wtorek, 23 sierpnia 2016

Od Noah'a C.D Esther

- Cóż, więc możemy wpisać to na listę rzeczy zrobionych przed śmiercią - wstałem, nie odwracając wzroku od dziewczyny.
- Gdzie idziesz? - zapytała, kiedy podłoga zaskrzypiała pode mną.
Miałem już schodzić na dół, kiedy dziewczyna mnie dobudziła.
Fakt, wychodzić tak bez słowa wyjaśnienia w obecnej sytuacji.. Trochę słabo.
- Idę znaleźć jakieś derki - odpowiedziałem szybko, schodząc po drabinie - Zaraz wrócę.
Nie byłem pewien czy dziewczyna nie odpowiedziała, czy po prostu nie usłyszałem.
Tak czy siak, ruszyłem do siodlarni.
Niektóre konie, ze względu na swoją dziką naturę, spały na stojąco, czasami przyglądając się mi - czyli osobie, która zakłóca i tak ich krótki sen, chwilę wytchnienia.
W normalnych okolicznościach zaglądnąłbym do kilku kopytnych.
Jednak w obecnych warunkach, plus dodając fakt, że wcześniej tu nie byłem, szybkim krokiem rozglądałem się za pożądanym pomieszczeniem.
Po znalezieniu go, rozglądnąłem się.
Zaledwie kilka godzin temu miałem bliskie zderzenie z łóżkiem, po którym wciąż został mi ślad.
Efekty chodzenia po ciemku.
Nie chciałem narazić się na ewentualną kolizję, więc zapaliłem małą lampkę w rogu, która wydawała mi się być mało inwazyjna.
Z trzema derkami ruszyłem w drogę powrotną, do Esther, która wciąż powinna być na dachu.
Nie myliłem się. Leżała wciąż na sianie, na wpół przytomna.
Zarzuciłem na swój kawałek siana jedną derkę, pozostałymi przykrywając dziewczynę.
Pomimo że przed tym, jak odpłynęła w krainę Morfeusza zapewniała mnie, że jest jej wystarczająco ciepło, niezbyt dałem jej wiarę.
Zimne dłonie i zaczerwieniony nos tylko utwierdziły mnie w swoim przekonaniu.
Następnie podeszłem do okna, chcąc się upewnić, że na pewno jest zamknięte.
Nie było zbyt szczelne, co dało mi do myślenia.
Chwyciłem w obie ręce dosyć spore kawałki słomy, uszczelniając okna w najmniej odpornych miejscach.
Po tym stwierdziłem że nic już nie jest do "naprawy".
Wyciągnąłem telefon z kieszeni spodni, sprawdzając godzinę.
Szesnaście minut po czwartej.
Czyli w moim przypadku nie było warto położyć się.
Za niecałe półtorej godziny w stajni powinny pojawić się osoby do karmienia koni.
Oczywiście jeśli coś im nie odwali i nie rozglądną się tu wcześniej.

Usiadłem na posłaniu, wypuszczając cicho powietrze.
Na zewnątrz wciąż padało.
Parapet został zbombardowany przez gigantycznej wielkości krople deszczu w akompaniamencie gradu wielkości małych piłeczek.

Odpoczynek nie był mi dany.
Kiedy wyprostowałem wreszcie trochę zmęczone kości, na dole usłyszałem hałas.
Ktoś wchodził do stajni, w poszukiwaniu kogoś, albo raczej czegoś.
Podłoga była niezbyt szczelna, dzięki czemu mogłem zauważyć, że jest to masywny facet z obsługi stajni.
Świecił latarką, równocześnie wybierając jakiś numer na telefonie.
- Ktoś był w dużej - odezwał się skrótem do swojego rozmówcy.
Momentalnie zesztywniałem, obawiając się, że dojdzie i do nas.
Prawdopodobnie miało się to stać, gdyby nie to, że facet dostał polecenie od swojego pracodawcy, aby wrócił do swojego lokum.
Mówił naprawdę głośno, skoro nawet ja go słyszałem.
Przez chwilę sądziłem, że trzeba będzie się ewakuować na zewnątrz.
Chciałem już wziąć Esther na ręce i zjechać po rynnie, jednak jak widać, nie było do tego większej potrzeby.

Ponownie położyłem się na swoim kawałku siana, a oczy same mi się domknęły.
Nie protestowałem.
Potrzebowałem po prostu snu.

<Esther?>

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Pisząc komentarz, pamiętaj o zasadach ortografii i interpunkcji! Prosimy, nie spamuj również w komentarzach. jeśli chcesz promować swoją stronę, możesz z większym powodzeniem zrobić to na chacie.