- Jesteś niemożliwy - wyszeptałam, oddalając się od niego na odległość zaledwie jednego kroku. Dalej jednak pozostaliśmy w nieprzerywalnym, długim kontakcie wzrokowym, dzięki któremu mogłam bez skrępowania spoglądać w jego orzechowe tęczówki. Nieznacznie mieniły się pod wpływem sztucznego światła, które oświetlały cały basen od wewnątrz. - Ale im się chyba to podoba - mruknęłam dużo ciszej pod nosem, delikatnie wskazując głową drzwi, za którymi jeszcze chwilę wcześniej stała cała grupa podekscytowanych nastolatek.
Chłopak szybko zauważył, o co mi chodzi. Jego szeroki uśmiech zbladł, a on sam powędrował wzrokiem w stronę bliżej nieokreślonego miejsca. W powietrzu zawisła niezręczna cisza, w trakcie której jedyne co zrobiłam, to przygryzłam swoją dolną, delikatnie siną od temperatury wody wargę, uciekając spojrzeniem w stronę własnych stóp.
- Jesteś... zazdrosna? - spytał w końcu po bardzo długiej chwili, nie mogąc nawet opanować swojego zdumienia, które niemalże od samego początku zapanowało nad jego głosem. Podniosłam wzrok, dyskretnie wzdychając.
- A mam o kogo? - prychnęłam, starając się ukryć swoje zażenowanie, uświadamiając sobie, że rzeczywiście jestem o niego zazdrosna. I to nawet bardzo. Odgarnęłam swoje mokre włosy do tyłu, wbijając wzrok w niebieskie, wcześniej zamknięte przez rudowłosego drzwi. - Nie, Archie, nie jestem. W końcu nic nas nie łączy, prawda? Nie jesteśmy razem, nie mamy wspólnych planów, a dla Ciebie i tak liczę się dopiero wtedy, gdy jestem do czegoś potrzebna. Czy to nie jest śmieszne?
- Przecież sama doskonale wiesz, że nie jesteś w stanie tego żałować - wzruszył ramionami. - Bo nie żałujesz i nie będziesz, Cheryl.
Kiedy miałam już odpowiedzieć, poczułam na swojej skórze gęsią skórkę, której niewątpliwym powodem był odgłos, który skutecznie odwrócił naszą uwagę. Gdy tylko przyjrzałam się okienku w drzwiach, ujrzałam za nim właściciela we własnej osobie, solidnie pukającego w strukturę jedynego wejścia. Ponownie westchnęłam, podświadomie czując, że jego obecność nie wróży niczego dobrego. Archie, nie racząc mnie już ani jednym słowem, spojrzeniem, gestem czy czymkolwiek, ruszył w jego stronę, szybko przekręcając klucz. Powoli, nie widząc potrzeby w tym, by szybciej poruszać się po śliskiej podłodze, dołączyłam do dwóch mężczyzn, którzy już rozpoczęli dziwną, co najmniej nietypową wymianę spojrzeń.
- Widzimy się za piętnaście minut w biurze, moi drodzy - bardziej nas poinformował, aniżeli się spytał, bez zbędnych wyjaśnień sugerując, że powinniśmy znajdować się już w swoim pokoju, by zdążyć doprowadzić się do względnego ładu. Wreszcie się w nim znaleźliśmy, gdzie nie zajmując się już rozmową, bezgłośnie zajęliśmy się własnymi sprawami. Ja szybko zniknęłam za drzwiami łazienki, z której w równie ekspresowym tempie wyszłam. To był chyba najprędszy prysznic w moim życiu, spowodowany tylko i wyłącznie tym, że odczuwałam względną litość do swojego współlokatora. Nie chciałam robić mu kolejnych problemów, które tylko nawarstwiłyby się, gdyby spóźnił się na spotkanie z dyrektorem. Nie poczekałam jednak na niego w pokoju, a jedynie szybko dopięłam wcześniej ubraną sukienkę, powolnym krokiem ruszając pod drzwi odpowiedniego, a przy tym jedynego gabinetu. Przymknąwszy powieki, w ciszy oczekiwałam momentu, w którym to wszystko miało się zakończyć.
- O, Cheryl. Proszę, wejdź - zaświergotała niemalże właścicielka, gdy wychodząc z dzielonego z mężem pomieszczenia prawie na mnie wpadła, niosąc w rękach dwa pliki równo ułożonych kartek. Przepuszczając mnie na progu, wróciła się zaraz za mną do środka, gdzie czekał już zniecierpliwiony instruktor. - Właściwie, może obyć się w chwili obecnej bez Archibalda, bo dotyczy to głównie jednej osoby z waszego pokoju.
- Tak? - mruknęłam najżyczliwiej jak tylko było mnie na to stać, zaciekawiona sprawą, która mogła być na tyle dziwnie skonstruowana. Dopiero po chwili do mnie dotarło, o co może chodzić.
- Jedno z was bezzwłocznie musi zmienić pokoju - odezwał się ochrypłym głosem mężczyzna, co spowodowało, że chwilowo straciłam równowagę, którą dodatkowo odbierały mi wysokie, czarne szpilki. Umknęło to jednak uwadze małżeństwa, dzięki czemu bez zbędnych przeszkód mogłam oprzeć się o zimną ścianę, chcąc sobie to wszystko poukładać w niemalże przegrzewającej się głowie. Bądź co bądź, przyzwyczaiłam się do świadomości, że dzieliłam pokój z rudowłosym, a co gorsza, wcale nie chciałam tego zmieniać. Zwłaszcza zaraz po tym, gdy uświadomiłam sobie, że mogę czuć do niego... Coś więcej. Co prawda, nie zamierzałam zmieniać naszych relacji, czując, że nie jest to najlepszym wyjściem. Nie było innego wyjścia, jak walka do samego końca o to, abyśmy mogli dalej mieszkać w jednym pokoju. - Nie musimy chyba wykłócać się o to, że nie powinniście mieszkać razem po tym wszystkim, co działo się w przeciągu kilkunastu ubiegłych dni.
- Oczywiście jest nam bardzo wstyd za to wszystko, co stawiło nas w tak złym świetle - nie wierząc w to, że zabieram głos w imieniu nas, nie tylko samej siebie, ale także Archiego, w dodatku zostawiając prawdę gdzieś daleko w tyle, starałam się brzmieć jak najbardziej wiarygodnie. Głos delikatnie mi drżał. - Jednak nie wyobrażam sobie mojego pobytu tutaj, gdybym miała zamieszkać gdzieś indziej. Niezależnie od tego, czy pokój byłby tylko mój, czy dzieliłabym go z kimś jeszcze. Mogę za nas poświadczyć, panie Rose. Wiem, że zawiedliśmy państwa szanse już kilkukrotnie, ale wierzę też w to, że da się coś zrobić. Bo da się, prawda? - spoglądając w tęczówki stosunkowo młodego małżeństwa, wręcz błagałam ich o to, by wysłuchali mojej prośby. Zarówno oni jak i ja sama byli zdumieni tym, że byłam w stanie prosić się o coś niemalże na kolanach. Moja desperacja sięgała już wtedy absolutnego apogeum.
- No dobrze - wcięła się mężowi w zdanie kobieta, nie zwracając najmniejszej uwagi na to, że ten miał już zaprzeczyć. Ten dzień był absolutnie szalony, także pod względem tego, że wszyscy nagle jakby oszaleli, przybierając zupełnie nie pasujące do siebie charaktery. Słysząc jednak te słowa, odetchnęłam z ulgą, martwiąc się jednak z tyłu głowy o to, że Archie wciąż nie pojawił się w gabinecie. - Musicie jednak zacząć uczęszczać na zajęcia. W końcu jesteście tutaj by rozwijać swoje jeździectwo, a nie zgłębiać swoją wiedzę odnośnie dogłębnej anatomii człowieka. Pomoc w stajni także się przyda.
- Niewątpliwie - dodał właściciel, wygodnie opierając się o obrotowe krzesło. - stajenni tylko marzą o tym, by wyjechać chociaż na tygodniowy urlop. Chyba nie muszę tłumaczyć, co to oznacza. Tylko bez żadnego ale, bo to jedyna opcja, abyśmy przymknęli oko na wszystkie wasze wybryki. Wyprowadzanie codziennie koni, lonżowanie tych, które nie miały od co najmniej dnia jazd i wszystko to, co należy do obowiązków pracowników. W tym karmienie koni, szorowanie do błysku stajni wraz z boksami i ogólna pomoc wszystkim, którzy tylko o nią poproszą. Chyba jasne, prawda? Nie zapominając o tym, że musicie stawiać się na jazdach, wracać do ośrodka przed północą i przynajmniej raz na dwa dni uczestniczyć w zajęciach teoretycznych. Dobra, przyznam szczerze - przez najbliższy tydzień nie będziecie mieli życia.
- Nie wiem co mam powiedzieć.. - wymamrotałam, rzeczywiście mówiąc to zgodnie z prawdą. Czekała nas ostra robota, która nie była najprzyjemniejszą czynnością pod słońcem, ale przynajmniej gwarantowała nam spokój do momentu, w którym nasza inwazyjność ponownie nie zaczęła podlegać wątpliwości właścicieli. - Bardzo, bardzo dziękuję - uśmiechnięta, wmuszając na siebie maskę porządnej, poukładanej, młodej kobiety, spojrzałam ostatni raz na właścicieli, którzy także zdawali się odetchnąć z niemałą ulgą.
- Widzimy się jutro rano w stajni! - wykrzyknęła jeszcze za mną dyrektorka, gdy ostatecznie opuściłam ziejący chłodem gabinet. Stojąc na korytarzu, by unormować nienaturalnie dziwny oddech, w końcu wpadłam na Archiego, który zabiegany pojawił się wreszcie pod odpowiednimi drzwiami.
- O co chodzi? Spieszyłem się, ale klamka od naszej łazienki stanowczo odmawiała posłuszeństwa. Nie mogłem wyjść z niej przez kilka dobrych minut.
- Od jutra przez tydzień zastępujemy stajennych w ich pracy - odparłam po cichu, w głębi serca czując, że powinnam wyjawić mu powód nagłego nawału roboty. Wiedziałam, że tak będzie najlepiej, chociaż byłam niemalże pewna, że Archie wścieknie się, bo dla niego zmiana pokoju była nieistotnym wydarzeniem w ciągu całego pobytu. Traktował mnie jak nic nieznaczącą koleżankę, jeśli nie przelotną znajomą, a w dodatku podejrzewałam, że nie obchodził go mój los w żadnym stopniu. Odetchnęłam więc głęboko zanim przeszłam do sedna, podczas gdy przystojny rudowłosy marszczył swoje brwi. - Gdyby nie to, dalej mielibyśmy problemy. A tak, będziemy mieli zupełnie czyste konto. Chcieli nas rozdzielić do dwóch osobnych pokoi, podejrzewam że zaraz po tym, gdy dowiedzieli się o Twoim... drobnym incydencie z Riverdale.
Młody mężczyzna już miał się odezwać,kiedy ponownie zabrałam głos.
- Przepraszam Cię, Archie, a wiesz, że nie zdarza mi się to często. Przepraszam Cię za dzisiaj, za wczoraj, za wszystko, naprawdę wszystko, przysięgam na absolutnie całą resztę swojego życia. Czuję się z tym wszystkim źle, w porządku? Wiele rzeczy nie powinno się nigdy wydarzyć, ale ja ich nie żałuję, nie żałuję ich w żadnym stopniu - wyszeptałam, mocno, niemalże do krwi przygryzając swoją wargę, by nie puścić łez, które zaczęły zbierać się pod moimi powiekami.
Archie?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Pisząc komentarz, pamiętaj o zasadach ortografii i interpunkcji! Prosimy, nie spamuj również w komentarzach. jeśli chcesz promować swoją stronę, możesz z większym powodzeniem zrobić to na chacie.