czwartek, 18 sierpnia 2016

Od Marceline C.D Jake'a

Zasnęłam bardzo szybko, pomimo ciągłych wybryków mego kotka, który najwyraźniej stwierdził, że męczenie mnie i Jake’a to jego cel w życiu. A poranek znów rozpoczął się od nasłuchiwania, jak chłopak ćwiczy. Sama miałam jeszcze jeden dzień do własnej dyspozycji, więc jedynie pożegnałam się z nim i z powrotem zapadłam w drzemkę. Długo już jednak nie pospałam, gdyż Lotte wparowała do mojego pokoju i oznajmiła, że bagaże się odnalazły. Z niedowierzaniem, ubrałam się w nową, bladoróżową sukieneczkę i tego samego koloru oksfordki. Szybko przeczesałam włosy równo dwudziestoma pociągnięciami małej szczotki i po chwili byłam gotowa do wyjazdu. Cała podróż, w tą i z powrotem, zajęła mi czas aż do wieczora. Później spędziłam kolację z Lotte, która przekazała mi kilka cennych wskazówek dotyczących jeździectwa. Następnie pożegnałyśmy się i wróciłam do swego pokoju, gdzie chłopaka jeszcze nie było. Wykorzystałam ten czas na dłuższy prysznic i chwilę na zagłębienie się w lekturę. Nim się spostrzegłam, zmorzył mnie sen, bez żadnych marzeń, ani koszmarów. Z ramion Morfeusza wyrwał mnie niespodziewany okrzyk wściekłości:
- K***a, dlaczego oni zawsze mi to robią!
Wzdrygnęłam się na soczyste słowa wypowiadane przez Jake’a, który z ogromną siłą zaczął walić ręką o łóżko.
- Jake… - odezwałam się niepewnie, odkładając książkę na bok. Tym całym hałasem zapewne zbudził już połowę Akademii.
- Jak ja ich nienawidzę! – chłopak całkowicie mnie zignorował, zarzucił na siebie kurtkę, trzasnął drzwiami i już po chwili go nie było. A ja, całkowicie zdezorientowana, siedziałam z kolanami pod brodą, zastanawiając się, co zrobić. Iść za nim? A może lepiej się nie mieszać? Zawładnęły mną prawdziwie ambiwalentne uczucia, które każde chciało mieć swoje pięć minut. W końcu zwyciężył lęk o chłopaka, na równi z ciekawością, co mogło mu się przytrafić. Nałożyłam na siebie błękitny szlafrok i już po chwili stałam na ciemnym korytarzu, z telefonem w lewej ręce, drżąc delikatnie, ni to z zimna, ni to ze strachu. Przełknęłam głośno ślinę, jednocześnie łapiąc się prawą dłonią za lewe ramię. Próbowałam wmawiać sobie, że przecież potwory nie istnieją, że są wyłącznie wynikiem mej zbyt wybujałej wyobraźni… Na próżno. Przerażona, powolutku przemierzałam korytarz, zastanawiając się, gdzie też mógł się podziać Jake. W końcu dotarłam do wyjścia, a otwierając drzwi, coraz to bardziej żałowałam swej decyzji. Na dworze było potwornie ciemno, jedynie gdzieniegdzie znajdowały się latarnie w kształcie grzybków, ale na niewiele się zdawały. Krok po kroku zanurzyłam się w całkowitym mroku, którego nawet blask telefonu nie potrafił rozpędzić. Nie wiadomo kiedy, delikatna mgła opatuliła mnie, jeszcze bardziej utrudniając odnalezienie odpowiedniej drogi. Teraz przerażenie przerodziło się w prawdziwą trwogę. Serce praktycznie wyskakiwało mi z klatki piersiowej, kiedy nagle czyjaś ręka złapała mnie za ramię. Krzyknęłam, a tajemnicza postać zamknęła mi dłonią usta.
- Cii – Jake szepnął mi to ucha. Nadal wyczuwałam w jego głosie gniew – Bo nas usłyszą…

Jake? C:

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Pisząc komentarz, pamiętaj o zasadach ortografii i interpunkcji! Prosimy, nie spamuj również w komentarzach. jeśli chcesz promować swoją stronę, możesz z większym powodzeniem zrobić to na chacie.