Dzień zapowiadał się jak każdy inny piątek. Westchnęłam wchodząc do stajni, dni robiły się coraz zimniejsze i krótsze. Poprawiłam arafatkę wokół szyi i ruszyłam do boksu Dante'go. Wyciągnęłam z kieszeni grubej bluzy marchewkę i podałam ogierowi. Ten jak zawsze był zadowolony. Pogłaskałam po i wyprowadziłam poza boks. Od dłuższego czasu znowu przygotowuję go do zawodów. Ostatnio spisał się znakomicie. Mam nadzieję, że teraz też tak będzie. Z zamyśleniem ale bardzo sumiennie i starannie czyściłam sierść konia. Na ziemię sprowadził mnie głośny okrzyk Elizabeth. Potrząsnęłam głową i odwróciłam się w jej kierunku. Nie usłyszałam jednak co chciała. Widziałam tylko jak wszyscy wychodzą na zewnątrz. Odwiązałam uwiąz i odstawiłam konia po czym sama dołączyłam do reszty.
- Panna Meg jak zawsze spóźniona. - Powiedziała kobieta.
- Odprowadzałam swojego wierzchowca do boksu. - Mruknęłam patrząc na nią. Nie miałam żadnych wyrzutów sumienia, bo niby czemu miałabym je mieć?
- Dobra. - Rzuciła niedbale. Zastanawiałam się czy było to skierowane do mnie czy to wszystkich. - Mam tutaj spis stajni. - Machnęła plikiem kartek. - Na każdej jest inna stajnia ze spisem koni które macie tutaj przywieźć. Dobierzcie się w pary. - Powiedziała.
W tłumie od razu wypatrzyłam William'a. Nie było tutaj nikogo poza nim z kim miałam tak dobry kontakt. Zaczęłam się przeciskać między innymi. Zobaczyłam nagle, że rozmawia z jakimś dzieckiem. Nie interesowało mnie to bo chłopak miał być w parze ze mną i koniec!
- Will. - Uśmiechnęłam się do niego przyjacielsko.
- Przeszkadzasz. - Warknął jakiś głosik z dołu, spojrzałam się tam. Między nami stał Abbas. Ten nowy z Egiptu. Nie zwróciłam na niego większej uwagi.
- Kochanie jedziemy razem? - Zapytałam mojego znajomego.
- Właśnie o to samo on mnie prosił.
- Chcesz z nim jechać?
- Przeszkadza Ci to w czymś?
- Tak maluszku. - Pochyliłam się. - William jedzie ze mną, a Tobie guzik do tego.
- Zdziwisz się. Stara wredna jędza. - Skomentował i odszedł obrażony.
- Nie zapomnij dodać, że seksowna. - Zaśmiałam się aby bardziej go wkurzyć.
Wtedy prze nosem pokazała mi się kartka, trzymana była w dłoni właścicielki. Po jej minie mogłam wnioskować, że wszystko słyszała.
- Will i Panna "seksowna". - Ścięła mnie wzrokiem, odpowiedziałam jej jednak tym samym. - To wasz cel. Macie przywieźć dwie klacze rasy Shire. Dostaliśmy do tego zadania specjalną przyczepę.
Była ona naprawdę duża, dodatkowo w środku miała przegrodę tak, że konie się nie widziały. Zaczęłam ją oglądać. Z przodu miała specjalne miejsce na sprzęt wierzchowców. Tak więc nie musieliśmy się martwić o to gdzie schowamy siodła itp.
Kiedy skończyłam oglądać przyczepę zjawił się chłopak z jeepem akademii. Podczepiliśmy wszystko po czym wsiedliśmy i ruszyliśmy w drogę. Przez cały czas rozmawialiśmy o naprawdę przeróżnych rzeczach. Zaczynając od poważnych tematów kończąc na tak głupich, że nie da się tego opisać.
Na miejscu okazało się, że już wszyscy na nas czekali. Wysiedliśmy z auta i od razu podszedł do nas wysoki, dobrze zbudowany, starszy mężczyzna.
- Witajcie, musicie być z Akademii Magic Horse. - Zaczął.
- Dzień dobry, tak. - Odpowiedziałam krótko.
- Jestem Samuel Monroe. Przy okazji właściciel taj oto stajni.
- William Powell. - Przedstawił się gej. - A to jest Meg Foster. - Kiwnął na mnie.
- Miło Was poznać. Zapraszam do stajni. - Wskazał ruchem dłoni budynek i cała nasza trójka udała się w jego kierunku. Weszliśmy do środka, naszym oczom ukazały się same konie rasy Shire. Każdy z tych pięknych olbrzymów prezentował się naprawdę dostojnie. Zatrzymaliśmy się przy boksie starej klaczy.
- Przedstawiam Wam Lips. Klacz ma 26 lat, była koniem pociągowym teraz jest już emerytką. Nie nadaje się w ogóle do ujeżdżania. - Koń zaczął szturchać mężczyznę aby ją podrapał. Nie mogłam oderwać od niej oczu, była przepiękna.
Podeszliśmy dosłownie do boksu obok, tam stała druga klacz. Na imię miała Valentyna.
Po zaprezentowaniu drugiego wierzchowca udaliśmy się do biura. Tam załatwiliśmy wszystkie formalności. Kiedy już wyszliśmy ku naszemu zaskoczeniu obie klacze stały już w przyczepie, a stajenni właśnie kończyli pakować ich akcesoria.
- Dzięki. - Uśmiechnęłam się do chłopaka. Na oko był w moim wieku, jednak był wyższy i lepiej zbudowany.
- Uważaj na Lips, jest nerwowa na nowym terenie. Tak samo jak wychodzić ze stajni czy też innych koni.
Nim zdążyłam coś powiedzieć nieznajomy odszedł zostawiając nas samych.
Pożegnaliśmy się z Samuel'em, wsiedliśmy do samochodu i ruszyliśmy. Nasz humor był cały czas taki sam. Rozmawialiśmy i śmialiśmy się cały czas.
Na miejscu stała już grupa ludzi. Zatrzymaliśmy się pod stajnią.
- Jak podróż? - Zapytała Elizabeth.
- Bardzo dobrze. - William odpowiedział i podał jej papiery.
Wyciągnęłam uwiąz Lips, chłopak zrobił to samo. Otworzyliśmy drzwi i powoli wyprowadziliśmy obie klacze. Valentyna była znacznie spokojniejsza. Moja natomiast była podenerwowana i gotowa do ucieczki albo zaatakowania. Muszę przyznać, że trochę się nagimnastykowałam aby zapanować nad koniem tej rasy. Był ode mnie znacznie większy i bez trudu mógłby mnie zabić. Jednak udało mi się nad nią zapanować i wprowadzić do nowego boksu. Tam Lips się uspokoiła, stanęła w rogu. Oparłam się o bramkę i obserwowałam ją.
- Podoba Ci się? - Zapytał James.
- Bardzo. - Uśmiechnęłam się nie odrywając wzroku od klaczy.
- Te konie które zostały i zostaną przywiezione do naszej stajni będą przeznaczone do opieki dla uczniów.
- Mamy przecież konie którymi trzeba się zająć. - Skomentowałam.
- Tak tylko każdy z tych wierzchowców będzie miał jednego właściciela który będzie się nim zajmował. - Nastała chwila ciszy. Myślałam o tym wszystkim co mi teraz powiedział. - Chciałaby się nią zająć? - Zapytał. Moje oczy zrobiły się wielkie.
- Oczywiście. - Uśmiechnęłam się najszerzej jak tylko potrafiłam.
- W takim razie Lips od dzisiaj jest pod Twoją opieką. - Uśmiechnął się i odszedł.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Pisząc komentarz, pamiętaj o zasadach ortografii i interpunkcji! Prosimy, nie spamuj również w komentarzach. jeśli chcesz promować swoją stronę, możesz z większym powodzeniem zrobić to na chacie.