piątek, 19 sierpnia 2016

Od Noaha do ...

Czy zastanawialiście się kiedykolwiek nad sensem istnienia?
Nad tym, dlaczego jesteście w tym miejscu, w jakim jesteście?
Dlaczego osiągnęliście to, co osiągnęliście?
Z jakiej racji wyższe istoty postawiły nam takie osoby na swojej życiowej drodze, a nie inne?
Zadręczam się pytaniami tego typu od jakiegoś czasu.
Wszystko nagle straciło sens, rzeczy które kiedyś mnie cieszyły są teraz nic nie znaczącymi szczegółami.
Moją "depresję" pogłębiła tylko coraz bardziej pogoda.
W dniu dzisiejszym coraz większymi krokami zbliżamy się do początku listopada.
Dni już nie są do końca takie ciepłe, jakie były zaledwie tydzień, może dwa wcześniej.
Deszcz był nieustanną męką, zwłaszcza dnia dzisiejszego.
Krople spływały po krawędzi dachu.
Parapet, który jak zdążyłem zauważyć posiadałem w swoim pokoju, był co jakiś czas nie tylko bombardowany wodą prosto z ciemnych chmur, ale również gradem.
Miałem wrażenie że kiedy spadał jakikolwiek podniebny pocisk, parapet robi się coraz bardziej dziurawy.
Tak to jest, kiedy ma się zbyt bujną wyobraźnię.
Przecież kiedy pada deszcz to każdy parapet wygląda jak durszlak, nieprawdaż?
W każdym razie, ze względu na swoją marną egzystencję, kompletnie olałem budzik, który non stop dzwonił, próbując wybudzić mnie z długiego, tak bardzo wyczekiwanego snu.
Odmierzacz czasu nie poddawał się jednak, pomimo, że stawiałem wyraźny opór.
Nie zważając na skutki, rzuciłem jednym ze swoich dwóch telefonów (zbyt długa historia) w jego stronę.
Upadł z szafki, robiąc jeszcze większy huk, niż był wcześniej.
Po około dwunastu sekundach odliczanie budzika ucichło.
Dookoła mnie słychać było tylko donośne, urywane rżenie konia, pomieszane z odgłosem kropli deszczu.
Idealna mieszanka.
Jak się szybko okazało, nie tylko budzik był moim przeciwnikiem.
O ironio, po pokoju rozległ się heavy metal, który był dzwonkiem wcześniej rzuconego telefonu.
Westchnąłem sfrustrowany, jakby nie wiedząc, co do końca powinienem zrobić.
Ostatecznie, udało mi się podnieść z wygodnego posłania.
Już pokochałem swoje nowe lokum, wraz z tym materacem, goszczącym na moim łóżku.
Wstając, wyprostowałem swoją prawą rękę, na której większość nocy spałem.
Telefon nieubłaganie dzwonił, nie dając mi nawet chwili czasu, aby poprawić swoją grzywkę, która opadała na moje oczy.
Z delikatnymi utrudnieniami, dotarłem do źródła dźwięku.
Obok leżał rozwalony budzik. Za pewne tylko dlatego przestał dzwonić.
W innych przypadkach, dzwoniłby do tego momentu, aż bym nie ruszył swojego zacnego tyłka i łaskawie go nie wyłączył.
Tak też zadowolony z tego co uczyniłem, znalazłem idealną alternatywę do szybszego pozbycia się tego małego cholerstwa.

Szybko spojrzałem na wyświetlacz telefonu.
Nie rozpoznałem numeru, więc stwierdziłem, że to chyba nikt ważny.
Jak zwykle budziły mnie niepotrzebne osoby w niepotrzebnym momencie.
Z delikatnym ociąganiem, podciągnąłem rolety, praktycznie od razu zakrywając sobie usta dłonią.
Wszędzie było mokro.
Lało dosłownie jak z cebra.
Pastwiska, które są widoczne z jednego z moich czterech okien, zazwyczaj nawet podczas wielkiej ulewy stały tak, jak stały.
W stanie nienaruszonym, praktycznie bez ani grama błota.
Teraz jednak, zamieniły się w jedno wielkie błoto.
Stwierdziłem, że można byłoby w tym momencie urządzić tam naprawdę całkiem niezłe spa, oferujące błotne kąpiele, z dodatkiem końskich odchodów.
Co najlepsze, pewnie nie jedna wysoko ustawiona kobieta by z tego skorzystała..
Tak czy inaczej, oderwałem się od okien, kierując się do łazienki.
Wcześniej rzuciłem tylko jedno spojrzenie w kierunku zegara, umiejscowionego po przeciwnej stronie pokoju.
Byłem naprawdę zdruzgotany, uświadamiając sobie jego werdykt.
Dochodziło dopiero wpół do szóstej.
Byłem wręcz oszołomiony.
Nie zdarzało mi się praktycznie nigdy wstawać tak wcześnie, zwłaszcza bez większej potrzeby.
Postanowiłem jednak, że skoro już wstałem, wypadałoby zrobić coś pożytecznego.
Cokolwiek.
Ubrałem się w najcieplejsze rzeczy jakie tylko posiadałem.
Założyłem nawet kamizelkę, którą uważam za delikatnie nieadekwatną do.. Ugh, wszystkiego?
Niektórzy starzy znajomi uświadamiali mnie, że mimo wszystko wyglądam w niej dosyć dobrze.
Uznałem to za zwykłe pocieszanie bliskiej osoby, więc nie zmieniłem o niej zdania.
Przynajmniej było mi ciepło, co było nieznacznym pocieszeniem mojej patowej sytuacji.
Bywały gorsze rzeczy, jednak w obecnym dniu, wszystko, najmniejsze potknięcie, wszystko co stanęło mi na drodze, było pretekstem do skoku mojego ciśnienia.

Po chwili stąpałem już po osobnym budynku.
Dokładniej wchodziłem do kuchni, chcąc załapać się na coś, cokolwiek drobnego, byleby tylko zapchać poranny głód.
Aby dostać się tu, musiałem przejść się kawałek na zewnątrz.
Spodnie były przemoczone do kolan, a woda z nich kapała na podłogę kuchni.

W całym budynku panowała nienaganna cisza.
Zazwyczaj o tej godzinie wszyscy krzątali się po terenie akademii, a teraz każdy przedmiot stał dziwnie uśpiony.
W powietrzu wisiała dosyć nietypowa atmosfera.
Stwierdziłem, że po prostu pogoda spowodowała masowe uśpienie.

Ciszę przerwał cichy głos, dobiegający również z kuchni, do której ostatecznie nie weszłem, stojąc w drzwiach.
Ktoś chyba również postanowił zebrać się wcześniej do kupy, albo został zmuszony podobnie jak ja - przez coś, albo kogoś.
<Ktoś? Coś? Ludź? Makaron? Durszlak? >

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Pisząc komentarz, pamiętaj o zasadach ortografii i interpunkcji! Prosimy, nie spamuj również w komentarzach. jeśli chcesz promować swoją stronę, możesz z większym powodzeniem zrobić to na chacie.