Wpatrywałam się w malutką, zieloną klatkę i cztery białe myszki, które biegały po niej jak szalone. Nie wiedziałam, czy się cieszyły, że w końcu udało im się wydostać ze sklepu zoologicznego, czy też panikowały ze względu na zmianę otoczenia. Byłam natomiast świadoma, że dzisiejszego wieczoru jedna z nich zostanie kolacją dla ogromnego gada.
- To jak? Wracamy do Akademii? – chłopak spojrzał na mnie swoimi oczyma barwy indygo, oczekując odpowiedzi. Dzięki bonowi, który dostałam od Lotte, byłam w stanie zaopatrzyć się w całkiem niezły zapas nowych ubrań. Kiedy Jake zajmował się szukaniem pożywienia dla węża, ja zdołałam zakupić jedynie komplet bielizny na tydzień oraz niebieską koszulę nocną w malutkie różyczki.
- Jeszcze zostało mi parę rzeczy do kupienia – odrzekłam i nie zastanawiając się zbytnio, dodałam – Chciałbyś mi towarzyszyć?
- Chyba nie mam nic lepszego do roboty – w ogóle nie spoglądając w moją stronę ruszył przed siebie. Musiałam szybko przebierać nogami, aby móc go dogonić. Pierwszy sklep, jaki odwiedziliśmy, był pełen sportowych toreb, butów, bluzek i spodni. Próbowałam znaleźć coś dla siebie, jednak żadna ze znalezionych rzeczy mi nie odpowiadała. A to była za duża, to znów kolor nie ten.
- Wy, kobiety, to naprawdę same sobie problemy tworzycie – westchnął Jake, widząc jak kolejny raz z niezadowoleniem odkładam znalezione ciuchy.
- Już widzę jak wam się podobają dziewczyny poubierane w worki po kartoflach – odburknęłam, wychodząc jednocześnie ze sklepu. Chłopak nie wyglądał jednak na urażonego moją odpowiedzią, a jedynie uśmiechnął złośliwie pod nosem.
- Widzę, że panna to jakaś obraźliwa jest.
- Nie jestem – odwróciłam się w jego stronę, jednocześnie zakładając ręka na rękę – Tylko kiedy ktoś zaczyna mnie irytować.
- A niby czym zacną pannę zdenerwowałem? – widać było, że mój zły humorek sprawia mu dziwną przyjemność.
- Przestań mówić do mnie w taki sposób.
- Jakiż znów sposób, nadobna pani? –im bardziej się wkręcał, tym większą sprawiało mu to radochę.
- Właśnie w taki! – zmrużyłam oczy i przyjrzałam mu się uważnie.
- Spokojnie, spokojnie. Tylko żartuję – śmiejąc się, podniósł dłonie w obronnym geście – Chodźmy do następnych sklepów, zanim nam je wszystkie zamkną.
Nadal z założonymi rękoma, zaczęłam przeszukiwać kolejne sterty ciuchów. I ponownie czułam się okropnie zawiedziona. Czy w Ameryce nie ma żadnych porządnych ubrań, które nie odsłaniają ci praktycznie całego ciała lub wiszą na tobie jak worek? W końcu, zrezygnowana, przysiadłam na jednym z małych, czarnych puf na uboczu.
- Nie znajdę tutaj niczego…
I w tym samym momencie znikąd pojawił się przede mną Jake, trzymając w dłoniach dwie, śliczne sukienki. Jedna z nich, bladoróżowa, była delikatnie rozkloszowana u dołu, zakończona falbankami, a druga, nieco dłuższa i cała biała, była na krótkich ramiączkach.
- One są… piękne! – z wielkimi oczami wzięłam je do rąk, porównując ze sobą. Długo się tak w nie wpatrywałam, a kiedy w końcu powoli podniosłam wzrok, wielki uśmiech gościł na twarzy chłopaka.
- Chyba oszczędziłem ci dalszego szukania, co?
Przytaknęłam głową, nie mogąc wydusić z siebie słowa. Rzadko kiedy spotykałam ludzi, kiedy jeszcze przebywałam w Finlandii, ale byłam wtedy pewna, że większość z nich to wredne i nieprzyjemne osoby. A już drugi raz tutaj jakaś osoba uświadomiła mi, że to wcale nie musi być prawda… Ludzie potrafią być pomocni i mili. W gruncie rzeczy – to ja okazałam się być tą nieprzyjazną.
- Ja… Dziękuję.
- Spoko – machnął ręką od niechcenia, a potem wskazał mi przebieralnię – Może je przymierzysz? Nie wiem, czy wybrałem odpowiedni rozmiar.
Wstałam i szybciutko przymierzyłam obie sukienki. Okazały się leżeć na mnie idealnie. Pokazałam się Jake’owi, a ten pokiwał głową z uznaniem.
- Wiedziałem, że będą ci pasować.
Kupiłam je, jednocześnie obiecując chłopakowi, że nad strojem do jazdy konnej nie będę się tak długo zastanawiać. I rzeczywiście, w pierwszym lepszym lokalu znalazłam dla siebie odpowiednie, jasnobrązowe bryczesy, koszulę w czerwoną kratę, beżowe rękawiczki i wysokie, czarne buty jeździeckie. Jake powiedział mi, że toczek wraz z innymi potrzebnymi akcesoriami dostanę na miejscu w Akademii. Kiedy już, obładowani po pachy torbami (chłopak pomógł mi z moimi zakupami), wyszliśmy przed centrum handlowe, było dawno po zmierzchu.
- Hmm… - zamyślił się chłopak – Chyba nie zdążymy na kolację…
Mój brzuch w tym samym momencie dał o sobie znać, burcząc głośno. Poczułam jak rumieniec wstydu wypływa na moje policzki.
- Mam pomysł. Pójdziemy do kawiarenki obok. Może nie najemy się do syta, ale lepsze to, niż nic – Jake jak gdyby nigdy nic złapał mnie za wolną rękę i pociągnął w stronę ogromnego szyldu, na którym było napisane ,,U Berenice”. A ja, bez sprzeciwu, podążyłam za nim.
<Jake?>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Pisząc komentarz, pamiętaj o zasadach ortografii i interpunkcji! Prosimy, nie spamuj również w komentarzach. jeśli chcesz promować swoją stronę, możesz z większym powodzeniem zrobić to na chacie.