Przechadzałam się pomiędzy pokojami, szukając tego właściwego. Co i rusz także poprawiałam dokumenty, które znienacka jakiś nauczyciel wepchnął mi do rąk i nakazał przekazać je dyrektorowi Akademii. Nim zdążyłam wypowiedzieć choćby słowo, mężczyzna się zmył, zostawiając mnie całkowicie samą. Zdezorientowana, postanowiłam kogoś poprosić o pomoc w dostarczeniu papierów, jednak, jak na złość, wszyscy byli na zajęciach.
- Gdzie może być dyrektor? – zastanawiałam się na głos, próbując sobie przypomnieć. Zapukałam wcześniej do Domu Właścicieli, jednak nikt mi nie odpowiedział. Teraz przeszukiwałam nasz domek mieszkalny, jednak i tutaj nie było żywej duszy. Coraz to bardziej zirytowana, postanowiłam zajść do stajni. Po drodze dwa razy się potknęłam, co jeszcze bardziej zepsuło mój już i tak nadwyrężony humor. Z trudem otworzyłam ogromne drzwi, które nie raz już sprawiały mi podobny problem. Ocierając lekko pot z czoła (dzień, jak co dzień na Florydzie, czyli upał i skwar), zerknęłam do środka, gdzie tylko parę koni zarżało na mój widok. Zaczęłam iść wzdłuż boksów, wciąż nie mogąc się nadziwić, jaka ta stajnia jest ogromna.
- Jest tu ktoś? – zawołałam, jednak odpowiedziało mi jedynie echo oraz Napoleon, który parsknął mi koło ucha. Z naburmuszoną miną, wyszłam za róg, który prowadził do dalej postawionych boksów, kiedy nagle z ogromnym impetem czyjeś ciało przygniotło mnie do ziemi. Pewnie bym krzyknęła, gdyby nie siła, która praktycznie pozbawiła mnie tchu.
- Uch… - twarz brązowowłosej dziewczyny znajdowała się kilka cali od mej twarzy. Wciąż nie mogąc złapać tchu, ani wypowiedzieć żadnego słowa, przyjrzałam się jej przelotnie. Krótkie, falowane włosy zaczęły swymi końcówkami drażnić skórę moje twarzy. Zielone oczy najpierw spojrzały na mnie zdziwione, a później nieco zadziornie.
- Wybacz, ale cię nie zauważyłam – odparła z lekkim uśmieszkiem na twarzy. Jej słowa były czystą kpiną! Co jak co, ale mnie, wysokiej na prawie dwa metry, nie da się przeoczyć.
- Zejdź ze mnie – mój głos zdradzał podenerwowanie, co widocznie rozśmieszyło mojego napastnika. Jakby specjalnie, oparła się dłońmi na moich ramionach i bardzo powoli się podniosła, na co me ręce mocno zaprotestowały.
- To boli! – jęknęłam, a ona spojrzała na mnie, już stojąc.
- Naprawdę? – uniosła lekko prawą brew, a kąciki jej ust delikatnie się uniosły – Nie chciałam.
Usiadłam, strzepując z ubrań małe grudki piasku, a w tym czasie dziewczyna rozejrzała się dookoła. Zauważyłam, jak lustruje papiery, które teraz leżały porozwalana dookoła mnie. Ukucnęła i wzięła jeden do ręki.
- A cóż to jest?
- Zostaw! – odwarknęłam i chciałam wyrwać jej z ręki, jednak ta była szybsza i odskoczyła ode mnie. Wstałam, jednocześnie poprawiając sukienkę, by po chwili jeszcze raz zagrozić dziewczynie.
- Oddaj, bo jak nie… - poczułam, że moje słowa raczej na nic się nie zdadzą.
- Przecież to moje dokumenty – zielonooka, zaskoczona, zaczęła zbierać resztę papierów. Nie powiem, mnie też to zdziwiło. Skoro jej właścicielka była tutaj, to dlaczego mnie użyto jako chłopca na posyłki? Jednak sekundę zajęło mi otrząśnięcie się z zamyślenia i już po chwili stałam przy dziewczynie, próbując odebrać jej papiery.
- Może i twoje, ale ja jestem teraz za nie odpowiedzialna! – odrzekłam, łapiąc za krawędź dokumentu.
- Nie ma mowy. Moje, więc je zabieram – odparła, groźnie na mnie patrząc. Nie wiedząc co robić, po prostu zaczęłam ciągnąc za papiery, a moja przeciwniczka zaczęła czynić to samo. Chwila dłużej i prawdopodobnie byłybyśmy zmuszone do zbierania podartych skrawków z ziemi. Na szczęście do stajni weszła jedna z nauczycielek, która od razu zareagowała.
- Co wy robicie?
I nie czekając na odpowiedź, wyrwała nam dokumenty z ręki, by szybko je przekartkować.
- Ty jesteś Vivian, tak? – zapytała po chwili ciszy, w trakcie której brązwłosa przyglądała mi się z niechęcią. Przytaknęła, po czym próbowała coś odpowiedzieć, jednak nauczycielka szybko ją uciszyła.
- U nas jest taka tradycja – rozpoczęła swoją wypowiedź i zwróciła twarz najpierw na mnie, później w stronę Vivian – Pierwszego dnia w naszej Akademii, jeden z uczniów oprowadza po całym terenie nowego członka naszej małej społeczności. A skoro Marceline już tutaj jest, to może się tym zająć.
Jęknęłam w duchu. Czemu to mi musiało się trafić coś takiego?
Vivien? C:
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Pisząc komentarz, pamiętaj o zasadach ortografii i interpunkcji! Prosimy, nie spamuj również w komentarzach. jeśli chcesz promować swoją stronę, możesz z większym powodzeniem zrobić to na chacie.