sobota, 20 sierpnia 2016

Od Vivian do Noaha

Tego dnia obudziłam się dość wcześnie. Zerknąwszy wcześniej na zegarek, który pokazywał mi godzinę czwartą, zeszłam powoli z łóżka po drabinie. Stąpając po niej bosymi stopami, czułam, jak cierpią. Z rana nie byłam jeszcze wystarczająco rozbudzona, podobnie, jak każda część moje ciała, co powodowało właśnie taki skutek- każdy twardy element przyprawiał mnie o ból. Stanąwszy na podłodze, rozejrzałam się po pokoju. Wszyscy jeszcze smacznie spali, tylko ja i moje delikatne zmysły, byliśmy na nogach. Musiało mnie obudzić coś niesłychanie cichutkiego… Bo co o tej porze może się tu dziać? Nic. Każdy jeszcze błądzi w swoich snach, nieświadom, że taka osobistość, jak ja już wstała.
Za oknem było jeszcze ciemno, nie byłam więc w stanie ocenić, jakie mamy dziś szanse na ładną pogodę. Wzruszyłam jedynie ramionami i westchnęłam. Walić to, nie będę tu siedzieć i patrzeć się, jak moi współlokatorzy śpią, choć patrząc na Marcy śmiałam się w duchu- wyglądała tak niewinnie, podczas snu. Jak też pomyślałam, tak też zrobiłam- szybko przebrałam się w dresy i bluzę, przeczesując włosy jedynie rękami. Do kieszeni wrzuciłam telefon, by stale mieć na oku upływający mi czas, nie chciałam się przecież spóźnić na śniadanie, oraz paczkę papierosów i zapalniczkę.
Gdy tylko znalazłam się na powietrzu, zaczęłam biegać. Uwielbiałam to poranne, rześkie powietrze, które w mgnieniu oka ocuciło mą zaspaną osobę swoim jakże przeze mnie uwielbianym chłodem. Co pewien czas słyszałam rżenie jakiegoś konia, dodającego ciszy panującej wokół, pewnej tajemniczości.
Biegłam najpierw na terenach akademii, by w końcu znaleźć się poza nią. Było już całkiem jasno, gdy dotarłam do jeziora- mojego ostatniego przystanku. Zrobiwszy sobie tam krótką przerwę, gdyż nie miałam już zbyt wiele czasu, powróciłam tą samą drogą. Niestety, gdy coraz bardziej zbliżałam się do terenów akademii, tym bardziej niebo było usłane chmurami, aż w końcu nie widziałam żadnej luki między bałwaniastymi, ciemnymi chmurami. Zaklęłam cicho pod nosem, ale nie przyśpieszyłam. W końcu to tylko deszcz, prawda? Nic mi nie będzie… Z cukru nie jestem. Ledwie o tym pomyślałam, poczułam na swojej twarzy pierwsze krople. Później kolejne i kolejne, aż w przeciągu dwóch minut rozpadało się na dobre. I to nie był tylko zwykły deszczyk- rzekłabym, że więc ulewa!
Prawie nic nie widziałam, kiedy biegłam. Wykonywałam tę czynność po omacku, ciesząc się z rozmazanego widoku jakiś drzwi. Weszłam powoli, bo ujrzałam, wyposażenie kuchenne.
- Och, niech to szlag! Mylą mi się te pieprz*ne drzwi…- i stanęłam zaskoczona, słysząc za sobą milknące kroki. Odwróciłam się powoli i ujrzałam chłopaka, a pierwsze, co rzuciło mi się w oczy to tatuaże.
- Jesteś mokra, jak szczur.- skomentował szybko mój wygląd.
- Och, co Ty nie powiesz?- prychnęłam cicho.- Nawet nie czuję.
Fakt, wyglądałam, jak szczur. Włosy miałam całe mokre, ściekały mi z nich krople deszczówki na twarz, a za bluzą, na moim ciele, też było co dobrego. Nie wspominam już o moich ubraniach, bo chyba można sobie wyobrazić, jak bardzo były przemoczone. Szczególnie na udach.
Wszedł do kuchni, rozglądając się po niej. Odniosłam wrażenie, że ewidentnie szukał czegoś do jedzenia.
- Ja bym nosa nie wychylił na taką pogodę, gdybym nie musiał przyjść tutaj.
- Wiesz, akurat nie planowałam deszczu podczas biegania.- przyglądałam mu się przez chwilę, jak w końcu zadowolony, znalazł coś zjadliwego.- O czwartej nad ranem, w tych choler*ych egipskich ciemnościach raczej trudno jest zobaczyć cokolwiek, jeśli nie ma się wzroku, jak kot.
Chłopak prawie się zadławił i spojrzał na mnie ze zdziwieniem.
- O której?
- No przecież mówię, że o czwartej. Czy Ty mnie słuchasz?- uniosłam prawą brew i skrzyżowałam ręce na piersi.
- Słucham, słucham.- zaśmiał się cicho i powrócił do swojej poprzedniej czynności.- Mam po prostu wrażenie, że jesteś z innej rzeczywistości, niż ja. W moim świecie śpi się długo, ile tylko można.
- W moim śpi się tak długo, aż coś nie wybudzi mnie ze snu…- mruknęłam niezadowolona, przypominając sobie ranek.
I nagle, przerażona, szybko sięgnęłam do kieszeni. Miałam cichą nadzieję, że tam woda się nie dostała… Odetchnęłam z ulgą, gdy ujrzałam suche opakowanie papierosów.
- Palisz?- spytał chłopak, jakby od niechcenia.
- A co, dziewczyna nie może? Bo to mało sexy?- wyciągnęłam jednego, rzucając resztę paczki nieznajomemu.- Nie jestem chytrusem, podzielę się.- uśmiechnęłam się najcudowniej na świecie, jak tylko potrafiłam.
- No, i to rozumiem…- pokiwał z aprobatą głową. – Jestem Noah.- przedstawiając się, odrzucił mi paczkę, wcześniej wyciągając jednego z jej mieszkańca.
Wyszliśmy na dwór, przed budynek i zapaliłam nasze papierosy.
- Vivian.- kiwnęłam mu głową i wydmuchałam powietrze, tworząc głębek dymu.

Noah?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Pisząc komentarz, pamiętaj o zasadach ortografii i interpunkcji! Prosimy, nie spamuj również w komentarzach. jeśli chcesz promować swoją stronę, możesz z większym powodzeniem zrobić to na chacie.