Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Arthur. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Arthur. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 28 listopada 2016

Od Arthura C.D Cavana

Cavan - pierwszy człowiek którego tu spotkał i prawdopodobnie do siebie zraził. Miał talent do niezawierania znajomości. W tej chwili akurat średnio interesowało go co sądzi o nim przypadkowy mężczyzna. Mógł podziwiać konie. Kunszt jeździecki ludzi, którzy je dosiadali był akurat sprawą mniej ważną. Sama obecność zwierząt zdawała się działać na niego uspokajająco. Niestety działało to tylko na żywo, żadne filmy, seriale czy obrazy z końmi w roli głównej nie działały, sprawiały mu tylko większy ból. Oczywiście, że chciał znowu jeździć po wypadku, żałował każdej chwili, której nie spędził na koniu, ale nie potrafił się zmusić do wstania z fotela. Nie wiedział czy to wszystko było jego winą, ale z pewnością ponosił część odpowiedzialności za śmierć Ariadne, jego biedna klacz…..
„Kiedyś znowu będę dobry” pomyślał i to już było coś. Jeszcze tydzień wcześniej nawet nie wpadłoby mu do głowy, by wrócić do dawnej formy. Ile tutaj był? Dziesięć minut? „Opanuj się Arthur, za szybko” nie powinien dawać ponieść się emocją, wpierw trzeba zobaczyć czy nie spadnie z konia po paru sekundach. Myśl, że coś takiego mogłoby się zdarzyć skutecznie sprowadziła go na ziemie. To byłoby najbardziej upokarzające z doświadczeń, chociaż nikt go tu raczej nie zna. Nawet podczas tak zwanych lat świetności, która przeminęły po wypadku, nie był bardzo znany poza niewielkim gronem pasjonatów WKKW. Chciał zamknąć swoją przeszłość w klatce i już więcej nie wypuszczać, wystarczyło trzymać język za zębami, co nigdy nie sprawiało mu problemów.
- Był mistrzem, naprawdę. Wsadźcie go od razu na najbardziej narowistego…
- Gabriel – westchnął cierpiętniczo. Co za idiota, jeszcze go instruktorzy przypadkiem posłuchają. Arthur był realistą i wiedział, że na razie powinien trzymać się spokojnych przypadków. Gabriel szedł w jego stronę, rozmawiając z jakimś, na oko pięćdziesięcioletnim mężczyzną, pewnie właściciel
- Pana brat nie mógł się pana nachwalić – powiedział pan Rose. – Mam nadzieje, że chociaż część informacji była prawdziwa.
- Niewielka – odpowiedział, patrząc morderczym wzrokiem na Gabriela, który tylko wzruszył ramionami. – Arthur Shurley – wyciągnął rękę, którą właściciel uścisnął.
- James Rose, cieszymy się, że postanowiłeś zostać naszym uczniem – wyglądało, jakby naprawdę to myślał, w jakiś sposób sprawiło to, że Arthur automatycznie polubił mężczyzną.
- No, skoro już się sobie przedstawiliście, to ja będę leciał.
- Zaraz co?
- Sam chciałeś się mnie pozbyć, braciszku – powiedział Gabriel z firmowym uśmieszkiem a la zawadiaka. – Zobaczymy się na święta – i tyle i poszedł. Nie żeby Arthur spodziewał się nagłego ataku braterskiej miłości, rzucenia się sobie w ramiona, czy innych bzdetów, ale uściśnięcie ręki byłoby miłe. Niestety Gabriel tak miał, wpadał i wypadał niespodziewanie. Żadnych przywitań, żadnych pożegnań, mówił, że to marnotrawstwo czasu. Jego najdłuższym domem było mieszkanie w centrum Miami, które wynajmuje od roku. Nie potrafił wytrzymać w bezruchu, ciągle coś pchało go gdzieś dalej ku światu.
- Twój pokój ma numer dwadzieścia trzy – powiedział pan Rose. Chyba jednak Arthur trochę za bardzo zatonął w swoich myślach. – Jest w budynku akademika. Normalne zajęcia już trwają, jutro powiem ci w której grupie jesteś.
- Dziękuję panu – odpowiedział Arthur. – A czy nie mógłbym może… - ruchem głowy wskazał na jeźdźców. Czuł się jakoś dziwnie zawstydzony, prosząc o pozwolenie na pojeżdżenie chociaż przez najniższe przeszkody. Nie mógł się jednak powstrzymać, aż go świerzbiło by wskoczyć na konia i jechać w siną dal, albo chociaż przez padok.
- Hmmm – pan Rose spojrzał na zegarek – Jeżeli się pośpieszysz to o dwunastej nikt nie ma jazd na parkurze. Stajenni powiedzą ci, którego konia możesz wziąć. Tylko nie przesadzaj. – zastrzegł, a Arthur pokiwał głową i ciutkę zbyt energicznym krokiem ruszył do budynków mieszkalnych. Znalezienie dwudziestki trójki nie było trudne, rzucił na wolne łóżko swoją torbę, przebrał się i ruszył w stronę stajni. Robert nie był z tego powodu zadowolony, ale na razie wolał nie zabierać go do stajni – za dużo nowych zapachów. Poza tym jego głowę zaprzątało coś innego. Wsiądzie na konia. Jezu tyle czasu minęło, czy on jeszcze coś tam pamięta? Oby pamiętał.
Ledwie usłyszał co mówił do niego stajenny. Skierował się ku wskazanemu boksowi. Paint był naprawdę pięknym koniem, co więcej spokojnym. Arthur wyciągnął rękę ku jego chrapą i pogłaskał. Szybko jednak zakończył te czynności i ruszył po sprzęt. Po wyczyszczeniu konia stał przez chwilę niepewnie. „Weź się w garść i nie dramatyzuj” powiedział do samego siebie i zabrał się za siodłanie. Działał automatycznie, starając się jak najmniej myśleć o wykonywanych czynnościach.
- Od dawna tego nie robiłem, wiesz? – powiedział do Painta, gdy stali już na parkurze z przeszkodami, z którymi dawniej nie miałby żadnego problemu i przeskoczyłby z zamkniętymi oczami. Kiedy wsadził nogę w strzemię i próbował wsiąść za pierwszym razem nie wyszło. Potrząsnął głową, jakby to miało pomóc mu pozbyć się natrętnych myśli i spróbował jeszcze raz. Świat z tej perspektywy nareszcie wydawał się na miejscu. Wziął głęboki wdech delektując się sytuacją i ruszył stępem. Starał się znowu wczuć w rytm i utrzymywać w perfekcyjnej pozycji, nie dobrej, perfekcyjnej. Arthur nigdy nie robił nic na pół-gwizdka, nawet jeśli chodzi o trzymanie pleców prosto. W końcu złapał TO COŚ, jakiś trudny do nazwania przełącznik przestawił się w jego głowie i już wiedział dokładnie co robi. Chociaż to też nie było odpowiednie słowo, raczej czuł. Oczywiście, że popełniał jakieś błędy, sam zresztą to czuł, ale w momencie, gdy Paint przeszedł z kłusa w galop to znalazło się na marginesie jego świadomości. Po prostu, po ludzku czuł się świetnie, pierwszy raz od wypadku. Żadne widmo nad nim nie wisiało. Pierwszy raz ojciec nie wydawał się złym duchem, nawiedzającym w snach i przypominającym o swojej obecności na jawie. Teraz raczej patrzył z góry, uśmiechając się lekko i pilnując. I może ta prosta czynność trwałaby wiecznie, tak jak zachował w swojej pamięci, gdyby nie Cavan. Tym razem chłopak trafił na naprawdę dobry moment, gdy tarcza Arthura częściowo opadła i można było zobaczyć u niego nawet odrobinę uczuć, co więcej, sam zaczął rozmowę.
- Cześć.
- Hej – i to chyba było na tyle. Cavan jednak przerwał jego jazdę i trzeba było jakoś wykorzystać ten fakt.
- Wiesz może czy mieszkańcy pokoju numer dwadzieścia trzy tolerują zwierzęta? Jestem tam przydzielony i zastanawiam się czy mój pies nie będzie problemem.
(Cavan?)

niedziela, 27 listopada 2016

Od Arthura do Cavana

Budynki Akademii rysowały się już na horyzoncie, a Arthur był co raz mniej przekonany do swojej decyzji. Co go podkusiło by się zgodzić? Jeździectwo wydawała mu się już przeszłością, której nie powinien ruszać, a tu proszę – ma zamiar uczęszczać na jazdy sześć dni w tygodniu. Gabriel zdawał się nie zauważać wahania brata i radośnie śpiewał piosenkę Madonny płynącą z radia, nie przejmując się takimi drobnostkami jak odpowiedni rytm. Cała resztka rodziny jaka mu została dzwoniła z gratulacjami. Pierwsza była ciotka Amara, która w zdawkowy sposób pochwaliła jego decyzje o wyjściu z domu i wycieczce przez trzy stany. Wydawała się zdziwiona własnymi słowami, jakby już spisała go na straty. Wolał o tym nie myśleć. Misiek to zupełnie inna sprawa. Ostatni raz był taki szczęśliwy, gdy Rachel powiedziała, że jest w kolejnej ciąży z bliźniakami. Starszy brat jakoś nigdy nie miał szczęścia w długotrwałych związkach i mimo trzydziestu dwóch lat na karku wciąż nie miał dzieci. Zdecydowali się na nie z żoną już jakiś czas temu, ale natura zdawała się przeciwna powiększaniu rodu Shurley aż do teraz. Zresztą sama Rachel też się odzywała w tle, wykrzykując pochwały co do tej dorosłej decyzji, by ruszyć dalej. Nikt z nich nie musiał wiedzieć, że Gabriel odwalił dziewięćdziesiąt procent roboty, przywożąc do słonecznego, pełnego życia Miami. Kolejne pięć to robota Roberta. Wzięcie psa ze schronisko było szlachetne i niezwykle głupie, ale nie potrafił tego żałować, gdy samiec tulił się do niego na siedzeniu obok.
- Jesteśmy! – co? Już? – Chodź, przywitamy się.
- O nie, nie, nie, ty nigdzie nie idziesz! – złapał brata za ramię, gdy ten już chciał otwierać drzwi.
- Boisz się, że zbłaźnię cię przed nowymi znajomymi? – na twarzy Gabriela pojawił się paskudny, prześmiewczy uśmieszek.
- To nie liceum – mruknął Arthur.
- No właśnie, nie masz się czego bać!
- Gabriel! – krzyknął, ale było już za późno. Pozostało mu chwycić torbę w jedną, a smycz Roberta w drugą rękę i spróbować dogonić brata. – Daj mi coś załatwić samemu – fakt, ze wszyscy tak o niego dbali był przytłaczający. Rozumiał, był może niceo słabszy psychicznie niż oni, może trochę gorzej wszystko przeżył, ale nie był dzieckiem, poradzi sobie. Gabriel nie musiał udawać, że zupełnie przypadkiem wybrał stajnie niedaleko swojego miejsca zamieszkania. Już pokazano mu drogę, nie wywróci się, nikt nie musi prowadzić go za rączkę.
- Nawet nie wiesz jak wyglądają właściciele. Znajdziemy ich, pogadamy i sobie pojadę, skoro tak bardzo nie chcesz mojego towarzystwa – Arthur popatrzył na niego podejrzliwie, ale nie wyglądało na to by kłamał. – Zobaczę w domu, a ty przejdź się po padokach, może mają lekcje.
- Przed chwilą sam powiedziałeś, że nawet nie wiem jak wyglądają!
- Chyba umiesz powiedzieć słowo „Rose”, poradzisz sobie! – odkrzyknął i skierował się w stronę budynku.
- Głupek – powiedział Arthur mimowolnie się uśmiechając. Poprawił torbę i ruszył z Robertem w stronę najbliższej stajni.
Konie… nawet nie zdawał sobie sprawy jak bardzo tęsknił za tymi zwierzętami. Gdy zobaczył parę z nich na padokach ledwo powstrzymał się przed pobiegnięciem w tamtą stronę. W końcu był Arthurem, nie mógł nagle stracić całego swojego wewnętrznego spokoju tylko dlatego, że chce pogłaskać konika. Podszedł więc spokojnie do jednego z nich i dał Robertowi w spokoju oswoić się z nowym stworzeniem. Prawdopodobnie by tak stał i się patrzył, całkowicie zadowolony z życia, gdyby nie jakiś głos, który odezwał się za plecami.
(Cavan?)

Arthur!


Imię: Arthur
Nazwisko: Shurley
Wiek: 25 lat
Płeć: Chłopak
Nr pokoju: 23
Rodzina:
Lisa Cuddy – matka
Chuck Shurley – ojciec
Amara Shurley – ciocia
Michael „Misiek” Shurley – starszy brat
Gabriel Shurley – starszy brat
Charakter: Arthur jest jak termos – wszystkie ciepłe uczucia trzyma w środku. Ludzie postrzegają go różnie, zazwyczaj niezbyt pochlebnie i niezbyt prawdziwie. Zimny drań – jedno z najostrzejszych określeń i jedno z najtrafniejszych. Jest pod pewnymi względami bardzo bezwzględny, może się wydawać, że pozbawiony wszelakich uczuć. Usilnie stara się na takiego wyglądać. Niezbyt interesuje go czy jest lubiany czy nie, zupełnie nieistotne. Równie nieistotne jest czy jego opinia cię urazi czy nie. To nie tak, że nie chcę mieć przyjaciół, wręcz przeciwnie, marzy o nich, po prostu zdobycie takowych jest trudne i pracochłonne.
Sztywny – dla wielu jest to jednoznaczne z brakiem poczucia humoru. Arthur ma go całą masę, tylko nie jest do końca zrozumiałe przez wszystkich. Śmieszy go niewielka ilość rzeczy, jeśli akurat uda ci się na jedną z nich trafić to wierz, że usłyszysz głośny, średnio przyjemny dla ucha śmiech, który Arthut zapewne będzie próbował powstrzymać. Nie lubi łamania zasad, po coś je wymyślono. Wie, że nie wszystkie są słuszne, wiele z nich mu się nie podoba. Mimo wszystko pilnuje wszystkich, wybieranie z którymi się zgadza, a z którymi nie, zamieszałoby w sytuacji zupełnie niepotrzebnie. Owszem, to donosiciel. Jeśli twoje zachowanie mu się nie spodoba – zakapuje cię. Proste.
Niemiły – to kłamstwo, nie jest niemiły, po prostu nie jest miły. Nie chce nikogo specjalnie urazić, bo i po co. Zwyczajnie mówi prawdę, niezależnie czy ona cię zrani czy też nie. Nie stara się nikomu specjalnie dogodzić swoimi słowami – inni są w tym lepsi. Prawienie komplementów czy pochwał zawsze wychodzi mu bardzo niezręcznie, dlatego zaprzestał to robić. Równie duży problem jest z mówieniem o uczuciach. Nie ma słów by dokładnie określić nawet te najprostsze, a Arthur nienawidzi niedopowiedzeń. Prowadzą one do nieporozumień, a te z kolei do konfliktów. Ich zresztą też nie znosi. Jego dość nieliczne dłuższe kontakty z innymi ludźmi stara się prowadzić tak, by do takowych nie dopuścić.
Nie rysuje nam się zbyt przyjemny obraz, prawda? No cóż, Arthur nie jest przyjemnym człowiekiem, to powyższych cech można dodać jeszcze cynizm i potrzebę wytykania najmniejszych błędów. Mówiliśmy jednak o termosie, prawda? Cieplejsze uczucia u niego istnieją, można je zauważyć jedynie w kontaktach z braćmi i końmi. Z tymi pierwszymi jest bardzo zżyty i pozwala sobie nieco opuścić gardę, podokuczać sobie, pouśmiechać się. Konie wywołują u niego olbrzymie pokłady czułości, jeszcze większe cierpliwości, której nawet w innych sytuacjach mu nie brak, ale także coś innego. To przypomnienie czasów, gdy był świetny, niezbyt miłe przypomnienie. Jednak jeśli chcesz zobaczyć prawdziwego Arthura, który nie broni się przed ludźmi, ale wciąż jest upartym, spokojnym i chłodnym draniem z nieco łagodniejszym obliczem, przyjrzyj mu się podczas jazdy, gdy będzie sam.
Aparycja: Arthur jest mężczyzną przeciętnego wzrostu, o niezwykle wychudłej sylwetce. Jest to spowodowane całymi miesiącami życia w stanie wegetacji, które zapewniły mu olbrzymi zrzut wagi. To prawdopodobnie jeden z najbardziej szykownie ubranych mężczyzn jakich poznasz. Jeżeli uda ci się go spotkać poza stajnią najprawdopodobniej będzie ubrany w marynarkę, niezależnie od temperatury. Samo jeździectwo wymogło na nim porzucenie ich na czas pracy w stajni i treningów, więc próbuje to sobie wynagrodzić nosząc je wszędzie indziej. Włosy zawsze krótko ścięte, nie licząc pewnego krótkiego okresu z czasów nastoletnich, gdy zapuścił je nieco. Czy jest przystojny? No cóż, kwestia zależna od osoby.
Ulubiony koń: Severus
Własny koń: -
Poziom jeździectwa: Średnio-zaawansowany, chociaż kiedyś był znacznie lepszy.
Partner: -
Historia: Można dosłownie powiedzieć, że urodził się w siodle, ale od początku. Jego matka, Lisa Cuddy, była jedną z najlepszych zawodniczek młodego pokolenia. Ścigała się jak nikt, mając swój własny, niepowtarzalny styl. Jej kariera zdecydowanie zwolniła w wieku dwudziestu siedmiu lat, gdy poznała Chucka Shurleya. Mężczyzna drobny, niepozorny, pisarz tanich książek fantasy, które nigdy nie trafiały na listy bestsellerów. Spotkali się zupełnie przypadkiem na przystanku. Lisa w odruchu dobrego serca postanowiła podwieźć przemoczonego nieznajomego. On odwdzięczył się zaproszeniem na kawę i tak też się wszystko zaczęło. Spotykali się regularnie co drugi piątek i powoli oboje zaczęli się co raz bardziej angażować. Lisie zdarzało się przesuwać treningi, by tylko zdążyć dojechać do restauracji „Lecter&Graham” na czas. Chuck przestał ubierać się w swoje stare, znoszone flanele, zamieniając je na starannie wyprasowane koszule, a czasem też krawaty. I jak to zwykle bywa, pewnego dnia wypili odrobinę za dużo, spotkanie odrobinę się przedłużyło, a dom, dokładniej sypialnia Cuddy, spokojnie pomieściła dwie osoby. Następnego dnia o poranku zrobiło się trochę niezręcznie, chociaż to i tak nic przy sytuacji, która wydarzyła się kilka tygodni później. Lisa wpadła do domu Chucka, którego adres udało jej się w końcu zdobyć, a drzwi otworzył jej siedmioletni chłopiec. Nie, nie było żadnej pani Shurley, ale za to znalazły się dwa małe shurleyątka: wspomniany wcześniej siedmioletni Misiek i czteroletni Gabriel, a dołączyć miała do nich też pewna bezimienna jeszcze osóbka. Owszem, Lisa była w ciąży i był tylko jeden kandydat na ojca. Mimo początkowych problemów oboje stwierdzili, że nie ma wyboru i wychowają malucha wspólnie. Niestety, plany mają to do siebie, że nie wychodzą. Kobieta starała się jak najdłużej utrzymać w sporcie, ale w końcu musiała odpuścić i skupić się na ciąży, która łagodnie rzecz ujmując nie była prosta. Podczas porodu nastąpiły komplikacje, które zabrały ją z tego świata i zrobiły z małego chłopca pół sierotę. A Chuck miał kolejnego syna do wychowania, Arthura.
Malec dorastał w nieco niepełnej, ale wspanialej rodzinie. Ojciec miał wiele kobiet, ale żadna nie zagościła w ich życiu na tyle długo by nazywać je chociażby ciociami. Jedyną kobietą, która została u nich na dłużej była siostra ojca – Amara. Była jedyną namiastką matki na jaką mogli liczyć. Chuck miał już podwójne doświadczenie w wychowywaniu chłopców, ale obecność dodatkowego nie pomogła ich słabej sytuacji finansowej. Jako pisarz nie mógł liczyć na stałe i wysokie zarobki, które były uzależnione od poczytności jego średniej jakości książek, a zainteresowanie nimi powoli malało. Mieszkali w niewielkim, jednopiętrowym domku na przedmieściach, który wiecznie wyglądał jakby przeszło przez niego tornado, ciocia Amara już dawno przestała próbować tam sprząta i tylko raz na jakiś czas uzupełniała im lodówkę o produkty nieco mniej podstawowe od chleba i jajek. I mimo tego opisu Chuck był dobrym ojcem, starał się przynajmniej i próbował, ciągle próbował być jeszcze lepszym, może tylko czasami wypił o kieliszeczek za dużo.
Misiek starał się być najlepszym starszym bratem i dobrze mu to wychodziło. Chronił Arthura i Gabriela przed wszystkim: gniewem ojca za zniszczony wazon, silniejszymi dzieciakami w szkole, nauczycielami denerwującymi się za oceny. Sam zawsze był popularnym dzieciakiem, dziewczyny go kochały, chłopaki chcieli się z nim przyjaźnić, a dyrektor nigdy nie gościł go w swoim gabinecie. To było jednocześnie wspaniałe, bo w każdej sytuacji mogli się do niego zwrócić, Misiek zawsze zaradzi. Niestety nikt nie był w stanie dosięgnąć do jego poziomu i być równie doskonałym synem czy uczniem. Z Gabrielem było inaczej. Mimo czteroletniej różnicy wieku wciąż potrafił zachowywać się jak małe dziecko. Razem z Arthurem tworzyli prawdziwe dynamiczne duo, gdziekolwiek się nie pojawili to zwiastowało kłopoty. Arthur był nieco spokojniejszy, ale bardziej uparty w swoich głupich pomysłach. I jakoś tak im szło. „Gabe i Arti” jak to skracano ich imiona, wariowali. Amara i Chuck udawali odpowiedzialnych rodziców, tylko jedno z nich nie było odpowiedzialne, a drugie nie było rodzicem. Misiek uspokajał całą atmosferę.
Arthur oczywiście zdawał sobie sprawę z zawodu swojej zmarłej matki, ale jakoś nigdy nie wydawało mu się to istotne. Konie owszem nieco go fascynowały, ale dokładnie tak samo jak psy, koty czy niedźwiedzie. Swoją przyszłość na początku wiązał z byciem strażakiem, potem z medycyną. Trwało to do dwunastego roku życia, gdy Gabriel powiedział „Słuchaj, jak się wsiada na konia?”. Jego kolejna dziewczyna była zafascynowana jeździectwem, więc Gabe postanowił się jej przypodobać zapisując na lekcje jazdy konnej. Niestety sprawa nie była taka prosta. Wszystko kosztowało, więc musieli znaleźć jak najtańszą szkołę, jednak to też nie było wystarczające. Jako dobry brat Arthur postanowił dopomóc bratu w podbojach miłosnych i razem złożyli kieszonkowe, by Gabriel mógł co tydzień chodzić i próbować swoich sił w utrzymywaniu się w siodle. Pewnej pamiętnej soboty rozchorował się, żeby nie stracić pieniędzy Arthur postanowił pójść za niego. Nie miał żadnych oczekiwań, myślał, że chwile sobie postępuje i pójdzie. Jednak…. No właśnie jednak. Nie było fajerwerków, czy nagłego uczucia spełnienia, ale spodobało mu się. To było coś innego, nowego. To dziwaczne poczucie zaufania jakim musiał obdarzyć czworonożna istotę, zadziwiająca przyjemność z każdej czynności, którą zrobi dobrze i pierwsze kroki bez lonży. Umowa się zmieniła i teraz co trzy tygodnie Arthur udawał się na lekcje. Po jakimś czasie zmieniło się to na dwie lekcje w miesiącu, potem trzy, aż w końcu sytuacja całkowicie się zmieniła i Gabriel pomagał fundować pasje brata, podczas gdy sam zajął się czymś zdecydowanie tańszym – kucharstwem.
Z biegiem lat stawał się co raz lepszy i lepszy, aż w końcu ktoś zasugerował, by związał swoją przyszłość z jeździectwem. To było szaleństwo, kompletne szaleństwo. Nie powinien, musiał myśleć o rodzinie, o ojcu, ciotce, kiedyś przestana być w stanie się utrzymywać i razem z braćmi będą musieli ich utrzymywać. Jazda konna nie była pewną pracą, musiałby być naprawdę dobry by zarobić. Naprawdę, nie powinien, nie powinien. Nie ważne jak bardzo kochał to uczucie kiedy koń przeskakiwał nad przeszkodą, jak uwielbiał zapach stajni, jak spokojnie się czuł ze szczotką w dłoni lub siedząc w siodle. Miał już osiemnaście lat, jako jedyny wciąż mieszkał w rodzinnym domu na utrzymaniu ojca. Bez Gabriela u boku ilość bezsensownych pomysłów uległa zmniejszeniu i teraz starał się być w miarę odpowiedzialnym człowiekiem. Tak bardzo chciał nim być…. ale dzień przed złożeniem papierów na medycynę podjął decyzje, podarł je i spalił. Następnego dnia z samego rana stawił się na treningu.
I rzeczywiście życie zdawało się go lubić. Żeby móc trenować w lepszej stajni zatrudniał się w każdej możliwej pracy, od opiekuna do dzieci, przez kelnera, do pracownika fizycznego – to akurat szło mu najgorzej. Jednak w pewnym momencie przestało to być już potrzebne. Stał się dobry, autentycznie dobry w WKKW i mógł sobie pozwolić na własnego konia – przepiękna młoda klacz o imieniu Ariadne. I wszystko wydawało się wspaniałe. Powoli piął się ku górze, wygrywając co raz to ważniejsze konkursy, jego nazwisko stawało się znane w kręgach jeździeckich.
A potem skoczył. Dokładniej Ariadne skoczyła. Arthur oglądał wiele relacji z tamtego dnia. Jego klacz była świetna w ujeżdżaniu. Piękna, harmonijna sylwetka i całkowite posłuszeństwo człowiekowi – po prostu poezja. Skoki też nie sprawiały jej problemu, umiała to robić, oboje umieli. Wtedy jednak nie wyszło. Za szybko dał jej sygnał, a może to ona za nisko podniosła nogi… ważne jest to, że Arthur skończył z urazem mózgu, dwoma złamanymi żebrami i nogą w dwóch miejscach. Stracił przytomność i nie odzyskał jej przez następne dwadzieścia cztery godziny, więc Misiek był zmuszony podjąć decyzje co zrobić z klaczą. Ariadne złamała kończynę. Trudno powiedzieć czy miała szanse wyzdrowieć, nawet jeśli to były bardzo niewielkie. Kiedy Arthur obudził się w szpitalu na krześle spał Gabriel, ojciec i ciotka rozmawiali ze sobą na korytarzu. Jedynie Miśka nie było, to go zaniepokoiło. Brat nie zostawiłby go, nie ważne czy by się waliło czy paliło. Kiedy w końcu przyszedł nie był w stanie spojrzeć mu w oczy, tylko pod nosem powiedział „Musiałem to zrobić” i już. Wystarczyło, wiedział o co chodzi.
Po skończonej rehabilitacji nie wsiadł na konia, nawet do żadnego nie podszedł. Nie mógł. Trwał w stanie wegetacji, każde z tych zwierząt przypominało mu Ariadne. Zabił ją, nawet jeśli nieudany skok nie był jego winą, to gdyby wybrał innego konia, gdyby nie pojechał na te jedne zawody. Poczucie winy było przygniatające, ale wszystko pogorszyła śmierć ojca. Chuck Shurley zmarł w wypadku samochodowym, jadąc z supermarketu do domu. Nie pamiętał co się działo po pogrzebie. Samą uroczystość pamiętał świetnie. Świeciło paskudne słońce, które nie pasowało do całej atmosfery i wydawało się kpić z całej żałoby. Później życie zmieniło się w jedną, niekończącą się czarną plamę samotnej egzystencji. Wszechświat stał się miejscem przerażającym i pustym, mimo bliskich, którzy starali się być obok. Nie udało im się jednak wybić dziury w ścianie odgradzającym go od życia. Trwał tam przez dni, tygodnie, miesiące, nie opuszczając ani na chwilę. To go powoli zabijało, czuł jak każda komórka naszego ciała powoli traciła chociażby najmniejszą odrobinę chęci do istnienia. Zmarłby tam cicho, niezauważalnie w fotelu, gdyby nie Gabriel. Pewnego dnia po prostu wpadł do domu Arthura ze swoją energią i ciastkami. Wyciągnął go na zewnątrz, na słońce, widziane po raz pierwszy od miesięcy nie przez szyby, a potem dosłownie wrzucił do samochodu razem z torbą, wypełnioną niezbędnymi rzeczami i zawiózł do swojego domu w Miami. Został poinformowany, że tak dalej być nie może i od następnego tygodnia ma zapewnione miejsce w Akademii Jeździeckiej. Miał teoretycznie możliwość się nie zgodzić, mógł wrócić do domu i swojej ciemnej ściany. Jednak nie zrobił tego, ten jeden raz całkowicie uległ woli Gabriela i siedem dni później wylądował tutaj, z torbą podróżną, wypełnioną już nieco staranniej, psem i nadzieją, że może będzie lepiej.
Inne:
- Jego ulubionym kolorem jest czarny. Bez komentarza.
- Ma ze sobą jedno rodzinne zdjęcie: razem z braćmi, ojcem i ciocią byli w wesołym miasteczku. Chwile wcześniej Misiek wygrał na strzelance dwa, nomen omen, misie. Gabriel trzymał swojego wielkiego, brązowego w ramionach, a Arthur oddał pana Crocketta tacie, którego trzymał za rękę. To jedyne zdjęcie ojca jakie ze sobą zabrał.
- Przywiózł ze sobą misia – Pana Crocketta – nie istotne, że pluszak ma dwadzieścia lat.
- Pija kawę litrami.
- Niemalże codziennie rozmawia ze swoimi braćmi.
- Nie ma prawa jazdy, ale umie prowadzić samochód.
- Nieźle gra w pokera.
- Zawsze chciał odwiedzić Meksyk.
- Płaczę na „Czarnym Księciu”
- Umie grać na pianinie.
- Ma lęk wysokości.
Kontakt: julkaczaps