poniedziałek, 22 sierpnia 2016

Od Vivian C.D Noah'a

Patrzyłam, jak cienka stróżka krwi spływa po jego ręce, z wąskiej rany prostopadłej do linii kariery, znajdującej się na jego lewej ręce. Pokręciwszy głową złapałam go za nadgarstek, drugą dłonią wyciągając mu nóż z kończyny, która, o marny losie, pokroiła własne ciało.
- Ach, ciapalajdo Ty. Nawet nożem sobie krzywdę zrobisz.- zaśmiałam się cicho i pociągnęłam go w stronę kranu.
Nie protestując, podążył za mną i westchnął. Uruchomiłam mały strumień wody, która spłukała z jego skóry czerwono rudą krew. Sama tymczasem szperałam po szafkach w poszukiwaniu jakiejś gazy, wody utlenionej i plastra.
- Nie moja wina, że to jakiś lewy nóż. Wspominałem już, że jestem mistrzem w krojeniu warzyw, prawda? Przy prawdziwym ostrzu nigdy bym się tak nie poharatał.- uśmiechnął się, ukazując zaskakująco równe uzębienie, w tym samym momencie, gdy ja znalazłam apteczkę z potrzebnymi mi jej elementami.
Osuszyłam mu rękę jednorazowym ręczniczkiem, a ranę odkaziłam, po czym wykonałam szybki opatrunek. Zadowolona ze swoich umiejętności pielęgniarskich, sięgnęłam po niefartowny nóż i szybko pokroiłam marchewkę.
- Ależ ja w to nie wątpię. Tylko takie słabe, wątłe osobniki jak ja, mogą używać takich noży, jak ten. Ty, moja Ty gwiazdo nad gwiazdami, musisz mieć profesjonalny, rozumiem. Bo inaczej to ani rusz!- prychnęłam cicho, wywracając oczami.
Skwitował to jedynie uśmiechem i wyszliśmy na zewnątrz, dzierżąc w rękach po kilka kawałków marchwi. Na nasze szczęście, ulewa właśnie się skończyła, więc zadowoleni, poczłapaliśmy do stajni, dbając o to, by nie wdepnąć w żadną z kałuż. Szliśmy oczywiście nic nie mówiąc, bo jakżeby inaczej? Chyba będąc w swoim towarzystwie ulubionym naszym zajęciem stało się adorowanie i nieprzerywanie, jakże pięknej i kojącej uszy, ciszy. Wchodząc do środka budynku zostało to jednak zmienione przez mieszkańców tego miejsca. Muszę przyznać, że ciche rżenia koni o poranku były naprawdę niesamowite. Prawie jak Scott, kiedy spał i nie zabierał moich bluzek, by uczynić sobie z nich niesamowicie interesujące zabawki.
- To który z koni zostanie uraczony twoją idealnie pokrojoną marchewką?- zagaił chłopak.
- Oczywiście, że Minnie. Jest totalnym przeciwieństwem mojego psa. Jego jest wszędzie pełno, czasem mam wrażenie, że jest nadpobudliwy. Ona zaś jest tak spokojna, że aż przeraża.- uśmiechnęłam się.- Ale oba te zwierzaki bardzo pokochałam.
Noah kiwnął głową, jakby w stu procentach się ze mną zgadzał.
- Jeśli się nie mylę, twój koń ma boks naprzeciwko mojego.- na te słowa oboje stanęliśmy przy swoich ulubieńcach.
- Widzisz, będziesz na mnie skazany. Szczerze współczuję.- podałam Minnie marchewkę na wyciągniętej ręce, którą ona, z wielką chęcią, połykała z mojej dłoni. Gdy nic nie zostało, otarłam rękę o spodnie, odwracając się, by zobaczyć, co robi chłopak.
Jego koń był równie piękny, co moja Minnie. Właśnie zjadał ostatni kawałek warzywa z ręki Noaha, gdy podchodziłam do jego boksu, w celu przeczytania jego imienia.
- Kaprys?- wymówiłam pytająco, nie wiedząc, czemu.
Przecież mógł się tak nazywać, bo niby czemu nie. Miał takie samo prawo do swego imienia, jak ja do Vivian.
- Mhm.- przytaknął lekkim ruchem głowy, nie zwracając uwagi na moje zdziwienie.- Trochę, jak ja.
- Wiesz, spędziłam z Tobą dopiero kilka minut, lecz nie wydajesz się być kapryśny.
- No właśnie. Bo to DOPIERO kilka minut.- zaśmiał się.
Zaczęliśmy wracać, kierując się w stronę domu akademickiego, bo zobaczywszy godzinę na swoim telefonie, stwierdziłam, że muszę się szybko ogarnąć, by zdążyć na śniadanie. Nie miałam zamiaru chodzić o pustym żołądku aż do obiadu i zadręczać wszystkich jego głośnym burczeniem.
- No, to do zobaczenia na śniadaniu pewnie.
Odpowiedział mi tym samym i rozeszliśmy się, każdy w swoją stronę.
Całe szczęście, łazienka u mnie w pokoju była wolna, więc szybko wskoczyłam pod prysznic, by po pięciu minutach wyjść świeża i pachnąca, jak dopiero co wyjęta bułeczka z pieca. Nigdy nie potrzebowałam właściwie więcej czasu do kontemplowania i podziwiania płytek w łazience- nie byłam z tego rodzaju dziewczyn, bo nie traciłam czasu na malowanie i strojenie się, co uważałam za swoją niesłychaną zaletę. Założyłam czarne rurki, tegoż samego koloru bluzkę z długim rękawkiem i poprawiłam pierścionek, który po wszystkich porannych przygodach, przekręcił mi się kamieniem do dołu.
Oczywiście jak to ja, musiałam trampki wiązać w drodze, bo czemu by nie? Skacząc na jednej nodze, skupiałam się na sznurówkach, by stworzyć z nich idealną kokardkę. Niestety, w ostatniej chwili zobaczyłam idącego przede mną Noaha i wpadłam na niego. On, nie spodziewając się ataku na własną osobę, zatoczył się i zaklął pod nosem, gdy upadł na ziemię. Leżałam na jego plecach, czując ból w prawej nodze.
- Ach,- westchnęłam.- Najuprzejmniej Cię przepraszam, że ma osoba naruszyła Twe prywatne otoczenie. Ale k*rna to wszystko wina tej pie*rzonej sznurówki.- wstałam powoli.- Albo i moja, bo w sumie nie mogłam zatrzymać ten swój tyłek o dwie sekundy dłużej w pokoju i normalnie ich zawiązać.

Noah? :3

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Pisząc komentarz, pamiętaj o zasadach ortografii i interpunkcji! Prosimy, nie spamuj również w komentarzach. jeśli chcesz promować swoją stronę, możesz z większym powodzeniem zrobić to na chacie.