środa, 23 sierpnia 2017

Od Adeline - zadanie 1

Wredne promienie słoneczne szybko zawędrowały do mojego pokoju, który był położony od strony wschodniej w budynku. Przez to miałam codziennie zafundowane pobudki około godziny szóstej, gdy słońce zawitało wprost w okiennicy mojego okna. Tak więc podniosłam się z mojego dwuosobowego łoża i zauważyłam, że Cassandra spokojnie śpi w rogu pokoju, gdzie jest cień. Przewróciłam oczami i wzięłam z szafy czarne bryczesy w szarą kratkę, zwykłą niebieską koszulkę polo, skarpetki jeździeckie i kask, w którym włożone były rękawiczki. Z delikatnie skwaszoną miną przeszłam przez strugę światła do łazienki, w której poczułam przyjemny chłód. Obmyłam twarz w zimnej wodzie i szybko pozbyłam się piżamy, która zamieniła się w pełny strój jeździecki. Skarpetki, które założyłam były klasycznie w romby, szare romby na czarnym tle. Rozciągnęłam się, przy tym przeglądając się swojemu odbiciu w lustrze. Jak dobrze było poczuć wolność od tej pracy, której nienawidziłam. Jak dobrze było mieć poczucie bezpieczeństwa, tego, że nikt nie zaczepi Cię na ulicy i nie wpie***li Ci na przywitanie. Gotowa do wyjścia, zaplotłam sobie kłosa, zarzuciłam na głowę kask i wyszłam z mojego pokoju. Właśnie, jaki był dzisiaj mój zamiar? Wyjechać na szalony teren, by móc pogalopować sobie bez żadnych trosk. Wybrałam do tego celu Lemon, która miała wyrobioną kondycję przez regularny trening na crossie. Nie podobała mi się ta klacz w ruchu, lecz miała bardzo ładną budowę. Jednakże, czego można było oczekiwać od klaczy w wieku trzech lat, która teraz powinna być dopiero zajeżdżana z góra dwudziestominutowymi treningami. Zresztą, co mam się przejmować skoro koń nie mój, więc nawet nie mam jak powiedzieć moich myśli. Chociaż można by było pogadać z Rose, żeby wszystkie trzylatki wróciły na pastwiska, na rok, przecież to jeszcze dzieciaki, które powinny się wybiegać. W zamyśleniu doszłam do boksu Lemon, która wesoło konsumowała resztki swojego śniadania. Nikogo nie było w stajni, oprócz rzecz jasna stajennych, którzy zapewnie siedzieli w swoich pokojach. Każdy koń stał na miejscu, no może z wyjątkiem Euforii, która leżała i spokojnie podjadała świeże siano. Zaśmiałam się, gdy skarogniada hanowerka zaczęła miziać mnie swoją górną, nieco twardą wargą.
- Hej, laska! Przestań, bo jedziemy w teren, więc daj tę łepetynę, żebym mogła podpiąć uwiąz. - Klacz w mgnieniu oka dała zapiąć sobie karabińczyk i wyszłam z nią na korytarz, gdzie o koniowiąz zawiązałam bezpieczny węzeł. Lemon stanęła w bezruchu podczas tego, gdy ja sięgnęłam po szczotki, którymi natychmiastowo zaczęłam jeździć po i tak czystej już sierści wierzchowca. W ekspresowym tempie wyczyściłam jeszcze miejsce pod popręgiem i zaczęłam zakładać ogłowie klaczy. Lemon z łatwością przyjęła wędzidło. Tak samo więc natychmiastowo założyłam skarogniadej czaprak, podkładkę oraz siodło, do którego zacisnęłam porządnie popręg. Uśmiechnęłam się do rumaka i rozwinęłam strzemiona, postanowiłam wsiąść w stajni i zostawić tylko krótką wiadomość, że wybrałam się w teren. Jak postanowiłam, tak zrobiłam, siedząc już na klaczy, próbowałam się przyzwyczaić tylko do jednej wodzy. Będąc na terenie Akademii, jeździłam tylko i wyłącznie na munsztuku, więc będzie ciężko przyzwyczaić mi się do podstawowych wędzideł tyłu pojedyncze łamane, czy też podwójnie łamane. Ruszyłam luźnym stępem, wsłuchując się w rytm uderzeń końskich kopyt o beton na korytarzu stajni, i o kostkę brukową na terenie Akademii. Wybrałam dzisiaj ścieżkę prowadzącą na długie pole idealnie wręcz nadające się do galopu. Rozmyślając już tylko i wyłącznie o tym, jak wspaniale będę się czuła móc puścić wolno klacz i rozpostrzeć ramiona w okalającym mnie wiatrem, wywołanym przez nasz pęd. Zebrałam odrobinę wodze, widząc przed sobą piaskową drogę i ruszyłam energicznym kłusem, by jak najszybciej dojechać na ogromne ściernisko.
- Ch**era! Zapomniałam słuchawek - bąknęłam, a przy okazji poczułam, że klacz ruszyła ostrym galopem, prując przed siebie w las. Próbowałam jak najszybciej opanować Lemon, lecz przeszkodziła mi w tym pewna rzecz. Mianowicie gruba gałąź, która zatrzymała się na mojej klatce piersiowej, ściągnęła mnie z konia i zabrała mi oddech. Pamiętam tylko, że runęłam na ścieżkę z niemałym hukiem.

~*~

Obudził mnie ciepły podmuch na twarzy, jak się okazało była to Lemon, która niewinnie obwąchiwała moją twarz.
- I co Cię tak przestraszyło? - Zapytałam z niemałym rozgoryczeniem. W oczach młodego konia pojawił się błysk tak jakby rozbawienia. Oparłam się łokciem o ziemię i zamachnęłam do wstania. Natychmiastowo poczułam łupanie w głowie, więc złapałam się o skroń. Poczułam ciepłą ciecz, która zdążyła się przebić przez moją rękawiczkę.
- No, pięknie! Krew! - Krzyknęłam na cały las, a w krzakach nagle coś zwiało. Zobaczyłam tylko poroże najpewniej skaczącego w dal jelenia. Klacz stanęła jak wryta, a ja pogłaskałam ją po chrapach. - Pewnie tego się przestraszyłaś, prawda? - Zapytałam i mocno wierzyłam, że pewnego dnia usłyszę na to pytanie odpowiedź. Zrezygnowałam z dalszego terenu, jak i z ponownego wsiadania na grzbiet gniadoszki. Zdecydowałam, że wrócimy do Akademii z ręki, bowiem obawiałam się, że mogę stracić przytomność na Lemon.

W takim oto efekcie w Akademii pojawiliśmy się dopiero około godziny siedemnastej. Stajenny przejął inicjatywę rozsiodłania klaczy, a mnie prędko wysłano do higienistki, która odkaziła i opatrzyła moją ranę na czole. Przestroga na kolejny teren, lepiej galopować nisko by uniknąć polowania na gałęzie.

Dostajesz 30 punktów, za nadwyżkę słów i poprawnie wykonane zadanie! C:

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Pisząc komentarz, pamiętaj o zasadach ortografii i interpunkcji! Prosimy, nie spamuj również w komentarzach. jeśli chcesz promować swoją stronę, możesz z większym powodzeniem zrobić to na chacie.