Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Valerie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Valerie. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 19 czerwca 2017

Od Valerie C.D Lambert'a

Asfaltowy parking stacji kolejowej wciąż był mokry od wczorajszego deszczu, a wieczorne niebo groziło kolejnymi opadami. Gdy szłam w stronę stacji wraz z Mirandą, moja komórka zabrzęczała i zamigotała oznajmiając o nadchodzącym esemesie od...Lamberta?
Dotarłam na peron dokładnie w momencie, w którym pociąg zahamował, wyrzucając obłok gorącego, cuchnącego powietrza.
Otworzyłam wiadomość, która brzmiała następująco:

~Hej Val, wygraliśmy konkurs z WIELKIM HUKIEM! (:
Wszyscy byli naszym występem zachwyceni! (:
Pomyślałem z Leną, że należy to jakoś uczcić. Co ty na to, abyśmy dzisiejszej nocy obgadali nasz występ przy lampce wina? Jak będziesz chciała to możesz zabrać ze sobą Mirandę. Fajnie byłoby świętować naszą wygraną w czwórkę!
Kocham <3 Lambert. ~

-Hmm... Dziwne, dość szybko skończyli... - pomyślałam i schowałam telefon do plecaka, rozmyślając nad propozycją Lamberta.
Weszłyśmy do pociągu i ruszyliśmy w stronę akademii.
-Nad czym tak myślisz? - wybudził mnie nagle z transu głos Mirandy.
Z lekka roztargniona spojrzałam na nią i odpowiedziałam:
-Lambert do mnie napisał, że wygrali konkurs i proponuje spotkanie u niego w pokoju. Też jesteś zaproszona.
-Serio? Nie, ja dzisiaj odpadam, muszę wypróbować nowe lakiery do paznokci, a po za tym nie mam ochoty... - wypowiedziała to wszystko bardzo dziwnym tonem. - A tak w ogóle to nie mogę się doczekać jak tobie wyjdzie na włosach ta farba.
Skinęłam głową i uśmiechnęłam się, nie podejrzewając w tym nic dziwnego.
Zasadniczo sama byłam ciekawa jaki uzyskam kolor po tej farbie do włosów. Prawdę mówiąc tylko po to dzisiaj wybrałyśmy się do centrum.
Niczego nieświadoma, co miało się wydarzyć dotarłam do akademii.

***

Po spłukaniu farby, kolor jaki uzyskałam był o wiele lepszy niż to sobie wyobrażałam. Nie był ani za jasny, ani za ciemny, byłam z niego niesamowicie zadowolona, taki jasny brąz.
-Ciekawe jak zareaguje Lambert na nowy kolor włosów - rękoma przeczesałam włosy.
-Na pewno będzie zachwycony... - odpowiedziała zamyślona Miranda.
Coś mi tu nie gra, Miranda zazwyczaj tryskała energią i rzucała na lewo i prawo swoje "uszczypliwe", nie raz zbędne uwagi, a tu co? Siedzi jakoś tak cicho...zbyt cicho...
-Hej, wszystko gra? Może źle się czujesz?
Dziewczyna powoli zatrzepotała rzęsami i tępo na mnie spojrzała.
-Co? A...no tak, tak.... źle się czuję zaraz idę do swojego pokoju....
-Chodź, umalujemy cię trochę - po kilku minutach Miranda wróciła z kosmetyczką w różowo - białe paski. - Nie ruszaj się.
-Nie mam czasu. Lambert z Leną zaraz tu będą. - Zapomniałam założyć zegarka, więc podniosłam rękaw fioletowłosej, by sprawdzić godzinę. Spóźniali się jak diabli.
-Lambert sam do ciebie zadzwoni jak już się pojawią. - Wycisnęła na palec ciemny puder w kremie i zaczęła go łagodnie nanosić na skórę pod oczami.
-Miranda, to niekonieczne! - zaoponowałam. Nie lubiłam makijażu. Kiedy się śmieję, ciekną mi łzy i makijaż spływa, jakbym płakał.
-Przyda ci się trochę. Lena zapewne jest umalowana jak... - nie dokończyła.
-No i? Będziemy tylko we trójkę, daj spokój.
- A tak w ogóle chcesz na pewno iść? Gdybyś została ze mną to byśmy obejrzały jakieś fajne filmy. Wypożyczyłam same najlepsze tytuły, takie jak: ,,Skazani na Shawshank'', ,,Zielona Mila'', ,,Milczenie owiec'' i ,,Król Lew''. Na serio musisz iść?
-Obiecuję, że następnym razem zrobimy sobie maraton tych wszystkich filmów. W końcu Lambert to mój chłopak i bardzo zależy mi na tym, aby z nim spędzić czas...
-Nawet w obecności Leny? - podniosła niespodziewanie głos.
-Ymm... No tak, po za tym miłość nie zna granic! - wyszczerzyłam zęby w uśmiechu i przytuliłam do siebie Mirandę.
Natomiast dziewczyna westchnęła, jakby chciała powiedzieć, że kiedyś zrozumiem, jak bardzo się myliłam.
Wklepała mi w skórę ciemny puder. Na koniec dodała trochę na powieki. Miałam nadzieję, że nie będzie mnie próbowała wypacykować tak jak wtedy, gdy miałam pójść na moją pierwszą randkę. Ona jednak dołożyła już tylko nabłyszczającą szminkę.
-Jak zwykle, wyszło ci niezawodnie - patrzyłam na swoje odbicie w lusterku, gdy to Miranda wpatrywała się w tusz do rzęs. Zerknąwszy ukradkiem na jej zegarek, stwierdziłam, że już od zakończenia konkursu minęła godzina, zapewne muszą już być. - Ch*lera! Muszę iść. Gdzie oni, kurde, są?
-Wiesz, jacy oni potrafią być - rzekła tamta.
-Niby jacy? - Nie miałam pojęcia, dlaczego zachowuje się tak, jakby chciała mi prze to przekazać ukrytą informacje?
-Nieodpowiedzialni? - pokręciła głową. - No wiesz...
Wyjęłam z plecaka komórkę i wybrałam numer Lamberta. Od razu włączyła się poczta głosowa. Rozłączyłam się. Wyjrzałam przez wielkie balkonowe okno i ani śladu czerwonej toyoty Leny.
Zadzwoniłam ponownie. Znów poczta.
,,Tu Lambert. Edgar Allan Poe nie żyje, ale ja tak. Zostaw mi wiadomość''.
-Nie powinnaś do niego tak ciągle dzwonić - zauważyła fioletowłosa i podeszła do mnie łapiąc mnie za rękę. - Kiedy włączy telefon, będzie wiedział, kto dzwonił i ile razy.
-Mam to gdzieś - odparłam i uśmiechnęłam się, chwytając kluczyki. - Tak czy owak, zadzwonię jeszcze tylko raz.
Miranda wzruszyła ramionami, rozwaliła się na moim łóżku i zaczęła sobie obrysowywać usta brązową konturówką. Znała ich kształt tak dobrze, że nie musiała patrzeć w lustro.
-Lambert - powiedziałam do telefonu, gdy znów włączyła się poczta głosowa. - Mógłbyś wreszcie odebrać telefon? Mam nadzieję, że nic wam się nie stało. Jeśli są korki to możemy się spotkać gdzieś na mieście, bym do was dołączyła.
Miranda zmarszczyła brwi.
-Nie wiem, czy powinnaś sama jechać do miasta. To trochę niebezpieczne.
-Miranda, od kiedy ty się czymkolwiek przejmujesz? - zauważyłam.
-Jeśli chodzi o ciebie to zawsze. No to przynajmniej weź to. - Dziewczyna pogrzebała w torebce i podała mi szminkę.
-Z tym będę bezpieczna? - zdziwiłam się, zrzucając plecak z ramienia. Nadal ściskałam w ręku telefon, rozgrzany pod wpływem mojego dotyku.
Miranda zaśmiała się.
W tamtym momencie przyszło mi coś do głowy. Przecież jest jeszcze drugi parking, bardziej zakryty, gdzie Lena najczęściej parkowała, tylko, że mój pokój jest położony tak, że niestety stąd nie da się zobaczyć co na nim się dzieje, czy nawet znajduje.
-Oni już zapewne dawno wrócili! Lena zazwyczaj nie parkuje na tym parkingu! - wykrzyczałam entuzjastycznie. - Dobra, idę do niego bez zapowiedzi - odrzekłam, po czym pocałowałam Mirandę w policzek, wdychając zapach perfum oraz żelu do włosów i pozostawiając ,,malinkę'' w kolorze burgunda. - Jak coś to dzwoń!
-Zaczekaj - powiedziała. - Powinnaś zaczekać.
-Nie mogę - odparłam. - Już się z nimi umówiłam.
Po tych słowach zbiegłam ze schodów i wyleciałam przez frontowe drzwi akademii. Widok samochodu Leny zaparkowanego obok smarta Lamberta na parkingu przyjęłam z ulgą i gniewem. Gdzie oni się podziewali i czemu ode mnie Lambert nie odbierał telefonów?
Pędem wróciłam do akademii, przemierzając korytarze. W końcu dotarłam na te piętro. Przyspieszyłam i gwałtownie otworzyłam drzwi pokoju nr. 93.
Zamarłam. Drzwi wymsknęły mi się z rąk i zatrzasnęły. W tamtej chwili zobaczyłam Lenę pochyloną do tyłu, w krótkiej, seksownej sukience. Nad nią, a raczej nad jej szyją Lambert oddawał jej namiętne pocałunki, unosząc głowę do góry, by ją pocałować, a Lena pomalowanymi na czarno paznokciami z odpryskującym lakierem usiłowała rozpiąć pozostałe guziki jego koszuli. Nawet nie zauważyłam ilość pustych, walających się po podłodze butelek wina. Oboje podskoczyli na dźwięk trzaskających drzwi i obrócili ku nim pozbawione wyrazu twarze. Wargi Lamberta był pobrudzone szminką. Nie wiadomo dlaczego mój wzrok prześlizgnął się przez nich i padł na już zasuszone żonkile, które podarowałam Lambertowi, aby rozjaśnić ten pokój. Były także symbolem naszego rozpoczętego związku. Stały na szafce pod telewizorem, tak jak je położyłam. Jak widać, przez tak krótki czas przetrwały tak samo jak nasza "miłość". Czyli szybko zwiędła.
Lambert wydał odgłos, jakby się czymś zakrztusił, i próbował wstać, pospiesznie zapinając koszulę.
-O k*rwa! - powiedziała Lena, opadając na jasną kanapę.
Chciałam powiedzieć coś wrednego - coś, co z miejsca spaliłoby ich na popiół - ale nic nie przychodziło mi do głowy. Odwróciłam się i odeszłam.
-Valerie! - zawołał Lambert, ale był to raczej krzyk rozpaczy niż rozkaz. Odwróciwszy się, zobaczyłam Lamberta stojącego w drzwiach, a za nim cień Leny. Zaczęłam biec, uderzając się plecakiem o biodro. Czułam tylko jak mój wysoki kucyk pod wpływem pędu, wiruje za mną niczym flaga, powiewająca na wietrze.
Usiadłam na betonowym chodniku, wyrywając zwiędłe chwasty, i wystukałam na telefonie numer Mirandy.
-Halo? - W głosie koleżanki pobrzmiewały wesołe nutki, a w tle można było usłyszeć kultowy zespół ,,Spice Girls''.
-To ja - powiedziałam. Myślałam, że głos będzie mi drżał, ale brzmiał beznamiętnie.
-Hej - rzekła Miranda. - Gdzie jesteś?
Poczułam, że w kącikach oczu gromadzą mi się gorące łzy, ale nadal (o dziwo) mówiłam spokojnie.
-Dowiedziałam się czegoś o Lambercie i Lenie...
-O k*rwa! - przerwała mi Miranda.
Umilkłam na moment, czując, jak kończyny drętwieją mi z przerażenia.
-Wiesz coś? Wiesz, o czym mówię?
-Tak się cieszę, że się dowiedziałaś - odparła Miranda tak pospiesznie, że słowa niemal obijały się o siebie. - Chciałam ci powiedzieć, ale Lambert błagał, żebym tego nie robiła. Kazał mi przysiąc, że nic nie powiem. Wtedy kiedy ty dostałaś esemesa, ja go wtedy dostałam tak samo, tylko, że właśnie z inną treścią.
-Powiedział ci? - czułam się wyjątkowo głupio, ale jakoś nie mogłam przyjąć do wiadomości słów, które przed chwilą padły. - Wiedziałaś?
-Odkąd Lambert wygadał się, że czuje nie tylko do ciebie pociąg, ale także do Leny. Tamta nie potrafiła mówić o niczym innym - zaśmiała się, po czym zamilkła niezręcznie. - Nie żeby to trwało długo, czy coś. Serio. Powiedziałbym ci, ale oni obiecali, że sami to zrobią. Postraszyłam nawet Lenę, że ci powiem, ale ona odparła, że i tak się wyprze. Lambert wysłał mi dzisiaj esemesa o podobnej treści. Poza tym naprawdę próbowałam dać ci to do zrozumienia.
-W jaki sposób? - nagle zakręciło mi się w głowie. Zamknęłam oczy.
-No, na przykład mówiłam ci dzisiaj, abyś nie wychodziła i w ogóle. Pamiętasz? Zresztą nieważne. Cieszę się, że w końcu ci powiedzieli.
-Nie powiedzieli - wycedziłam.
Zaległa długotrwała cisza, przerywana tylko oddechem Mirandy.
-Proszę, nie wściekaj się - rzekła w końcu tamta. - Po prostu nie umiałam ci powiedzieć. Czekałam, aż ktoś inny to zrobi.
Rozłączyłam się. Kopnęłam leżącą butelkę, a gdy ta potoczyła się do kałuży, kopnęłam kałużę.
Wsiadłam do następnego pociągu, wślizgnęłam się na popękane niebieskie krzesło i przytknęłam czoło do chłodnej szyby. Telefon zabrzęczał, ale wyłączyłam go, nie spojrzawszy nawet na ekran. Wściekła wstałam i szybkim krokiem ruszyłam do ubikacji.
Pomieszczenie było dość małe, z lepką gumową podłogą i ścianami z twardego plastiku. Zapach moczu mieszał się z zapachem odświeżającego zapachu cytryny, a na ścianach chamsko, poprzyklejane kawałki zużytej gumy do żucia nadawały pomieszczeniu obskurny wygląd.
Usiadłam na klapie i usiłowałam się rozluźnić, biorąc głębokie wdechy śmierdzącego powietrza. Wbiłam paznokcie w skórę przedramienia i jakoś zdołałam się poczuć lepiej, odzyskując panowanie nad sobą.
Dziwił mnie, choć nie powinien, ogrom własnego gniewu. Byłam nim przytłoczona; bałam się, że zacznę krzyczeć na konduktora, na pasażerów. Nie wiedziałam, jak zdołam dotrwać do końca podróży. Już teraz byłam wyczerpana z wysiłku, którego potrzebowałam, by nie rozsypać się na kawałki.
Tym razem już nie powstrzymywałam łez, które wypłynęły z oczu ciurkiem, zapewne rozwalając cały makijaż.
Zamrugałam jeszcze raz, otworzyłam drzwi i wyszłam na korytarz.
Powędrowałam na swoje miejsce, czując na sobie nieprzyjemne spojrzenia pasażerów. Wyglądałam przez okno, za którym przemykały podmiejskie trawniki. Potem wjechaliśmy do tunelu i jedyną rzeczą, jaką widziałam, było odbicie mojej twarzy, na której widniał rozmazany tusz do rzęs.

Pociąg zajechał na podziemną stację. Wysiadłam. Przedzierając się przez tłum ludzi, wśród smrodu spalin, dotarłam do ruchomych schodów i na domiar złego i tak zepsutych.
Miami jest niesamowite, nawet o tak późnej porze wszystko jeszcze tętni życiem, dzięki czemu, nie czułam się osamotniona, czy też niebezpiecznie. Ulice były pełne młodych rozbawionych ludzi, ludzi wracających z pracy, a nawet tych bardziej "odmiennych" - transwestyci i podobni, a stoiska z kolczykami, szalikami i połyskującymi kolorowymi światłowodowymi kwiatami jeszcze bardziej oświetlały ulice.
Starałam się trzymać blisko pobocza, aby tylko nie przechodzić przez sam środek tej całej straganowej "parady". Minęłam brudnego mężczyznę, który spał przykryty gazetą, i grupkę dziewcząt z plecakami, krzyczących na siebie po rosyjsku.
Gniew wyparował, ustępując miejsca otępieniu. Przemieszczałam się przez te wszystkie kolorowe ulice jak lunatyk.
Za kolejką taksówek i stoiskami sprzedającymi orzeszki ziemne w cukrze i kiełbaskami znajdował się Stadion Miami Centre. Jakiś człowiek wręczył mi ulotkę. Chciałam ją oddać, ale już odszedł, pozostawiając mnie z kartką obiecującą ,,GORĄCE DZIEWCZYNY'' - ukazujące pół - nagie kobiety. Zmięłam ją i schowałam do kieszeni, nie mogąc nigdzie znaleźć kosza.
Przepchnęłam się przez zatłoczony, wąski korytarzyk i ustawiłam się w kolejce do kasy. Młody chłopak za szybą podniósł wzrok, gdy położyłam na ladzie bilet Alice. Tak, kapitanka mojej drużyny mi kiedyś dała, aż dwa bilety na mecz hokeja. Na początku mnie na niego zapraszała, ale w końcu dała se spokój i mi je oddała. Było by dobrze je odsprzedać i zgarnąć za to pieniądze.
-Mogłabym go odsprzedać? - zapytałam.
-Masz już bilet? - zapytał, mrużąc oczy, jakby się zastanawiał - ,,Co ta dziewczyna kombinuje?''.
-Mhm - mruknęłam. - Mój były facet nie dojechał. Palant. - po części skłamałam, aby zabrzmiało to jak najbardziej wiarygodnie.
-Aha - odparł, kiwając głową. - Słuchaj, nie mogę ci oddać forsy, bo mecz już się zaczął, ale jeśli dasz mi oba bilety, możesz dostać lepsze miejsce.
-Jasne. - po raz pierwszy od początku wyprawy się uśmiechnęłam.
Chłopak podał mi nowy bilet. Przeszłam przez bramkę i zaczęłam się przepychać przez tłum. Ludzie dyskutowali, zarumienieni z emocji. W powietrzu unosił się smród alkoholu.
Od dawna cieszyłam się na ten mecz. Dla tych wszystkich ludzi mecz był tym, czym przedtem dla mnie, ale ja znalazłam się w innej sytuacji: zabijałam czas przed nieuchronnym powrotem do akademii.
Znalazłam drogę i ruszyłam w stronę swojego krzesła. Większość miejsc była już zajęta. Musiałam przejść obok grupki facetów o ogorzałych twarzach, którzy wyciągali szyje, by zobaczyć, co dzieje się za mną i za szklanym przepierzeniem. Mecz już trwał. Stadion pachniał chłodem - tak jak pachnie powietrze po śnieżycy. Ale nawet patrząc, jak moja ulubiona drużyna pędzi ku bramce, nie mogłam przestać myśleć o Lambercie i Lenie. Nie powinnam była odejść w taki sposób. Żałuję, że nie mogę cofnąć czasu. Leną w ogóle bym się nie przejmowała, ale Lamberta zdzieliłabym w twarz. A potem, patrząc mu prosto w oczy, powiedziałabym: ,,Po niej się tego spodziewałam, ale o tobie miałam lepsze zdanie''. To byłoby dobre.
Albo może roztrzaskałabym im szyby w samochodach. Ale po co nakładać sobie sprawy w sądzie?
Widownia oszalała. Wszyscy wokół mnie zerwali się na równe nogi. Jeden z mojej ulubionej drużyny przewrócił zawodnika przeciwnej drużyny. Sędzia schwycił go, a ten poślizgnął się i przejechał ostrzem łyżwy po policzku przeciwnika. Gdy walka się skończyła, na lodzie pozostała krew. Nie mogłam oderwać od niej wzroku. W przerwie jakiś gościu ubrany na biało zdrapał większość krwi, a specjalny pojazd wygładził taflę, lecz plama czerwieni pozostała, jakby została wchłonięta tak głęboko, że nie dało jej się usunąć. Nawet kiedy moja drużyna strzeliła ostatnią, zwycięską bramkę i cała publiczność zerwała się z miejsca, nie mogłam oderwać wzroku od krwi.
Po meczu wyszłam za tłumem na ulicę. Stacja kolejowa znajdowała się o kilka ulic od stadionu, jednak nie mogłam znieść myśli o powrocie do akademii. Chciałam to odsunąć, dopóki wszystkiego nie przetrawię i nie wyciągnę jakiś wniosków. Na samą myśl o podróży powrotnej wpadałam w panikę, która przyprawiała mnie o mdłości i palpitację serca.
Zaczęłam iść przed siebie. Mijałam zamknięte sklepy z odzieżą i rzędy zaparkowanych samochodów. Nie wiedziałam, która jest godzina, ale prawdopodobnie zbliżała się północ.
Umysł przywoływał z pamięci spojrzenia, jakie wymieniali Lambert i Lena - spojrzenia, które dopiero teraz nabrały sensu, choć powinnam była odkryć to już dawno. Widziałam osobliwą kombinację winy i uczciwości na twarzy Mirandy, mówiącej mi, że powinnam zaczekać na Lamberta. Skrzywiłam się, jakby moje ciało usiłowało zrzucić z siebie fizyczny ciężar.
Gdy uniosłam głowę i spojrzałam na wielki zegar stojący na ulicy, uświadomiłam sobie, że właśnie uciekł mi ostatni pociąg powrotny.
Prawdę mówiąc, w duszy bardzo się z tego ucieszyłam...

(Lambert? Co się działo u was w między czasie? Val, nie ma zamiaru jeszcze wracać. ;b)

sobota, 15 kwietnia 2017

Od Valerie C.D Lamberta



Dość urodziwa brunetka machnęła swoją burzą włosów, puszczając do nas oczko na pożegnanie.
Przez chwilę patrzyliśmy jak dziewczyna odchodzi, po czym sami ruszyliśmy do swoich pokoi.
~~~
Dni, tygodnie mijały, a ja z Lambertem coraz bardziej byliśmy obeznani z lekcjami tańca i coraz bardziej się do siebie zbliżaliśmy - jako przyjaciele. Przyznam, że niejednokrotnie miałam starcia z tą jakże "miłą" i "sympatyczną" Panią recepcjonistką, ale zazwyczaj jakoś z tego wychodziłam cało...
W kwietniu miał być jakiś konkurs tańca, w którym miałam wziąć udział z Lambertem, dopóki mojego miejsca nie zajęła jakże rzekomo lepsza ode mnie Lena... Przez co też, moja relacja z blondynem uległa gwałtownej zmianie. Przyznam szczerze, że byłam nieco zazdrosna, gdy to Lambert musiał chodzić z Leną na te całe "próby", chociaż zasadniczo nie powinnam...
~~~
Dopiero następnego dnia uświadomiłam sobie, że najlepiej będzie jeśli go poproszę o rozmowę w cztery oczy, w końcu to chyba nie problem o zmianę partnerki do tańca, prawda?
A jednak się myliłam...
~~~
-...dotyczy to raczej tańca - odparłam. - Nie ma to rzeczywiście znaczenia z kim tańczysz? Przecież nauczyciel był zachwycony tym jak tańczę i jakoś tak nagle zamienił mnie z Leną... Nie wydaje ci się to dziwne?
Lambert ironicznie się uśmiechnął.
-Przykro mi - powiedział.
-Nie, to MNIE jest przykro.
Cisza.
-Wybacz, że nie mogę z tym nic zrobić... - westchnął.
-O, nic nie szkodzi... hmmm... - zaczęłam coś dukać.
A więc, aby uniknąć jeszcze większego zakłopotania ruszyłam po prostu przed siebie gdzie mieliśmy się udać - czyli na plaże.
Lambert wyprzedził mnie, stanął przed mną i spojrzał na mnie. Zatrzymałam się i naraz nie wiedziałam, co mam zrobić ze swoim zakłopotaniem. A tym razem Lambert nie był na tyle szarmancki, żeby pozwolić mi uciec.
-Posłuchaj, Valerie - zaczął. - Nie musisz ani iść ze mną na plaże, ani zemną rozmawiać. Jak chcesz, od razu wracajmy lepiej do Akademii.
-Nie... bzdura... - odpowiedziałam wymijająco.
-Nie musisz być też uprzejma.
-Mogłam powiedzieć ,,nie'' - odparłam. - Już wcześniej. Ale tego nie zrobiłam.
-Tak, bo cię zaskoczyłem - odpowiedział. - To nie było w prawdziwym eleganckim angielskim stylu.
Czułam się okropnie, bo nie mogłam rozszyfrować, czy zareagował tak tylko przez wzgląd na mnie czy też nagle zaczął się ze mną nudzić i dlatego chciał się jak najszybciej mnie pozbyć. Do tego on sam w stosunku do mnie był jakiś... dziwny...
Przez nieznośną długą chwilę panowało między nami milczenie. Lambert stał tak i patrzył na mnie. Z jego miny nie można było odczytać, co myślał albo czuł. Wręcz przeciwnie sprawiał wrażenie całkowicie zamkniętego w sobie. Mimo to emanował niewyobrażalną aurą.
Widziałam, jak jego pierś wznosiła się i opadała, i to o wiele wolniej, niż wydawało mi się to normalne.
-Valerie... - zaczął.

(Lambert? Nwm tak jakoś wybiłam się z rytmu i nie za bardzo wiedziałam co napisać, wybacz.)

wtorek, 21 marca 2017

Od Valerie C.D Lamberta

Szczęśliwa i z entuzjastycznym nastawieniem szybko popędziłam do mojego pokoju.
Na mój widok Lollipop wykonała trzy, wysokie i sprężyste skoki, machając przy tym energicznie ogonkiem. Bez chwili zastanowienia wzięłam ją pod pachę i wyszłam z nią na jej ostatni, dzisiejszy spacer.
Gdy wróciłam moja współlokatorka już była. Siedziała na fotelu i przeglądała jakąś książkę.
Szybkimi ruchami zgarnęłam potrzebne mi rzeczy i powiedziałam tylko ,,cześć'' do Eve, a potem szybko pomknęłam do łazienki.
W dłoni znowu zabrzęczał mi telefon - od Mirandy. Odebrałam bym, ale po tym wszystkim, co się dzisiaj wydarzyło, potrzebowałam wreszcie czasu dla siebie. Byłam pewna, że pękłaby z ciekawości jak wygląda chłopak, którego dzisiaj poznałam i miałam z nim pojechać jutro do tej szkoły tanecznej. Zapewne nie dałaby mi z tym spokoju, a do tego ja gdybym się rozkręciła to bym gadała z nią w tej łazience do rana. Pół godziny później stałam pod prysznicem. Nałożyłam szampon na włosy, namydliłam skórę, a potem wszystko to spłukałam. Następnie zaczęłam się wycierać i nakładać krem. Lubiłam delikatny uścisk moich rąk na skórze, poza tym mama podarowała mi na pożegnanie fajne masło do ciała, które pięknie pachniało ananasem.
Nałożyłam odrobinę balsamu na wargi, owinęłam mokre włosy ogrzewanym ręcznikiem i wskoczyłam w mięciutki szlafrok, a następnie umyłam zęby.
Słońce już dawno zaszło. Za oknem było ciemno jak oko wykol, na niebie nie świeciła nawet najmniejsza gwiazda, a i morze także można było z trudem rozpoznać.
Cicho wzdychając, założyłam piżamę i wyszłam z łazienki, po czym wskoczyłam do łóżka. Eve także się położyła i zgasiła światło. Momentalnie ogarnęła mnie głęboka senność. A kiedy już na dobre zaczęłam zasypiać, w mojej głowie odtwarzał się obraz Lamberta...
***
Tej nocy nie śniłam, co w pierwszej linii było związane z tym, że nie zmrużyłam oka. Myśli niemiłosiernie kłębiły się w mojej głowie, z powodu dzisiejszego dnia i krótko przed ósmą następnego ranka miałam już dość. Usiadłam na łóżku i zerknęłam w stronę okna. Myliłam się, czy też przez wąskie szparki w żaluzji zaglądało do środka światło dnia?
Ziewając, wstałam z łóżka i skierowałam się do małego okna. Powoli, kawałek, po kawałku podciągnęłam do góry żaluzje. Przytłumione światło padło najpierw na drewnianą podłogę i na moje stopy. Faza słońca chyba minęła albo się przerwała, bo niebo było zasnute chmurami, a morze prawie tak ciemne jak klify, które padały stromo do wody.
***
-Dobrze wyglądasz - powitał mnie Lambert, kiedy tylko do niego podeszłam. - Dobrze spałaś?
-Na odmianę dzisiaj wcale nie spałam - powiedziałam przytomnie.
-Och. - uniósł prawą brew i spojrzał na mnie przenikliwym wzrokiem. - A czemuż to?
-Hmm... Nieważne - uśmiechnęłam się od ucha do ucha.
-Yyy... W takim razie... W jaki sposób pojedziemy do tej szkoły?
W prawej dłoni pomachałam kluczami od samochodu.
-Pojedziemy moim samochodem.
-Myślałem, że będziesz chciała tam dojechać komunikacją miejską, czy coś... Gdybym wiedział...
Przerwałam mu gwałtownie.
-Lambert! Przestań, tak będzie szybciej i... wygodniej.
Lambert zamilkł i spokojnym krokiem ruszył za mną.
Roześmiałam się cicho do siebie, kiedy szliśmy obok siebie przez trawnik przed akademią. Lambert jest bardzo intrygującą osobą, mimo, że jest zamknięty w sobie i bardzo małomówny. Przez co musiałam się zmusić do tego, żeby się na niego przez cały czas nie gapić.
Czułam niepewność, albo raczej nerwowość. Nie tylko z powodu jego "zimna", ale po prostu wszystkiego!
Sposób, w jaki trzymał głowę, sprężystość, z jaką się poruszał, ten niemal magiczny błysk w jego oczach... Stop! Valerie, Stop! Znasz go dopiero jeden dzień!
Przyśpieszyłam kroku i podeszłam do ciemnoniebieskiego rozklekotanego Chevroleta Caprice Classic.
-Wiem, może to nie jest Jaguar, ale też da się tym jeździć. - uśmiechnęłam się.
-Nie, nie, podoba mi się, a po za tym to nie ma znaczenia - odwzajemnił niepewnie uśmiech.
Wsiedliśmy i zapieliśmy pasy. Włączyłam silnik i energicznie wyjechałam z żwirowego podjazdu akademii.
-A więc... Od jak dawna tańczysz? - spróbowałam nawiązać kontakt.
-Od najmłodszych lat balet - powiedział tylko.
-Wow! Wiesz to nawet do ciebie pasuje! Ale super i co? Tańczyłeś już w jakimś spektaklu baletowym? -wybuchłam, zbyt zaskoczona, aby kontrolować to, co mówię.
Chłopak spojrzał na mnie lekko zmieszany.
-Przepraszam za moją zbyt głośną uwagę. Po prostu zawsze fascynował mnie balet. Gdy byłam młodsza to lubiłam chodzić na spektakle baletowe - powiedziałam to tym razem o wiele spokojniej.
-Nie, nic się nie stało - odparł uprzejmie. - Nie wiedziałem, że kogoś to tak zaintryguje.
Wrzuciłam pierwszy bieg, przepuściłam nadjeżdżające z przeciwnej strony samochody i ruszyłam dalej.
-Skąd pochodzisz Lambercie?
Nie liczyłam już na tę informację i dlatego odparłam tylko:
-No tak, właściwie to nie takie ważne.
Lambert obdarzył mnie spojrzeniem, które w sekundę przyprawiło mnie o zastój krwi między uszami.


(Lambet? Brak weny i do tego przepraszam, że tak długo nie odpisywałam ;/)

środa, 1 marca 2017

Od Valerie do Lamberta

Po wyciskającym siódme poty treningu, postanowiłam nie zwlekać i jak najszybciej się przebrać, po czym ruszyć do pokoju. Marzyłam tylko teraz o tym, aby wziąć zimny prysznic. Byłam w niemałym szoku, gdy to wchodząc do szatni moim oczom ukazała się Miranda.
-Co ty tu robisz? Myślałam, że na sam widok dresu dostajesz wysypki. - uśmiechnęłam się od ucha do ucha, ledwo sapiąc.
Miranda usiadła na zielonej ławce, wyglądając egzotycznie w czerwonej bonżurce i długiej aksamitnej spódnicy. Oczy podkreśliła czarną konturówką i czerwonym cieniem, a do tego można było zauważyć jej rażąco niebieskie soczewki. Wyglądała jak tancerka teatru kabuki. Włosy miała poprzetykane fioletowymi warkoczykami. Zaciągnęła się głęboko indonezyjskim papierosem kretek i wydmuchnęła dym w kierunku jednej z dziewczyn z akademii, która także należała do drużyny.
-Tylko swojego własnego dresu.
Przewróciłam oczami, ale uśmiechnęłam się. Musiałam, przyznać, że to świetna odpowiedź. Przyjaźniłam się z Mirandą od tak dawna, że przyzwyczaiłam się do jej nadzwyczajnie uszczypliwych żartów.
Pochyliłam się, aby zdjąć tenisówki, i spojrzałam na swoje odbicie w niewielkim lustrze zawieszonym na drzwiach szafki. Przygładziłam lekko spocone włosy. W kącikach ust miałam pozostałości rozmazanej pomadki, startej już z reszty warg. ''Mogło być gorzej.'' - pomyślałam.
-Valerie, tak w ogóle to zapomniałam ci powiedzieć, ale przed budynkiem akademii jest tablica informacyjna... - zaciągnęła się szybko. - Przechodząc dzisiaj tamtędy zerknij na nią. Sądzę, że zainteresuje cię pewien plakat reklamujący jakąś szkołę taneczną w Miami. Podobno jakaś największa na Florydzie, a ty lubisz tańczyć, a więc...
-Nie wiem, może kiedyś - odparłam szybko. - Po treningu ruszam do pokoju i pod prysznic, nie chcę, aby ludzie mnie taką oglądali - zaśmiałam się głośno.
-Rozumiem - powiedziała Miranda, owijając wokół palca jeden ze swoich fioletowych warkoczyków.
Zmarszczyłam brwi. Już dawno zauważyłam, że Miranda mówi jakimś dziwnym tonem, może coś ją martwi?
-Co jest? - zapytałam. - Co z tobą?
-Nic - odparła. - Jestem jakaś rozkojarzona. - Zaczęła się wachlować ręką. - Tyle półnagich dziewcząt w jednym miejscu!
Skinęłam głową, niemal w to wierząc.
-Zajrzałaś do archiwum czatów, jak ci mówiłam? Znalazłaś tę wiadomość, w której podaję ci link do mojego kochanka internetowego?
Udałam, że wymiotuję.
-Co? - zdziwiła się Miranda. - Myślałam, że popierasz internetowe związki. Czy to nie ty powiedziałaś, że to miłość umysłów? Całkowicie duchowa, bez ograniczeń związanych z ciałem?
-Mam nadzieję, że tego nie powiedziałam. - przytknęłam grzbiet dłoni do czoła i osunęłam się do tyłu, jakbym mdlała. Potem wyprostowałam się nagle.
-Hej, związałaś włosy gumką? Powyrywa ci je. Chodź tu, chyba mam wstążkę i szczotkę.
Usiadłam okrakiem na ławce przed Mirandą, zaczęła wyplątywać gumkę.
-Au! Tylko pogarszasz sprawę!
-Myślałam, że wy, sportsmenki, powinnyście być bardziej wytrzymałe. - przeczesała mi włosy i ściągnęła je wstążką tak mocno, że wyrwała mi kilka krótkich włosków z karku. - O wow, jak ja bym chciała mieć tak grube włosy jak ty - westchnęła.
Już miałam jej coś na to odpowiedzieć, gdy podeszła do nas Alice. Była kapitanem mojej drużyny.
-Tu nie wolno palić - powiedziała Alice, gapiąc się srogo na Mirandę.
-Nie ma sprawy. I tak musiałam już iść. - zgasiła papierosa na ławce, wypalając w drewnie dziurę. -Zobaczymy się później, Val, kochanie. - uśmiechnęła się słodko i cmoknęła mnie w policzek.
-Po jakie licho się z nią zadajesz? Nie widzisz jaka jest kopnięta? - spytała łagodnie, gdy tylko Miranda zniknęła za zatrzaskującymi się drzwiami.
-Tylko ty tak uważasz - odpowiedziałam dosyć głośno i stanowczo, aby wzbudzić zainteresowanie pozostałych dziewczyn, jeszcze się przebierających. - A ciebie po jakie licho musi to interesować? To jest wyłącznie moja sprawa z kim się zadaje - rzuciłam jej groźne spojrzenie.
Dziewczyna zauważywszy, że całe zainteresowanie skupiło się na nas - licząc zapewne na jakąś bójkę, szybko się wycofała i po prostu nie odpowiadając nic odwróciła się napięcie.
***
Gdy tylko wyszłam ze śmierdzącej zgnilizną i skarpetkami szatni, postanowiłam, że im szybciej znajdę się w moim pokoju tym lepiej. Wolałam tam się umyć niż kisić w tym smrodzie.
Skierowałam wzroku ku górze. Wysoko na niebie widniał blady księżyc, choć słońce dopiero chyliło się ku zachodowi. Jak cudownie jest móc oddychać, pomyślałam. Uwielbiam spokojną surowość i elektryzującą woń wilgotnego morskiego powietrza jakie tu panuje, w odróżnieniu do Nowego Jorku.
Podłoże, które krętą ścieżką prowadziło do akademii, było trawnikiem usianym kamyczkami.
Ściągnęłam mocniej szelki plecaka na ramionach, zmrużyłam oczy i rozejrzałam się dookoła.
-Wydaje mi się, że tablica informacyjna jest wewnątrz budynku, chociaż... - szepnęłam do siebie.
Właśnie znowu ruszyłam przed siebie, a z każdym moim krokiem rozlegał się chrzęst żwiru. Odskoczyłam na bok, mając wrażenie, że tuż za mną jedzie rower, ale nikogo nie było...? To pewnie ze zmęczenia mam już jakieś... A nieważne...
Ignorując to, doszłam w końcu do samego budynku akademii. Otwierając wielkie drzwi, ogarnęło mnie ciepło i kuszący kawowy zapach i oczywiście tablica informacyjna!
Szybkimi krokiem podbiegłam do niej, szukając wzrokiem jakiegoś czegoś, co by mi mówiło o szkole tanecznej...
Tuż obok mnie stał jakiś chłopak, który z zaciekawieniem czytał pewną informację. Widzę go tu pierwszy raz, czyżby nowy? Większość ludzi z tej akademii kojarzę, ale nie tego młodzieńca.
Zabrzęczał telefon, co było powodem mojego szybkiego i gwałtownego ruchu, który spowodował, że odsunęłam się do tyłu uderzając w chłopaka.
-O, ch*lera, przepraszam! - zawołałam, zauważywszy, że chłopak trzymał w ręku coś szklanego, co niestety ucierpiało przez moją niezdarność.
Szkło rozprysło się pod naszymi nogami, a ja nie wiedziałam jak mam zareagować. Co to w ogóle było? Naczynie? Figurka? Czy co?
-O, kurczę, na serio mi przykro! - zawołałam i schyliłam się.
-Nie musisz przepraszać - spojrzał na mnie błyszczącymi szarymi oczyma, które przeszyły mnie na wylot. - O całe szczęście był to tylko kubek...
-Ale nie jakoś wartościowy dla twojej osoby?
-Nie, nie ma czym się przejmować, ale trzeba będzie to sprzątnąć - wypowiedział te słowa z niesamowitym spokojem, którego tak bardzo mi brakowało.
-Nazywam się Valerie Stein i mieszkam tu od kilku tygodni - wyciągnęłam do niego rękę.
-Lambert. Lambert Valurson - wypowiedział swoje imię i nazwisko z zachodnim akcentem i podał swoją zimną dłoń, ściskając lekko mojej.
-Fajnie cie poznać, Lambercie Valursonie. A tak w ogóle, wiesz, że masz boskie włosy? Przez cały czas się na nie gapiłam, co, tak na marginesie, było powodem, że nie mogłam się w porę zatrzymać - rzuciłam z uśmieszkiem.

(Lambert? Ehh... Nie miałam zbytnio pomysłu na nasze spotkanie ;/)

wtorek, 14 lutego 2017

Valerie!

Imię: Valerie dla przyjaciół Val
Nazwisko: Stein
Wiek: 18 lat
Płeć: kobieta
Nr pokoju: 9
Głos: Alexandra Burke - Hallelujah
Rodzina: ♥matka - Victoria Stein, ♥ojciec - Milton Stein, ♥starsza siostra - Alison Stein
Charakter: Valerie to typowa ekstrawertyczka, która eksploduje energią i optymizmem. Z tą dziewczyną nie sposób się nudzić, te nieokiełznane dziewczę ma zawsze głowę pełną pomysłów, które w zasadzie nie zawsze wychodzą jej na dobre...no, ale! Jest ryzyko jest zabawa! Albo szpital albo sława! (Kiedyś to się może źle dla niej skończyć).
Może sprawiać wrażenie wiecznie zabieganej i zajętej - ależ nie, nic z tych rzeczy, ona po prostu szybko i żwawo się porusza jak i zachowuje.
Strasznie gadatliwa, jej pozytywne myślenie jest zaraźliwe - każdy w jej towarzystwie miło spędza czas. Jest entuzjastycznie nastawiona do każdego rodzaju zabawy. Nic dziwnego, że ludzie uwielbiają mieć ją w pobliżu. Co więcej, Val naprawdę lgnie do ludzi - niczym ćma do światła. Cieszą ją nowe znajomości, jest zafascynowana całym światem i żyjącymi w nim istotami - nie tylko homo sapiens, ale wszystkimi zwierzętami.
Valerie jest także wrażliwa na czyjąś krzywdę, bardzo przeżywa czyiś ból, smutek, cierpienie. Niezależnie jak dobrze będziesz ukrywać swoje zmartwienia ona i tak je dostrzeże. Tak zresztą to bardzo emocjonalnie podchodzi do wszystkich aspektów życia.
Z pozoru wydaje się, że jej charakter posiada same zalety. Nie, nikt nie jest idealny, a więc jej osobowość także ma wady, takie jak np: jej działania często są podejmowane pod wpływem impulsu przez to są zbyt pochopne i nieprzemyślane. W sytuacjach bardzo stresujących potrafi czasem zachowywać się histerycznie.
Aparycja: Val to ciemnoskóra, wysoka (172 cm) dziewczyna o kobiecym, proporcjonalnym i umięśnionym ciele. Posiada długie, ciemne, grube włosy, które zazwyczaj spina w kok lub kucyk.
Dziewczyna uśmiechając się ukazuje przy tym swój rząd białych zębów. Z pod gęstych i aksamitnych rzęs można dostrzec jej łagodne ciemno-brązowe oczy.
Ulubiony koń: Orion
Własny koń: brak
Poziom jeździectwa: początkujący
Partner: brak
Historia: Valerie pochodzi z najludniejszego miasta w Stanach Zjednoczonych, czyli z Nowego Jorku. To tam się urodziła i wychowywała nasza Val. Dorastała w pełnej rodzinie otoczona miłością i troską, jej przeszłość niebyła jakoś specjalnie tragiczna, ale różowa też nie.
Jazda konna zafascynowała ją, gdy miała 16 lat, w tamtym czasie, kiedy to jeździła co wakacje na wieś do swojej babci, jej sąsiad wykupił piękną arabską klacz, w której Val od raz się zakochała. To była pierwsza, tak bliska styczność Valerie z tymi zwierzętami - w końcu w tak tłocznym miejscu jak Nowym Jorku jest ciężko o posiadanie konia. Zafascynowana tymi zwierzętami pragnęła nauczyć się jazdy konnej, a mianowicie dostać do AMH, aby rozwijać się w tym kierunku. Czuła, że godzinne lekcje tej dziedziny sportu były niewystarczające. Rodzice zgodzili się na wyjazd swojej córki na Floryde, ale pod jednym warunkiem - musi mieć ukończone 18 lat.
I tak po dwóch latach trafiła tutaj.
Inne: |Jest bardzo aktywna fizycznie, codziennie rano jak i wieczorem biega||Uprawia wiele sportów w tym: pływanie, siatkówka, tenis||Uwielbia pić zieloną herbatę||Jest świetną tancerką rock and rolla||Nigdy nie paliła||Pod wpływem alkoholu staje się bardzo sentymentalna i płaczliwa||Jest kiepska w ścisłych przedmiotach||Ma świetną orientacje w terenie||Lubi chodzić na spektakle teatralne jak i baletowe||Nienawidzi ostrego jedzenia||Miłośniczka muzyki rock 'n' roll||Ma ofidiofobie|
Inne zdjęcia: 1  2  3
Kontakt: Lady Hamona