Zapisałam siebie i Burbona. Mogłam wziąć swojego konia lecz on nie nadawał się na takie zawodu. Tym bardziej, że miał on trwać aż cały tydzień.
*** Dzień Pierwszy ***
Poprosiłam Sophie aby zajęła się moim wężem, miałam do niej zaufanie. Spakowałam swój podręczny bagaż. Był to niewielki plecak. W środku którego znajdowały się kilka par skarpet, majtek, ze dwie koszulki, podstawowe przybory toaletowe, piżamę i spodnie. Dodatkowo do tego podpięty był śpiwór. Wzięłam jeszcze wszelkie potrzebne dokumenty, jakiś niewielki prowiant. Składał się z butelki wody, dwóch kanapek i dwóch jabłek. Ubrałam czarne dresy, jakąś koszulkę, bluzę z kapturem i jak zawsze adidasy. Zabrałam wszystkie rzeczy, przy okazji złapałam paczkę papierosów i dwie działające zapalniczki, po czym wyszłam.Przy stajni widziałam już kilka osób z podobnymi bagażami do mojego. Usiadłam na płocie przylegającym bezpośrednio do budynku, rzuciłam plecak pod nogi, wyciągnęłam paczkę papierosów i wyciągnęłam jednego.
- A Ty znowu palisz. - Usłyszałam niechętny głos najbardziej znienawidzonej przeze mnie osoby, Bridget.
- Przeszkadza Ci to słoneczko?
- Tak?! - Warknęła.
- To odejdź. Chyba, że mam Cię przestawić.
- Zapraszam głupia czarnulo.
- Odezwała się blond s**a! - Krzyknęłam i zeskoczyłam na ziemię. Wsadziłam papierosa do paczki i ruszyłam w jej kierunku. Jednak poczułam czyjś uścisk na ramieniu.
- Nie warto. - Rzucił Matt.
- Ona zaczyna. - Warknęłam pokazując jej środkowy palec.
- Udław się nim! - Odkrzyknęła i zrobiła to samo. Szarpnęłam ręką tak, że wyrwałam się chłopakowi. Ruszyłam w kierunku Bridget.
- Spokój dziewczyny! - Ryknął James. - Jeśli się nie uspokoicie odwołam rajd.
Usłyszałam pomruk przechodzący przez grupę. Jak się okazało wszyscy już się zebrali. Machnęłam rękę na blondynę i wróciłam po plecak, zarzuciłam go na ramię .
- Widzę, że są już wszyscy. W takim razie idźcie po swoje konie i ruszamy. - Wydał polecenie.
Wszyscy weszliśmy do środka i od razu poszliśmy do wierzchowców.
- Ja miałam jechać na nim. - Bridget zatrzymała się przy mnie i ogierze kiedy już kończyłam go czyścić.
- Jak przykro. - Posmutniałam sztucznie.
- Nie daruję Ci tego. - Zagroziła.
- Ile razy to jeszcze usłyszę zanim znowu Cię pokonam? - Zaśmiałam się i odłożyłam szczotki.
- S**a. - Warknęła na odchodnego.
- Dzi**a. - Odpowiedziałam jej i zarzuciłam na grzbiet Burbona siodło z derką.
Ta czynność poszła zadziwiająco łatwo. Jednak teraz czas na ogłowię. Tu już zaczęły się schody. Ogier za każdym razem odwracał łeb, zarzucał nim lub unosił go tak, że nie mogłam dosięgnąć. Jednak po dłuższym czasie udało się. Wyprowadziłam go na zewnątrz, chwilę poczekaliśmy i ruszyliśmy dalej. Wcześniej włożyłam prowiant do sakwy przyczepionej do siodła. Po drugiej stronie siodła też była sakwa. Z liną, uwiązem i dwiema szczotkami.
Poczekaliśmy chwilę na resztę po czym ruszyliśmy. Z uczniów jechali Matthew, Luna, Bridget, Caleb, William, Rose, Lily, Armin, Tomas i trzy nowe dziewczyny. Natomiast z opiekunów pojechał James, Sue, Gilbert i nowa. Dzisiaj przyjechała do Akademii i już bierze udział w rajdzie. Dowiedziałam się, że nazywa się Alison Tipton i będzie uczyła nas woltyżerki. Wiedziałam to tylko ja i Aaron. Wątpię aby reszta o tym wiedziała bo nawet nikt jej nam nie przedstawił.
Zrównałam Burbona z Wings już w lesie. Wszyscy byli strasznie podekscytowani. Ja jednak bez większych emocji podchodziłam do tego.
- Co tam skarbie? - Zapytałam z uśmiechem chłopaka.
- Jak wrócimy musimy jechać do galerii. - Odparł patrząc przed siebie.
- Po co? - Zdziwiłam się.
- Wszyscy mogli ubrać się w bryczesy, oficerki itp. Jednak Ty wyglądasz jak ostatni menel. - Fukną.
- Nienawidzę w nich jeździć, są niewygodne. - Jęknęłam.
- Znajdziemy Ci wygodne. - Ciągle nie dawał za wygraną.
- Zobaczymy jak wrócimy. - Mruknęłam.
- Nie ma zobaczymy! Jedziemy i koniec.
- Nie będę wydawała pieniędzy na coś czego nie używam.
- Zaczniesz.
- William'ie. - Zaczęłam patrząc na niego poważnie. - Nie ma mowy, mam jedną parę na zawody i pokazy. Starczy mi to. Tak więc kończymy ten temat. - Podsumowałam całą rozmowę.
- Zobaczymy. - Mruknął pod nosem.
- Dobra zmieńmy temat. - Zaproponowałam bo wiedziałam, że to skończy się kłótnią.
Jechaliśmy tak śmiejąc się i żartując cały czas. Przez drogę zrobiliśmy sobie kilka zdjęć, jednak żadne nie nadawało się na pokazanie go publicznie.
Późnym wieczorem byliśmy na terenie schroniska. Stał tam jeden duży dom z cegły i kilka mniejszych budynków drewnianych. Przywitał nas właściciel. Każde z nas bardzo chętnie zeszło na ziemię. Było to wyczerpujące dla kogoś kto nie jeździł w długie trasy. Spojrzałam na nowe dziewczyny. Widać było po nich, że powoli ich zachwyt znika. Zresztą tak jak z twarzy innych moich znajomych. Will też trochę marudził.
James kazał nam w pierwszej kolejności zająć się końmi, rozsiodłać je, napoić i nakarmić. Jak kazał tak zrobiliśmy. Starszy mężczyzna wcześniej zaprowadził nas to stajni. Pokazał gdzie i co mamy zrobić.
Nim to wszystko skończyliśmy była już dwudziesta pierwsza. Zebraliśmy się w stołówce na obiadokolację. Zjadłam wszystko z ogromnym apetytem. Po skończonym posiłku zostaliśmy przydzieleni do pokoi. Wcześniej ubłagałam aby William był ze mną, mogli nam tam kogoś jeszcze dorzucić ale najbardziej zależało mi na nim. Uwielbiałam spędzać z nim czas. Zresztą od zawsze chciałam mieć takiego przyjaciela geja jak on.
Weszłam do sypialni i od razu udałam się pod prysznic. Szybko się umyłam, przebrałam i wykonałam wieczorną toaletę. Wróciłam do łóżka, życzyłam miłych snów wszystkim w pomieszczeniu i od razu odpłynęłam w świat fantazji.
*** Dzień Drugi ***
Wcześnie rano mieliśmy pobudkę. Wszyscy lekko zaspani zeszliśmy na śniadanie, przy okazji zrobiłam na podróż cztery kanapki, dwie dla mnie i dla Will'a. Spakowałam wszystko w plecach i jeszcze raz sprawdziłam czy niczego nie zapomniałam z pokoju. Po czym poszłam do stajni. Przygotowałam Burbona i dalej ruszyliśmy w trasę. Tym razem zamiast po lesie przejeżdżaliśmy przez wsie. Dzieci farmerów biegły za nami odprowadzając nas radosnym śmiechem i rozmowami.W południe zrobiliśmy sobie mały postój aby napoić konie i samemu odpocząć. Usiadłam z chłopakiem pod drzewem obserwując wierzchowce. Podzieliłam się z nim jedzeniem. Poczułam na sobie kilka spojrzeń. Jednak olałam to, nie będę przecież biegać za wszystkimi i pytać czy nie chcą może coś zjeść.
Skończyłam akurat palić z Caleb'em kiedy skończył się postój. Chłopak poszedł do swojego konia, a ja do swojego. Jak się okazało mój ogier stał przy klaczy nowej instruktorki.
- Ty musisz być Meg. - Zaczęła.
- Tak... - Powiedziałam obserwując ją uważnie. - A Pani to Alison. Nie musi Pani wypytywać skąd wiem bo i tak nie powiem. - Uśmiechnęłam się. - Wiem dużo rzeczy i niech tak zostanie.
- Teraz jestem już pewna, że jesteś Fosters.
- Tak to ja. - Wskoczyłam na grzbiet Burbona. Jak spod ziemi obok mnie już w siodle siedział William.
- Co tam kochanie? - Zapytał mnie chłopak.
- Jesteście parą?
Oboje wybuchnęliśmy śmiechem.
- William woli chłopców. - Wyjaśniłam kiwając na przyjaciela.
- Nie wiedziałam.
- Spokojnie, jeszcze dużo rzeczy Pani nie wie.
Zmusiłam ogiera do ruchu i odeszłam kawałek od instruktorki. Chwilę po tym już byliśmy dalej w podróży. Wieczór jednak był taki sam ja wczorajszy. Zajęcie się końmi, rozsiodłanie, nakarmienie itp. Później obiadokolacja, prysznic i do spania.
*** Dzień Trzeci ***
Poranek i wieczór nie różnił się zupełnie niczym od wczorajszego. Jednak w ciągu dnia zdarzyła sie mały wypadek. Jedna z nowych dziewczyn zleciała z konia, cała się poobijała, podrapała i chyba coś tam sobie zrobiła. Skoro się zajęli nią inni to ja już sobie darowałam wtrącanie się. Mieliśmy przez ten czas przymusowy postój. Dowiedziałam się, że po nią i po Faldo ma przyjechać Aaron. Zadzwoniłam do niego w między czasie aby kupił mi paczkę papierosów bo został mi już tylko jeden papieros. A właściwie już żaden ponieważ właśnie go odpaliłam.
- Nic nie mów. - Od razu uprzedziłam siadającą obok mnie Lily. Delikatnie sie do niej uśmiechnęłam.
- Nawet nie miałam takiego zamiaru. - Uśmiechnęła się.
- Taaa, za dobrze Cię znam. - Zaśmiałam się.
- Wiesz kto po nią przyjedzie?
- Aaron. - Odpowiedziałam bez namysłu strzepując popiół.
- Ty jak zawsze musisz wiedzieć wszystko?
- Szczerze mówiąc nie interesuje mnie to jakoś specjalnie.
- To skąd to wiesz?
- James nie jest cichym człowiekiem. - Zaśmiałam się opierając wygodniej o pień drzewa. Siedzieliśmy na jakimś polu, a pogoda dzisiaj nam dopisywała. Ściągnęłam bluzę, złożyłam ją i wsadziłam pod głowę. Odetchnęłam głęboko kończąc palić.
Kilka minut później zjawił się chłopak z Elizabeth i przyczepą. Właściciel stajni wprowadził konia do środka. Natomiast jego żona robiła wywiad z poszkodowaną. Aaron podszedł i rzucił mi moje zamówienie. Złapałam je w lecie.
- Jesteś mi winna kasę i przysługę. - Zażartował odchodząc.
- Rozliczymy się jak wrócę. - Uśmiechnęłam się i przesłałam mu buziaka w powietrzu tak dla żartów.
Wsadziłam do kieszeni paczkę i znowu wskoczyłam na siodło Burbona. Dalsza droga minęła nam już bez problemów.
*** Dzień Czwarty, Piąty Szósty ***
Wszystkie części dnia były do siebie podobne. Poranna toaleta, śniadanie, wyjazd, postoje. Wieczorem za o przyjazd do ośrodka lub schroniska, oporządzenie koni, obiadokolacja, toaleta wieczorna i do spania. Jednak dnia szóstego było ognisko. Trwało do późnych godzin, wszyscy bawili się świetnie.
*** Dzień Siódmy **
Ostatnie godziny w trasie. Wstaliśmy wszyscy około dziesiątej. Ogarnęliśmy się i zeszliśmy na śniadanie połączone z obiadem. Właściciele specjalnie zrobili taki posiłek dla nas. Byliśmy im bardzo wdzięczni.
Wyruszyliśmy w drogę około południa. Wszyscy byliśmy w jakiś sposób zmęczeni. Jedni mniej inni bardziej. Jechałam razem z Lily, William'em i Matthew'em. Gadaliśmy o totalnych głupotach. Nie było to nic konkretnego na czym można było się skupić.
Do Akademii zajechaliśmy około dwudziestej trzeciej. Na miejscu okazało się, że wszyscy jesteśmy zwolnieni z jutrzejszych zajęć, tak samo jak konie. Z jednej strony się cieszyłam ale i tak wiedziałam, że pójdę na zajęcia. Postanowiłam jutro już odebrać mojego węża od Sophie, nie chciałam jej budzić. Po odstawieniu Burbona i odłożeniu wszystkich rzeczy udałam się do pokoju. Jak się okazało Matthew uprzedził mnie i już siedział pod prysznicem. Skrzywiłam się, jednak wzięłam czysty ręcznik, nową piżamę i poszłam do wspólnej łazienki. Na moje szczęście była ona pusta. Wzięłam gorącą kąpiel, która trwała dość długo. Po czym wróciłam do pokoju przebrana w czystą piżamę. Położyłam się na swoim łóżku i od razu usnęłam.
Dostajesz 50 p.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Pisząc komentarz, pamiętaj o zasadach ortografii i interpunkcji! Prosimy, nie spamuj również w komentarzach. jeśli chcesz promować swoją stronę, możesz z większym powodzeniem zrobić to na chacie.