzeczalnym priorytetem. Okazało się, że ostatecznie zostanie z nami jeszcze jeden stajenny, który, gdyby tylko istniała taka potrzeba, "będzie do naszej dyspozycji". Wkrótce skończyli swój delikatnie nudny wykład, po którym niemalże równocześnie westchnęliśmy, nie wiedząc właściwie, co ze sobą zrobić. Oczywiste było jedynie to, że karmienie powinno odbyć się w pierwszej kolejności.
- Tym razem to mi się niczego nie chce, naprawdę - jęknęłam, siadając na najbliższym siedzeniu, podczas gdy chłopak z chęcią załatwienia wszystkiego jak najszybciej odnalazł taczki, które były nam do tego niezaprzeczalnie niezbędne. Chwilę po tym stanął obok mnie, w wyraźny sposób dając mi do zrozumienia, że jego cierpliwość się kończy, jednak gdy tylko zauważyłam, że w jego tęczówkach igrają iskry delikatnego rozbawienia, szybko przestałam się martwić o jego jakiekolwiek reakcje, niemalże przysypiając na niekoniecznie wygodnym krześle. Po minucie, może dwóch, poczułam na swojej talii jego dłonie, które sprawnie chwyciły mnie ku górze, aby już po chwili sprawić, że niemalże nieprzytomna upadłam na sporą warstwę siana, którą przysypane były stare, zasłużone taczki. Ratujący mi życie pojazd co prawda lekko zatrzeszczał, dając mi do zrozumienia, że delikatnie przeceniamy jego umiejętności, jednak ostatecznie sprawdził się w swej roli wyśmienicie, dając radę z uniesieniem całego ciężaru przez cały nieziemsko dłużący się czas.
Podczas gdy konie, wreszcie zadowolone z otrzymanego jedzenia, pożerały resztki swoich pasz, my z ogromną niechęcią szorowaliśmy całą siodlarnię, która, ku naszemu zadowoleniu, szybko zaczęła się błyszczeć. Mimo przyjemnych przerw w pracy, które polegały na wymienianiu się czułymi pocałunkami, udało nam się wszystko skończyć w ekspresowym tempie, które pozwalało nam na to, by zająć się kolejnym obowiązkiem. Archie, upierając się, że prędzej to on, jako niezwykle męski (i skromny!) mężczyzna się z tym upora, zajął się lonżowaniem nadpobudliwego folbluta, który zdawał się stać już w swoim boksie od kilku długich dni. Mi przypadła zdecydowanie lżejsza praca, a przy tym tak samo czasochłonna - większość koni należało wyprowadzić na pastwiska, co choć wydawało się łatwe, ostatecznie niekoniecznie takie było. O ile pierwszy koń, albo raczej kucyk, który został przeze mnie odprowadzony, a był nim Pretzel, rzeczywiście okazał się być przyjemny i bezproblemowy, tak z następnymi wierzchowcami nie było już tak łatwo. Wszystko do pewnego momentu kończyło się co najwyżej frustracją i poparzoną od uwiązu dłonią, aż do czasu, gdy w stajni pozostała jedynie Pompeja, która jak miałam nadzieję, miała zniwelować rozgoryczenie po wcześniej zaprowadzanych rumakach. Jak przystało na klacz służącą w mocno początkującej rekreacji - emanowała spokojem, który wręcz z upływem czasu zaczął mnie drażnić. Snuła się przed siebie powoli, stąpając kopytami po równej powierzchni, co chwilę tylko spoglądając w kierunku, w którym lonżowany był Faldo. Korzystając z okazji, zdarzało mi się obracać głowę razem z nią, by bez żadnego powodu, dla własnej przyjemności, móc popatrzeć na młodego mężczyznę, który wyglądał wyjątkowo w porannej, słonecznej scenerii.
Szybko jednak skończyła się sielanka, a klacz, w której pokładałam tak wielką wiarę, została wyprowadzona ze swojej stoickiej równowagi. Faldo nieznanym dla mnie sposobem znalazł się poza lonżownikiem, co nie było najlepszym wyjściem zważywszy na to, że pędził prosto przed siebie w kierunku pastwisk, na których znajdowały się klacze wraz ze potulnymi wałachami. Tracąc ostatecznie kontrolę nad Pompeją, która nagle zaczęła ciągnąc mnie w stronę galopującego anglika, upadłam na wyjątkowo duże, a przy tym ostre kamienie, podczas gdy kasztanka ruszyła przed siebie z dyndającym uwiązem. Nawet nie chciałam wypowiadać się na temat tego, jak bardzo bolały mnie poobijane żebra.

Archie?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Pisząc komentarz, pamiętaj o zasadach ortografii i interpunkcji! Prosimy, nie spamuj również w komentarzach. jeśli chcesz promować swoją stronę, możesz z większym powodzeniem zrobić to na chacie.