piątek, 19 sierpnia 2016

Od Vivian C.D Marceline

Patrzyłam z kpiną na niezadowoloną minę nowopoznanej dziewczyny. Najwyraźniej, nie była zachwycona z niezapowiedzianej decyzji nauczycielki, chyba miała uraz do mnie po tym, jak chciałam przejąć papiery. Ale szczerze? Mało mnie to obchodziło. Przecież były moje, a skoro było na nich moje imię i nazwisko- miałam pełnoprawne usprawiedliwienie, by móc je zabrać. Nie przejęłam się bardzo tą sprzeczką, przecież każdemu się zdarza. Lecz muszę przyznać, że działała mi na nerwy, a zarazem trochę intrygowała… Niezłe połączenie, tylko pozazdrościć.
Uśmiechnęłam się zadowolona do niej, zatrzepotałam rzęsami i udałam małe, słodkie niewiniątko. No nie mogłam się powstrzymać, chciałam zobaczyć te zaróżowione policzki, które niedługo potem wystąpiły na jej policzkach i szybkie spojrzenie w dół. Nauczycielka zdążyła już zniknąć gdzieś z moimi papierami, więc nie zostało jej dane zobaczyć przecudownej reakcji dziewczyny.
- Będziemy tu tak stały, czy wykonasz swoje zadanie? Wiesz, trochę mi się spieszy, jestem zmęczona.- mruknęłam i przeczesałam od niechcenia włosy, opierając rękę na boku.
Podróże zawsze przyprawiały mnie o ból głowy, choć mimo to, bardzo lubiłam podziwiać widoki. Przypominały mi one o małym, drewnianym domku, znajdującym się w pięknym otoczeniu wiecznie zadbanego ogrodu (moja babcia miała hopla na punkcie kwiatów), w którym żyłam przez szesnaście lat. Ostatnie dwa lata spędziłam w tym samym domu, choć jednak zupełnie innym… O ogród dbałam ja, bo matka, cóż… Zbyt zajęta była zabawień obcych mężczyzn.
- Jasne.- kiwnęła głową i szybko się odwracając, zaprowadziła mnie do stajni.
Wchodząc, poczułam znajomy zapach. Gdy chodziłam pomagać sąsiadowi przy koniach, przekraczając próg ich „świątyni”, często miałam wrażenie, że wszystkie pełne majestatu łby koni zwracają się w moją stronę, jakby ocenić, czy moja osoba jest godna tam wejść. Zawsze mnie akceptowały, cichym rżeniem, ruchem głowy i ogona, jak i tym razem. Uśmiechnęłam się pod nosem, bo już czułam, że uwielbiam to miejsce. W dodatku, przechodząc obok boksu nr.9, zatrzymana nagłą siłą, stanęłam w miejscu. Czułam wzrok dziewczyny na sobie, ale nie odwróciłam głowy od kasztanowatej klaczy o białej grzywie. Była przepiękna… W dodatku patrzyła na mnie, wysuwając lekko pysk nad deski, jakby domagając się pieszczot. Dotknęłam delikatnie jej pyska i przeszedł mnie miły prąd. Już czułam, że ją kocham, bo przypominała mi mojego dawnego ulubionego konia u sąsiada.
- To Minnie.- usłyszałam w swojej głowie głos dziewczyny.
- A Ty?- popatrzyłam na nią, stając obok.
- Co?- spytała zdziwiona, otwierając szeroko oczy.
Zabawna, naprawdę. Zaśmiałam się, ukazując zęby i odrzucając głowę do tyłu.
- Chyba stresuje Cię moja obecność, co?- złapałam ją pod podbródek, ale szybko wyrwała głowę.
- Marceline.
I poszła dalej. Ojć, chyba ktoś mnie tu coraz bardziej nie lubi… Na jej szczęście, będzie musiała mnie oglądać tylko na lekcjach. Z moim charakterem wytrzymywała tylko babcia, nikt inny dotąd, a ona, jak sądzę po jej reakcjach, nie będzie wyjątkiem. Łatwo się płoszyła, choć było to nawet słodkie. No cóż, ja tak najwidoczniej działam na dziewczyny… Choć przyznam, że ich zachowania mnie bawią. Te zakłopotane gesty, spojrzenia, szukające okazji, by wyrwać się z mojego towarzystwa. Ale nie przeszkadzało mi to, właściwie nawet zwisało. Albo lepiej! Dyndało.
Nasza podróż po terenach szkoły trwała ponad godzinę, mimo, że Marceline prawie nic nie mówiła, odzywała się, jak musiała. Gdy znalazłyśmy się nad jeziorem, stanęłyśmy chwilę i podziwiałyśmy widoki. Korzystając z chwili, wyjęłam z tylnej kieszeni paczkę papierosów, wyciągnęłam jednego i zapaliłam zapalniczką. Nie spojrzałam na moją towarzyszkę podróży, póki nie poczułam jej wzroku na sobie. Gdy się odwróciłam, miała bardzo zabawną minę. Znów te wielkie, fiołkowe oczy, rozdziawione usta, jakbym co najmniej załatwiała się publicznie, na łonie natury. Puknęłam się w czoło.
-Głupia ja…- mówiłam, wydychając dym i wyciągając paczkę w stronę dziewczyny.- Chcesz?
Patrzyła się raz na mnie, raz na paczkę, jakby się zacięła.
- Rozumiem, że nie…- wzruszyłam ramionami i paliłam dalej, patrząc się w dal.
Zaraz potem przydeptałam butem niedopałek.
- Chyba tego tak tu nie zostawisz?!- krzyknęła z niedowierzaniem w oczach.
Mój Boże, ona nawet tak fajnie się denerwuje…
- Zwariowałaś?- uniosłam prawą brew, patrząc na nią, jak na idiotkę.- To, że palę nie oznacza jeszcze, że nie staram się dbać o środowisko. Popatrz.- kucnęłam przy wodzie, ochlapałam pet wodą i schowałam ponownie do pudełka.- Widzisz? Mądra ja.- uśmiechnęłam się, dumna z siebie.
Marceline potrząsnęła z niedowierzaniem głową, nic nie mówiąc, a jedynie wzdychając.
Gdy w końcu dotarłyśmy do domu akademickiego, weszłyśmy do środka, gdzie stały już moje bagaże, a przy nich mój ulubieniec. Tylko mnie zobaczywszy, ruszył z impetem na mnie, opierając dwie przednie łapy na moim brzuchu. Kucnęłam i pogłaskałam go, dając wyślinić mu całą moją twarz. Wstałam, ocierając się i sięgając po swoje rzeczy.
- Scott, poznaj Marcuś.
Po nazwaniu jej „Marcusią”, podniosła głowę i spojrzała na mnie. Nie mam pojęcia, co sobie wtedy pomyślała, ale nie stałyśmy tak długo, bo mój pupil domagał się adoracji ze strony nieznajomej. Machał ogonem na prawo i lewo, wystawiając język. Pogłaskała go ostrożnie po łebku i zwróciła się do mnie.
- Trafisz do pokoju?- czyżbym usłyszała nutkę nadziei w głosie…?
- Nie…- udałam zrozpaczoną i wykrzywiłam głowę z równie wymuszonym zakłopotaniem na twarzy. Och, okropna ja.
- Jaki numer?- zapytała lekko naburmuszona.
Kiedy wypowiedziałam magiczną liczbę 23, twarz dziewczyny znieruchomiała, a usta wykrzywiły się wskutek ewidentnego zaskoczenia. Dobrze wiedziałam, co to oznacza. Zaśmiałam się w duchu.
- Och, tak mi przykro, że się mnie nie pozbędziesz… Przyzwyczaisz się do mnie.- zakpiłam i ruszyłam schodami na górę.
Marceline poczłapała za mną, mówiąc jedynie to, że jest z nami jeszcze chłopak w pokoju. Odwróciłam się, próbując coś wyczytać z jej oczu, lecz nic nie dostrzegłam. Weszłam do środka, lecz nikogo tam nie było, prócz nas. Postawiłam swoje torby w rogu pokoju, stwierdzając, że rozpakuję się później. Nie rozglądałam się nawet za bardzo, bo dostrzegłam ścianę pełną łóżek- jak na razie coś, co najbardziej mnie interesowało. Padłam na pierwsze lepsze i od razu usłyszałam niezadowolony ton nad swoim uchem.
- Ej! To moje!
Uchyliłam jedno oko, by zaraz ujrzeć gniewną twarz Marcy. Uśmiechnęłam się z przekąsem.
- Przecież możemy się podzielić…- mruknęłam cicho.
- NIE MA MOWY.- uparła się i zrobiła nadąsaną minę, opierając dłonie na biodrach.
Zaśmiałam się cicho i złapałam ją za ramiona. Padła na mnie, jak kłoda, najwyraźniej nie spodziewając się takiego ruchu z mojej strony. Poczułam jej chude ciało na sobie, była zaskakująco lekka.
- No zobacz Marcuś, czy to takie trudne?
Wstała szybko, uderzając się przy tym w głowę. Przez upadek, miała lekko poczochrane włosy, ale rumieńce dodawały jej uroku.
- Tak!- wrzasnęła.- Nie rozumiesz? Ja po prostu WOLĘ spać na dole.- skrzyżowała ręce i spojrzała na mnie, a jej spojrzenie prawie wysyłało w moją stronę pioruny.
- Rozumiem…- mruknęłam cicho, patrząc w jej stronę. Stanęłam przy niej na chwilę.- Ja i tak lubię na górze.- uśmiechnęłam się dwuznacznie i zostawiłam ją zszokowaną, tymczasem kładąc się nad nią, na swoim łóżku.
Czułam, że to będzie ciekawe miejsce…

No, Marcuś?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Pisząc komentarz, pamiętaj o zasadach ortografii i interpunkcji! Prosimy, nie spamuj również w komentarzach. jeśli chcesz promować swoją stronę, możesz z większym powodzeniem zrobić to na chacie.