- Wypraszam sobie. - Fuknęłam. - Jeżeli noszą coś pod sercem, to jest to płci żeńskiej. Czekaj, zapomniałam, że nie posiadam serca - westchnęłam z ciągłym uśmiechem na twarzy.
- Nazwiemy go Luke Junior - powiedział, a po chwili upił kolejny łyk aromatycznej kawy.
- Nie. - Żąchnęłam się i uniosłam głowę do góry. - Adeline Juniorka - zaśmiałam się i sięgnęłam po kubek, który teraz w ręku dzierżył chłopak.
- Nie dam Ci. Nie możesz. - Bąknął i wypił ostatni łyk jakże malutkiej kawy.
- Jak tak to ma wyglądać, to może podziękuję Tobie w roli tatusia - rzuciłam, a blondyn nagle zerwał się z miejsca i podszedł do śmietnika, który stał na samym końcu sali. Jednakże gdy tylko wrócił ponownie chwyciłam jego dłoni, ale tym razem był to mój silny uścisk.
- Wiesz co? Cholernie się boję, ale jakoś damy radę - uśmiechnęłam się, a moje czekoladowe tęczówki zabłysnęły pozytywną energią.
~*~
Po tygodniowym pobycie w szpitalu, poczułam ulgę gdy w końcu mogłam zasnąć w moim najwygodniejszym na świecie łóżku, tuż przy boku Luke'a, który również był niesamowicie niewyspany, ponieważ praktycznie wszystkie dni i noce spędzał tuż obok mnie. W tamtych momentach poczułam jak bardzo zależy blondynowi na mojej osobie, której w tym momencie nienawidziłam. Nie mogłam zdzierżyć tego, jak mogłam tak mocno zatracić się w alkoholu i doprowadzić nasz związek niemalże do całkowitego rozpadu, którego rzecz jasna nie chcieliśmy. Jednakże w tym momencie gdy moja głowa tylko zetknęła się z materiałem poduszki, powieki od razu się przymknęły, a mój mózg odpłynął pławiąc się w ramionach spokoju i ciszy, której od kilku dni tak bardzo pragnął.
- Wstajemy, kochanie. Przecież już dzisiaj się przeprowadzamy - ze snu wybudził mnie ciepły i spowity w chrypce głos, który na pewno wydobywał się z blondyna. Jego usta złożyły na moim czole pocałunek, a ja otwierając delikatnie oczy, zobaczyłam, że niebieskooki stoi nade mną, ubrany i gotowy do przeprowadzki. Gwałtownie podniosłam się z materacu, dopiero wtedy zauważając, że cały pokój zastawiony był w przeróżnej wielkości pudełkach, napakowanych po brzegi przeróżnymi rzeczami, które zdążyłam uzbierać przez cały pobyt w Akademii Magic Horse. Czując ciepłe dłonie chłopaka na moich ramionach, uśmiechnęłam się pod nosem i mimowolnie mruknęłam przez delikatność, którą okazywał mi Luke.
- Jejku, przestań bo mnie drażnisz - zaśmiałam się i pogładziłam policzek młodego mężczyzny, który miał zostać ojcem mojego dziecka. Wczorajszego dnia nawet nie zdążyłam się przebrać przez to, że byłam aż tak śpiąca i wymęczona pobytem w szpitalu. Co prawda nadgarstek ciągle mi przeszkadzał, ponieważ rana bardzo piekła, a niekiedy zaczynała krwawić w małych ilościach. Tak szczerze kompletnie nie zwracałam uwagi na tamto wydarzenie, ponieważ starałam żyć myślą o tym, że już niedługo zostanę mamą, a mój ukochany chłopak zostanie ojcem mojego dziecka. Wybudziłam się z myśli, gdy usłyszałam, że chłopak bierze się za pierwsze pudła.
- Wiesz co Ci powiem? Nie chcę tego brać. Zostawmy to. - Westchnęłam i spojrzałam na graty, który zawadzałyby tylko w nowym mieszkaniu - Coś z tym zrobią.
- Jak uważasz, Adeline. To Twoja decyzja. - Powiedział i uśmiechnął się pod nosem. - Aby mały Lukey miał dobrze w Twoim brzuszku, kwiatuszku - zaśmiał się i podał mi dłoń.
- Rymujesz, kochany, rymujesz - zachichotałam i wystawiłam mu język. - Aj kotek, to będzie dziewczynka i Ty dobrze o tym wiesz.
Blondyn posłał mi tylko mordercze spojrzenie i połaskotał moje żebra.
- Przestań do cho**ry jasnej! - Krzyknęłam i zaczęłam się zwijać ze śmiechu. Jednakże chłopak po chwili przestał. - Umrzesz.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Adeline. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Adeline. Pokaż wszystkie posty
niedziela, 21 maja 2017
środa, 17 maja 2017
Od Adeline C.D Luke'a
Nie czułam nic. Może jedynie moją bezwładność, to jak moje bezwładne ciało ktoś niesie. Czerwona struga krwi ciągle leciała z przeciętych żył. Nie czułam żadnej bliskości osób, które kocham. Wszyscy mnie zostawili, a uczniowie odnaleźli mnie, która praktycznie konała w swoim pokoju. Oślepiający błysk niebieskiego światła, który prawdopodobnie pochodził od karetki, wpłynął do mnie przez delikatnie uchylone powieki, które otaczały rzędy długich i czarnych rzęs. Moja psychika nie dała sobie rady, była zbyt słaba na te wszystkie wydarzenia, które gwałtownie wstrząsnęły moim małym światem, który opierał się między innymi na Luke'u i rodzicach. Po tych wszystkich słowach wyrzuconych z ust chłopaka, moja frustracja sięgnęła zenitu, lecz po jej wyładowaniu poczułam dogłębnie rozdzierający mnie smutek. Nie wiedziałam jak mam zachować się w tej sytuacji, więc najlepszym rozwiązaniem według mojego mózgu okazało się samookaleczenie. Poczułam jak moje ciało zostało ułożone na desce ratunkowej i wsunięte do samochodu pogotowia ratowniczego. Uchyliłam delikatnie powieki, ale świat, który mnie otaczał został plamą o jednakowym kolorze. Nie widziałam nic po za rozmazanym obrazem i ruchomymi postaciami, które najprawdopodobniej były ratownikami. Jednakże w rogu karetki można było zauważyć osobę, której twarz schowana była w dłoniach. Jedno było pewne. Był to na sto procent chłopak, którego obecności potrzebowałam. Był to mój Luke, który pocieszał mnie w każdej sytuacji, to on wspierał mnie po telefonie brata, który powiadomił moją osobę o śmierci moich rodziców. Na nieszczęście nie słyszałam kompletnie nic, żadnego zgiełku osób, które siedziały w kabinie, ani żadnego wycia pogotowia na sygnale. Poczułam wbicie igły w jedną z moich rąk, lecz nie potrafiłam określić czy jest to prawa dłoń, czy też lewa. Jak można było sie domyślić, ratownicy wykonali wbicie do ręki prawej, ponieważ nadgarstek lewej był wstrzymywany od krwawienia, które nadal nie ustępowało. Zapomniałam dodać. Mam hemofilię, czyli chorobę krzepliwości krwi. Nawet najmniejsze uderzenie wywoływały u mnie siniaki, a każde zadrapanie znaczyło dla mnie dużym cieknięciem krwi. Dojechaliśmy do szpitala, a mnie od razu zabrano do gabinetu zabiegowego by 'naprawić' moją rozciętą skórę.
~*~
Leżałam na sali obserwacji. Niektóre osoby leżące tuż obok mnie, wpatrywały się w moją osobę jak na idiotkę. Rana, którą sama sobie zrobiłam na szczęście przestała krwawić, i została opleciona grubą warstwą opatrunków. Lekarz zapowiedział jeszcze badania kontrolne, chociażby zwykłe USG. Miałam już głęboko w poważaniu co będą ze mną robić, ponieważ czułam się juz o niebo lepiej. Właśnie o niebo lepiej. Niebieskooki blondyn siedział na szpitalnym taborecie i ściskał moją drobną dłoń.
- Przepraszam, Adeline. Ja naprawdę przepraszam. Nie chciałem Cię skrzywdzić, kochanie. Wybacz mi - powiedział i ucałował moje czubki palców.
- Nie masz za co przepraszać, to tylko i wyłącznie moja wina. Jezu jaka ze mnie idiotka, nie wyobrażam sobie tego jaka ja musiałam być sfrustrowana w tym momencie gdy... Gdy wiesz co zrobiłam. - Powiedziałam i posłałam Luke'owi słaby uśmiech. On samy odpowiedział mi szczerym uśmiechem, który poruszył we mnie wszelkie przyjemne uczucia. Tą uroczą chwilę przerwała nam pielęgniarka, która pchała ekran należący właśnie do urządzenia USG. Szybko również dołączyła lekarka.
- Proszę o wyjście - powiedziała do chłopaka i wskazała na drzwi, które były wciąż zamknięte. Blondyn wychodząc pomachał mi jeszcze swoją dłonią i zniknął w czeluściach należących do korytarza. Podwinęłam koszulkę, która nadal ubrudzona była krwią przybierającą już kolor brązu. Wzdrygnęłam się, gdy poczułam chłodny żel na swoim brzuchu. Kobieta zaczęła jeździć tym całym drążkiem po całym obszarze mojego brzucha, jednakże największą jej uwagę przykuło podbrzusze. Na twarzy lekarki widoczny był delikatny uśmiech, lecz ja jak to ja zaczęłam się po prostu bać, co ta pani tam wypatrzyła.
- Mam nadzieję, że o tym wiesz - zaczęła. - Grace, zawołaj proszę tego przemiłego blondyna - wydała polecenie, a młoda pielęgniarka natychmiast wyszła na korytarz. Zestresowana zaczęłam bawić się materiałem prześcieradła, które ciasno opinało okropnie niewygodny materac. Po chwili tuż obok mnie znalazł się Luke, który z wyraźnym zmartwieniem wpatrywał się w brunetkę siedzącą przy ekraniku.
- Będą Państwo rodzicami. - Powiedziała, a te słowa dogłębnie mną wstrząsnęły.
~*~
Leżałam na sali obserwacji. Niektóre osoby leżące tuż obok mnie, wpatrywały się w moją osobę jak na idiotkę. Rana, którą sama sobie zrobiłam na szczęście przestała krwawić, i została opleciona grubą warstwą opatrunków. Lekarz zapowiedział jeszcze badania kontrolne, chociażby zwykłe USG. Miałam już głęboko w poważaniu co będą ze mną robić, ponieważ czułam się juz o niebo lepiej. Właśnie o niebo lepiej. Niebieskooki blondyn siedział na szpitalnym taborecie i ściskał moją drobną dłoń.
- Przepraszam, Adeline. Ja naprawdę przepraszam. Nie chciałem Cię skrzywdzić, kochanie. Wybacz mi - powiedział i ucałował moje czubki palców.
- Nie masz za co przepraszać, to tylko i wyłącznie moja wina. Jezu jaka ze mnie idiotka, nie wyobrażam sobie tego jaka ja musiałam być sfrustrowana w tym momencie gdy... Gdy wiesz co zrobiłam. - Powiedziałam i posłałam Luke'owi słaby uśmiech. On samy odpowiedział mi szczerym uśmiechem, który poruszył we mnie wszelkie przyjemne uczucia. Tą uroczą chwilę przerwała nam pielęgniarka, która pchała ekran należący właśnie do urządzenia USG. Szybko również dołączyła lekarka.
- Proszę o wyjście - powiedziała do chłopaka i wskazała na drzwi, które były wciąż zamknięte. Blondyn wychodząc pomachał mi jeszcze swoją dłonią i zniknął w czeluściach należących do korytarza. Podwinęłam koszulkę, która nadal ubrudzona była krwią przybierającą już kolor brązu. Wzdrygnęłam się, gdy poczułam chłodny żel na swoim brzuchu. Kobieta zaczęła jeździć tym całym drążkiem po całym obszarze mojego brzucha, jednakże największą jej uwagę przykuło podbrzusze. Na twarzy lekarki widoczny był delikatny uśmiech, lecz ja jak to ja zaczęłam się po prostu bać, co ta pani tam wypatrzyła.
- Mam nadzieję, że o tym wiesz - zaczęła. - Grace, zawołaj proszę tego przemiłego blondyna - wydała polecenie, a młoda pielęgniarka natychmiast wyszła na korytarz. Zestresowana zaczęłam bawić się materiałem prześcieradła, które ciasno opinało okropnie niewygodny materac. Po chwili tuż obok mnie znalazł się Luke, który z wyraźnym zmartwieniem wpatrywał się w brunetkę siedzącą przy ekraniku.
- Będą Państwo rodzicami. - Powiedziała, a te słowa dogłębnie mną wstrząsnęły.
Od Adeline C.D Luke'a
Moje dłonie zadrżały, a szczekający pies wyrwał mnie z chaosu, który rozbudził się w mojej głowie. Usiadłam na materacu łóżka, a już po chwili przyszło do mnie trochę rozumu, a widok, który rozciągał się w moim pokoju, był po prostu przerażający. Przypominał mi tę sytuację, w której po raz ostatni spotkałam się z moim rodzonym bratem. Właśnie. Co się stało, że od tak sięgnęłam po alkohol i w tym momencie wyglądam jakbym była od niego uzależniona przez co najmniej kilka miesięcy? Zadzwonił do mnie ten piep**ony egoista i zaczął krzyczeć i wyzywać moją osobę od ku*w i suk. Czym ja sobie na to zasłużyłam? Może tym, że znalazłam sobie najlepszego partnera na świecie? Może jednak tym, że nie było mnie przy nim gdy nasi rodzice odeszli z tego świata, przez jakiegoś cholernego kierowcę, który nie potrafił wcisnąć hamulca. Zaczął mi wypominać, że po tak krótkim czasie spędzonym w akademii zaczęłam się z kimś spotykać i, że jestem taka szczęśliwa… że zapomniałam o mojej rodzinie, którą tak naprawdę już straciłam. Wrzeszczał, że nie zasługuję na tak cudowną rodzinę, która chciałaby mnie wspierać, ale nie ma jak, ponieważ jestem za bardzo od nich oddalona. Przecież dla prawdziwych członków rodziny, nawet niezliczone ilości kilometrów, nie robią im różnicy, ponieważ to tylko odległość do ich ukochanej osoby, której tak mocno im brakuje. Nie potrafiłam zapanować nad rosnącym we mnie żalem, złością oraz smutkiem. Efekt wyszedł na alkoholu, który powinien przynieść mi ukojenie, jak i zapomnienie o problemach. Ale co przyniósł? Przyniósł mi rzecz, której tak bardzo się bałam, której tak bardzo nie chciała, i której tak bardzo żałuje. Chciałabym trochę cofnąć się w czasie i naprawić bieg sytuacji, która wpędziła mnie w niemałe kłopoty.
- Hubby? On powiedział, że to już koniec? Czy mój Luke’y, którego tak bardzo kochałam i kocham, powiedział, że nie chce trwać już dłużej w tym związku? – Powiedziałam do psa, który położył mi swoją głowę na kolanach, które były całe posiniaczone od ciągłych treningów. Zwierzę tylko przekrzywiło głowę i posłało mi spojrzenie, które przepełnione było niezrozumieniem, ale też smutkiem, który ogarnął mnie czyli jego właścicielkę. Położyłam swoją dłoń na puchatej sierści kudłacza i zaczęłam zataczać nią krągi.
- Miał rację. Ten związek jest toksyczny. – Powiedziałam, a pojedyncza łza spłynęła mi po porcelanowym policzku, który teraz stał się delikatnie zarumieniony od ilości alkoholu, którą wypiłam. – Mówił, pamiętaj, że zawszę będę Cię kochał. To tylko puste słowa, które teraz trzymają moje ciało w objęciach i zmuszają je do wszystkiego, czego nie chcę moje serce i mózg.
~*~
Moje oczy otworzyły się pod wpływem silnego uderzenia w moją klatkę piersiową. Rzecz jasne okazało się, że Hubby jak zawsze zapomniał o swojej wadze, która już pewnie przekroczyła moją i wgramolił się prosto na mnie.
- Tylko Ty mi pozostałeś mój drogi. Jak się teraz cieszę, że Ciebie mam ty cholerny kudłaczu. – Zaśmiałam się, a w mojej głowie pojawiła się myśl o tym co w tym momencie robi niebieskooki blondyn, który wczoraj nawrzeszczał na mnie. Jednakże ta myśl przestała po chwili mnie dręczyć, a ja wiedząc, że już zaraz mamy wspólny trening z panną Rose, która po prostu zabiłaby mnie jakbym się spóźniła, zerwałam się z łóżka i bez zbędnego namysłu podeszłam do szafy, z której wylewały się ubrania. Wybrałam normalne czarne bryczesy oraz tego samego bluzkę, która miała delikatne wycięcie na kręgosłupie i łopatkach. Rzecz jasna ubranie się poszło mi bardzo szybko i już po kilku minutach mogłam wyjść już do stajni, oraz zacząć przygotowywanie Double’a do treningu, który nieubłagalnie szybko się zbliżał. Trzeba było przyznać, że nie przepadałam treningów z właścicielką Akademii, ponieważ dążyła ona do perfekcji, przez którą bardzo często trafiał mnie szlag. Jednakże byłam również zmuszona do uczestnictwa w treningu skokowym, dlatego iż już za tydzień miałam zamiar wyjechać z gniadoszem na zawody właśnie z tejże dyscypliny, którą oboje ubóstwialiśmy. Otworzyłam drzwi bez zbędnego wysiłku i wypuściłam psa, który wystrzelił jak z procy. Byłam niesamowicie szczęśliwa z tego, że zmęczonego i wychudzonego szczeniaka udało się odratować. Sama również wyparowałam z pokoju i dokładnie go zamknęłam, by ktoś kogo obecności nie chciałam, wdarł się do pomieszczenia i zobaczył bałagan, którym spowite było moje lokum w Akademii. Bez zawahania skierowałam się od razu do stajni, w której stały konie prywatne, a w tym należący do mnie ogier belgijski. Nie dane było mi w spokoju oporządzić konia, który tryskał niemałą chęcią do działania. Na mojej drodze pojawił się wysoki chłopak, którym jak się okazało był nikt inny niż Luke. Posłałam mu pełne złości spojrzenie, które wręcz emanowało chłodem. Podeszłam do młodego mężczyzny. Nie wiedziałam jakie relacje nas łączą, czy jesteśmy nadal w związku, jednakże wiedziałam, że byłam wściekła na jego zachowanie.
- To teraz Ty mnie cho**ra posłuchaj. Myślisz, że jest mi łatwo z zaistniałą sytuacją? Myślisz, że do cholery jest mi miło, gdy mój brat do mnie wydzwania i wyzywa mnie od najgorszych? Mówi, że nie zasługuję na tak wspaniałą rodzinę, która w dzieciństwie poświęciła mi tak dużo swojego cennego czasu? Do cholery jasnej zrozum to! Ja wiem, że jest Ci ciężko z taką szmatą jaką jestem ja, ale mogłeś chociaż wstrzymać się od tych głupich słów, które doprowadziły mnie wczoraj do jeszcze gorszego stanu?! Mój pies nawet lepiej mnie zrozumiał, a Ty zachowałeś się jak skończony dupek, który nie potrafi zapanować nad swoimi emocjami. Może i masz rację. Może ten związek jest toksyczny i trzeba z niego zrezygnować? Droga wolna, to Twoja decyzja. – Wykrzyczałam z frustracją, a z każdym kolejnym słowem przyszpilałam go do ściany boksu, w którym stał mój gniadosz. – Albo wiesz co? Daruj sobie słów. Dziękuję za Twoją miłość, którą mnie obdarzyłeś. Dziękuje za najwspanialsze chwile w moim życiu. – Powiedziałam, a po chwili wybiegłam z budynku. W natychmiastowym tempie znalazłam się w swoim pokoju. Nie było tam nikogo, a to bardzo mi sprzyjało. Chwyciłam za pierwszą lepszą butelkę i cisnęłam ją o ziemię. Wybrałam odłamek, który kończył się najostrzejszym bokiem. Zsunęłam się po drzwiach prowadzących do mojej łazienki, a szkło szybko znalazło się na moim nadgarstku, który prędko oblał się pięknym szkarłatnym płynem.
- Przynajmniej nie sprawię już nikomu innemu problemu – szepnęłam, a łzy bólu ponownie leciały z moich podpuchniętych oczu. Kolejne cięcie przeszyło moje przedramię, lecz te było o wiele mocniejsze i pewniejsze.
- Hubby? On powiedział, że to już koniec? Czy mój Luke’y, którego tak bardzo kochałam i kocham, powiedział, że nie chce trwać już dłużej w tym związku? – Powiedziałam do psa, który położył mi swoją głowę na kolanach, które były całe posiniaczone od ciągłych treningów. Zwierzę tylko przekrzywiło głowę i posłało mi spojrzenie, które przepełnione było niezrozumieniem, ale też smutkiem, który ogarnął mnie czyli jego właścicielkę. Położyłam swoją dłoń na puchatej sierści kudłacza i zaczęłam zataczać nią krągi.
- Miał rację. Ten związek jest toksyczny. – Powiedziałam, a pojedyncza łza spłynęła mi po porcelanowym policzku, który teraz stał się delikatnie zarumieniony od ilości alkoholu, którą wypiłam. – Mówił, pamiętaj, że zawszę będę Cię kochał. To tylko puste słowa, które teraz trzymają moje ciało w objęciach i zmuszają je do wszystkiego, czego nie chcę moje serce i mózg.
~*~
Moje oczy otworzyły się pod wpływem silnego uderzenia w moją klatkę piersiową. Rzecz jasne okazało się, że Hubby jak zawsze zapomniał o swojej wadze, która już pewnie przekroczyła moją i wgramolił się prosto na mnie.
- Tylko Ty mi pozostałeś mój drogi. Jak się teraz cieszę, że Ciebie mam ty cholerny kudłaczu. – Zaśmiałam się, a w mojej głowie pojawiła się myśl o tym co w tym momencie robi niebieskooki blondyn, który wczoraj nawrzeszczał na mnie. Jednakże ta myśl przestała po chwili mnie dręczyć, a ja wiedząc, że już zaraz mamy wspólny trening z panną Rose, która po prostu zabiłaby mnie jakbym się spóźniła, zerwałam się z łóżka i bez zbędnego namysłu podeszłam do szafy, z której wylewały się ubrania. Wybrałam normalne czarne bryczesy oraz tego samego bluzkę, która miała delikatne wycięcie na kręgosłupie i łopatkach. Rzecz jasna ubranie się poszło mi bardzo szybko i już po kilku minutach mogłam wyjść już do stajni, oraz zacząć przygotowywanie Double’a do treningu, który nieubłagalnie szybko się zbliżał. Trzeba było przyznać, że nie przepadałam treningów z właścicielką Akademii, ponieważ dążyła ona do perfekcji, przez którą bardzo często trafiał mnie szlag. Jednakże byłam również zmuszona do uczestnictwa w treningu skokowym, dlatego iż już za tydzień miałam zamiar wyjechać z gniadoszem na zawody właśnie z tejże dyscypliny, którą oboje ubóstwialiśmy. Otworzyłam drzwi bez zbędnego wysiłku i wypuściłam psa, który wystrzelił jak z procy. Byłam niesamowicie szczęśliwa z tego, że zmęczonego i wychudzonego szczeniaka udało się odratować. Sama również wyparowałam z pokoju i dokładnie go zamknęłam, by ktoś kogo obecności nie chciałam, wdarł się do pomieszczenia i zobaczył bałagan, którym spowite było moje lokum w Akademii. Bez zawahania skierowałam się od razu do stajni, w której stały konie prywatne, a w tym należący do mnie ogier belgijski. Nie dane było mi w spokoju oporządzić konia, który tryskał niemałą chęcią do działania. Na mojej drodze pojawił się wysoki chłopak, którym jak się okazało był nikt inny niż Luke. Posłałam mu pełne złości spojrzenie, które wręcz emanowało chłodem. Podeszłam do młodego mężczyzny. Nie wiedziałam jakie relacje nas łączą, czy jesteśmy nadal w związku, jednakże wiedziałam, że byłam wściekła na jego zachowanie.
- To teraz Ty mnie cho**ra posłuchaj. Myślisz, że jest mi łatwo z zaistniałą sytuacją? Myślisz, że do cholery jest mi miło, gdy mój brat do mnie wydzwania i wyzywa mnie od najgorszych? Mówi, że nie zasługuję na tak wspaniałą rodzinę, która w dzieciństwie poświęciła mi tak dużo swojego cennego czasu? Do cholery jasnej zrozum to! Ja wiem, że jest Ci ciężko z taką szmatą jaką jestem ja, ale mogłeś chociaż wstrzymać się od tych głupich słów, które doprowadziły mnie wczoraj do jeszcze gorszego stanu?! Mój pies nawet lepiej mnie zrozumiał, a Ty zachowałeś się jak skończony dupek, który nie potrafi zapanować nad swoimi emocjami. Może i masz rację. Może ten związek jest toksyczny i trzeba z niego zrezygnować? Droga wolna, to Twoja decyzja. – Wykrzyczałam z frustracją, a z każdym kolejnym słowem przyszpilałam go do ściany boksu, w którym stał mój gniadosz. – Albo wiesz co? Daruj sobie słów. Dziękuję za Twoją miłość, którą mnie obdarzyłeś. Dziękuje za najwspanialsze chwile w moim życiu. – Powiedziałam, a po chwili wybiegłam z budynku. W natychmiastowym tempie znalazłam się w swoim pokoju. Nie było tam nikogo, a to bardzo mi sprzyjało. Chwyciłam za pierwszą lepszą butelkę i cisnęłam ją o ziemię. Wybrałam odłamek, który kończył się najostrzejszym bokiem. Zsunęłam się po drzwiach prowadzących do mojej łazienki, a szkło szybko znalazło się na moim nadgarstku, który prędko oblał się pięknym szkarłatnym płynem.
- Przynajmniej nie sprawię już nikomu innemu problemu – szepnęłam, a łzy bólu ponownie leciały z moich podpuchniętych oczu. Kolejne cięcie przeszyło moje przedramię, lecz te było o wiele mocniejsze i pewniejsze.
Od Adeline C.D Luke'a
Posłałam chłopakowi smutne spojrzenie, a nawet jego dotyk nie wzbudził we mnie przyjemnych emocji, które teraz zdecydowanie by się mi przydały. Jak można powiedzieć o swojej siostrze, że jest puszczalską dziwką, która zaszła w ciążę z byle jakim chłopakiem? Jak? Poczułam tak ogromny żal do swojej rodziny, która patrzyła się na mnie, jak na prawdziwą kobietę lekkich obyczajów. Okropne uczucie gdy moi wujkowie i ciotki odsuwali ode mnie swoje małe dzieci, które posyłały mi smutne uśmiechy dla pocieszenia. Moje najmłodsze kuzynostwo potrafiło dodać mi wtedy więcej otuchy, niż najbliższy mi członek rodziny, którym był mój rodzony brat. Wszystkie jego wrogie spojrzenia, które były wysyłane zza otwartej trumny doprowadzały mnie do jeszcze większej rozpaczy, która i tak już przekroczyła swoje żałosne granice. Wzdrygnęłam się na przypomnienie sobie o wyglądzie ciał moich rodziców, które wyglądały jak normalne manekiny zza sklepowej szyby. Widać było, że ich ciała miały przeprowadzone naprawdę ogromne przygotowania do całej pożegnalnej uroczystości. Stałam tak wpatrując się w jasno niebieskie tęczówki chłopaka, które miały na mnie kojący wpływ, jednakże było to dla mnie i tak za mało. Jego dłonie splatały się na moich plecach, a ja mocno wtulałam się w tors chłopaka, który przemoczony był od padającego deszczu. Jednakże drobne kropelki wody szybko przeobraziły się w prawdziwą ulewę, a my bez słowa ruszyliśmy w drogę powrotną do mojego mieszkania, która teraz dłużyła się niemiłosiernie.
- Luke, nazwałbyś swoją siostrę puszczalską dziwką? Czy nazwałbyś tak zwykłą dziewczynę, która nic dla Ciebie nie znaczy? Czemu to wszystko jest tak Cholernie trudne i bolące. Każdy członek mojej rodziny patrzył się na mnie jak na jakąś idiotkę, która uprawia se.ks z każdym, a chyba tego nie robię. Chociaż może o czymś nie wiem. Kur**a czym ja sobie zasłużyłam na takie traktowanie? Czym? - Powiedziałam podniesionym tonem głosu, który wypełniony był po brzegi żalem.
- Nie, nie powiedziałbym na nikogo, że jest puszczalską dziewczyną. Siostry tym bardziej, ponieważ mam szacunek nawet do osób, które dogłębnie mnie skrzywdziły. Wiesz co Ci powiem? Kompletnie nie zasługujesz na taką rodzinę, która pluje na Ciebie jadem. Pamiętaj, że będę się starał zawsze być przy Twoim boku. Będę zawsze próbował doradzić Ci w jakimś problemie, a Ty nie możesz o tym zapomnieć. Jasne? - Powiedział i zatrzymał mnie tuż przed drzwiami do mojego mieszkania. Nasze spojrzenia znowu się związały, ale tym razem moje usta lekko wykrzywiły się w uśmiechu, który wstąpił również na wargi chłopaka.
- Jasne - odpowiedziałam. - Co ja bym bez Ciebie zrobiła?
- Prawdopodobnie żyłabyś u boku kogo innego i mówiła takie same słowa temu szczęściarzowi, którym teraz jestem ja - zaśmiał się i złożył na moim czole delikatny pocałunek. Bez słowa otworzyłam drzwi, które pod wpływem mojego dotyku delikatnie się otworzyły i zaprosiły do środka.
- Rezerwuje bilety na jutrzejszy lot. Nie chce dalej przebywać w Londynie. - Powiedziałam krótko.
- Luke, nazwałbyś swoją siostrę puszczalską dziwką? Czy nazwałbyś tak zwykłą dziewczynę, która nic dla Ciebie nie znaczy? Czemu to wszystko jest tak Cholernie trudne i bolące. Każdy członek mojej rodziny patrzył się na mnie jak na jakąś idiotkę, która uprawia se.ks z każdym, a chyba tego nie robię. Chociaż może o czymś nie wiem. Kur**a czym ja sobie zasłużyłam na takie traktowanie? Czym? - Powiedziałam podniesionym tonem głosu, który wypełniony był po brzegi żalem.
- Nie, nie powiedziałbym na nikogo, że jest puszczalską dziewczyną. Siostry tym bardziej, ponieważ mam szacunek nawet do osób, które dogłębnie mnie skrzywdziły. Wiesz co Ci powiem? Kompletnie nie zasługujesz na taką rodzinę, która pluje na Ciebie jadem. Pamiętaj, że będę się starał zawsze być przy Twoim boku. Będę zawsze próbował doradzić Ci w jakimś problemie, a Ty nie możesz o tym zapomnieć. Jasne? - Powiedział i zatrzymał mnie tuż przed drzwiami do mojego mieszkania. Nasze spojrzenia znowu się związały, ale tym razem moje usta lekko wykrzywiły się w uśmiechu, który wstąpił również na wargi chłopaka.
- Jasne - odpowiedziałam. - Co ja bym bez Ciebie zrobiła?
- Prawdopodobnie żyłabyś u boku kogo innego i mówiła takie same słowa temu szczęściarzowi, którym teraz jestem ja - zaśmiał się i złożył na moim czole delikatny pocałunek. Bez słowa otworzyłam drzwi, które pod wpływem mojego dotyku delikatnie się otworzyły i zaprosiły do środka.
- Rezerwuje bilety na jutrzejszy lot. Nie chce dalej przebywać w Londynie. - Powiedziałam krótko.
niedziela, 14 maja 2017
Od Adeline C.D Luke'a
Zerwałam się z łóżka, gdy tylko zobaczyłam, że nie jestem ani w swoim pokoju, ani w mieszkaniu moich zmarłych rodziców. Jednakże już po chwili się uspokoiłam, ponieważ zobaczyłam śpiącego Luke'a na drugiej stronie materacu. Chłopak spał na brzuchu, przez co widać było tylko jego górną część pleców.
- Jak - spytałam sama siebie, gdy zobaczyłam, że na łopatkach blondyna znajduje się ogrom śladów moich paznokci, które teraz przez swą niemałą długość wyglądały jak narzędzia zbrodni. Przypomniałam sobie nasz wczorajszy wieczór, który zdecydowanie należał do tych najbardziej udanych. Odgarnęłam włosy i dopiero w tym momencie zdałam sprawę z tego, że jestem pozbawiona jakichkolwiek ubrań. Zszokowana zebrałam nieświeże ciuchy z podłogi i pobiegłam do łazienki, z której wiało chłodem. Białe kafelki były ciągle czyste, a ja zahipnotyzowana wielkością wanny, wręcz od razu odkręciłam gorącą wodę. Ułożyłam bluzkę i spodnie na ciemno brązowej szafce, która nie miała na sobie żadnego śladu kosmetyków. Na moje szczęście, tuż przy wannie wisiał szary ręcznik, który wydawał się być przyjemnie puszysty.
- Ktoś mi przypomni, czemu ja się stąd wyprowadziłam? - Burknęłam, po czym zanurzyłam lewą stopę w wodzie kontrolując jej ciepłość. - Idealna - mruknęłam i usiadłam, zanurzając się po samą szyję w spienionej wodzie. Leżałam tak, bawiąc się jednym z kosmykiem moich ciemnych włosów, które teraz stały się kręcone pod wpływem cieczy. W głowie zaświdrowały mi wczorajsze wydarzenia, które na pewno utkwią tam na dłużej. Może nie chodzi o sam s.eks z Luke'em, który możemy uprawiać kiedy chcemy, a raczej o jego kłótnie z moim bratem. Wszystkie słowa, które wypowiedział brunet zraniły mnie dogłębnie, bowiem kogo normalnego by nie zraniły? To moja decyzja z kim się spotykam, a to, że 'zaliczyliśmy' małą wpadkę nie znaczy, że ja również się tym nie przejęłam. Nagle usłyszałam otwieranie drzwi i zaspany głos chłopaka.
- Mogłaś ciszej? - Westchnął, ale po chwili się uśmiechnął. - Łopatki mnie przez Ciebie bolął.
- Zaraz będzie coś innego Ciebie bolało, jak nie przestaniesz narzekać - bąknęłam, po czym zebrałam pianę z powierzchni wody.
- Grozisz mi?
- Grożę.
- Co mi zrobisz?
- Zero seksu, całowania i przytulania - uśmiechnęłam się, a chłodna już woda zachęcała mnie do wyjścia z niej.
- Dobra, już mnie łopatki nie bolą. Super to mieszkanie jest...
- Wiem, a teraz czy mógłbyś wyjść? Chce się wytrzeć i ubrać - powiedziałam. Chłopak bez słowa wyszedł, a ja od razu wymknęłam się na łazienkowy dywanik. W ekspresowym tempie wytarłam się i ubrałam w przyszykowane ciuchy. Nacisnąłam na klamkę, ale drzwi stawiały mi znaczny opór.
- Idź stąd! - Krzyknęłam. Jak myślałam tak się okazało, niebieskooki blondyn stał pod drzwiami, z których pod chwili się odsunął.
- Nie można popatrzeć na dziewczynę?
- Świnia! - Krzyknęłam, a po chwili zdałam sobie sprawę z ważnej rzeczy. - Zaspaliśmy na pogrzeb, rozumiesz? Świnia ze mnie, i z Ciebie.
- Ugh... Przykro mi. Co do świnek, to Ty raczej jesteś różowym, malutkim prosiaczkiem, który jest zawsze uroczy.
- Słodzisz kochany, oj słodzisz - zaśmiałam się i poczochrałam delikatne, blond kosmyki włosów chłopaka. - Idziemy na śniadanie. - Zarządałam i naciągnęłam buty na stopy.
- Jak - spytałam sama siebie, gdy zobaczyłam, że na łopatkach blondyna znajduje się ogrom śladów moich paznokci, które teraz przez swą niemałą długość wyglądały jak narzędzia zbrodni. Przypomniałam sobie nasz wczorajszy wieczór, który zdecydowanie należał do tych najbardziej udanych. Odgarnęłam włosy i dopiero w tym momencie zdałam sprawę z tego, że jestem pozbawiona jakichkolwiek ubrań. Zszokowana zebrałam nieświeże ciuchy z podłogi i pobiegłam do łazienki, z której wiało chłodem. Białe kafelki były ciągle czyste, a ja zahipnotyzowana wielkością wanny, wręcz od razu odkręciłam gorącą wodę. Ułożyłam bluzkę i spodnie na ciemno brązowej szafce, która nie miała na sobie żadnego śladu kosmetyków. Na moje szczęście, tuż przy wannie wisiał szary ręcznik, który wydawał się być przyjemnie puszysty.
- Ktoś mi przypomni, czemu ja się stąd wyprowadziłam? - Burknęłam, po czym zanurzyłam lewą stopę w wodzie kontrolując jej ciepłość. - Idealna - mruknęłam i usiadłam, zanurzając się po samą szyję w spienionej wodzie. Leżałam tak, bawiąc się jednym z kosmykiem moich ciemnych włosów, które teraz stały się kręcone pod wpływem cieczy. W głowie zaświdrowały mi wczorajsze wydarzenia, które na pewno utkwią tam na dłużej. Może nie chodzi o sam s.eks z Luke'em, który możemy uprawiać kiedy chcemy, a raczej o jego kłótnie z moim bratem. Wszystkie słowa, które wypowiedział brunet zraniły mnie dogłębnie, bowiem kogo normalnego by nie zraniły? To moja decyzja z kim się spotykam, a to, że 'zaliczyliśmy' małą wpadkę nie znaczy, że ja również się tym nie przejęłam. Nagle usłyszałam otwieranie drzwi i zaspany głos chłopaka.
- Mogłaś ciszej? - Westchnął, ale po chwili się uśmiechnął. - Łopatki mnie przez Ciebie bolął.
- Zaraz będzie coś innego Ciebie bolało, jak nie przestaniesz narzekać - bąknęłam, po czym zebrałam pianę z powierzchni wody.
- Grozisz mi?
- Grożę.
- Co mi zrobisz?
- Zero seksu, całowania i przytulania - uśmiechnęłam się, a chłodna już woda zachęcała mnie do wyjścia z niej.
- Dobra, już mnie łopatki nie bolą. Super to mieszkanie jest...
- Wiem, a teraz czy mógłbyś wyjść? Chce się wytrzeć i ubrać - powiedziałam. Chłopak bez słowa wyszedł, a ja od razu wymknęłam się na łazienkowy dywanik. W ekspresowym tempie wytarłam się i ubrałam w przyszykowane ciuchy. Nacisnąłam na klamkę, ale drzwi stawiały mi znaczny opór.
- Idź stąd! - Krzyknęłam. Jak myślałam tak się okazało, niebieskooki blondyn stał pod drzwiami, z których pod chwili się odsunął.
- Nie można popatrzeć na dziewczynę?
- Świnia! - Krzyknęłam, a po chwili zdałam sobie sprawę z ważnej rzeczy. - Zaspaliśmy na pogrzeb, rozumiesz? Świnia ze mnie, i z Ciebie.
- Ugh... Przykro mi. Co do świnek, to Ty raczej jesteś różowym, malutkim prosiaczkiem, który jest zawsze uroczy.
- Słodzisz kochany, oj słodzisz - zaśmiałam się i poczochrałam delikatne, blond kosmyki włosów chłopaka. - Idziemy na śniadanie. - Zarządałam i naciągnęłam buty na stopy.
sobota, 13 maja 2017
Od Adeline C.D Luke'a
Trzasnęłam furtką, która zatrzęsła całym płotem. To co zdarzyło się dosłownie przed kilkoma sekundami, doszczętnie złamało moje i tak zniszczone już uczucia. Czułam jak moje serce znacznie przyspieszyło tempa, a dłonie zaczęły niemiłosiernie się trząść. Usłyszałam kolejny trzask drzwi, który mnie przeraził, bowiem nie wiedziałam czy jest to Luke, czy też może mój brat, który prawdopodobnie nie stronił by od wyzwisk. Siedząc przy stole nie wiedziałam co mam ze sobą robić, chłopcy nie dawali mi dojść do słowa, a potem już nie było żadnego innego ratunku niż proste wyjście z mojego rodzinnego domu, który teraz nie chciał mnie przyjąć z otwartymi ramionami. Teraz moje uczucia były po prostu cały czas negatywne, ale nie wskazujące na złość, lecz na skutek i żal do mojego brata. Poczułam delikatny uścisk na mojej dłoni. Wiedziałam, że nie jest to nikt inny niż Luke.
- Zostaw mnie, chol*ra, zostaw - powiedziałam, a łzy bezsilności jak i smutku popłynęły po moich zmarzniętych policzkach, które teraz stały się delikatnie różowe. Czując nasilający się dotyk, miałam ochotę po prostu walnąć chłopaka by się oswobodzić od blondyna, który najwyraźniej ciągle chciał mnie przy sobie zatrzymać.
- Nie zostawię Cię. - Odpowiedział, a jego przeważająca siła po prostu przyciągnęła mnie do ciała niebieskookiego. - Przepraszam Cię za tą sytuację, ale wiesz co sądzi o mnie Twój brat. Od samego początku wiedziałem, że to nie jest dobry pomysł bym poleciał z Tobą. Przepraszam, kochanie - dokończył, a jego usta znalazły się na moim czole.
- Mogłeś się powstrzymać. Nie zaprzeczam temu, że mogłeś się po prostu obronić, ale tak od razu go pier**lnąć?! - Krzyknęłam z wyrzutem, a po chwili wyswobodziłam się z jego uścisku.
- Nie denerwuj się, jesteś w ciąży. Nie pozwolę na to żeby Twój własny brat, traktował Cię jak zwykłego śmiecia, którego przekłada się z kąta w kąt - bąknął.
- Nie jestem w ciąży! To jakieś poje*ane testy ciążowe robiły sobie ze mnie żarty. Wiesz co Ci powiem? Nawet teraz, w tym momencie gdy jestem na Ciebie wściekła, mogłabym mieć z Tobą dzieci, cały wózek dzieci, który nie dawałby mi w nocy spać. - Powiedziałam, a przez łzy przetarł się delikatny uśmiech.
- To teraz ja coś Ci powiem. Bardzo dobrze wiesz, że nie byliśmy na to gotowi, więc teraz możemy się z tego cieszyć. Przyjdzie na to odpowiedni czas i pora - opowiedział czule, po czym szybko mnie pocałował. Grzebiąc w kieszeni, wyciągnęłam klucze od mieszkania, które znajdowało się w samym centrum Londynu.
- To co? Co Ty na nocny spacer do mojego mieszkania? - Zaśmiałam się, a splatając moją dłoń z jego, delikatnie go pociągnęłam po czym ruszyliśmy energicznym krokiem.
~*~
Włożyłam klucz do zamku i weszłam do nowego mieszkania, którego nawet nigdy nie widziałam na oczy. Wchodząc do niego, czułam narastającą satysfakcję, że będąc tak młodą parą, wchodzę z moim chłopakiem do świeżego mieszkania. Rozejrzałam się po przytulnym wnętrzu, które wręcz zachęcało do tego żeby zostać w nim jak najdłużej.
- Co ja bym bez Ciebie zrobiła? - Szepnęłam, po czym stając na czubkach palców pocałowałam jego nos, który był zmarznięty tak samo jak moje policzki. - Kocham Cię.
- Zostaw mnie, chol*ra, zostaw - powiedziałam, a łzy bezsilności jak i smutku popłynęły po moich zmarzniętych policzkach, które teraz stały się delikatnie różowe. Czując nasilający się dotyk, miałam ochotę po prostu walnąć chłopaka by się oswobodzić od blondyna, który najwyraźniej ciągle chciał mnie przy sobie zatrzymać.
- Nie zostawię Cię. - Odpowiedział, a jego przeważająca siła po prostu przyciągnęła mnie do ciała niebieskookiego. - Przepraszam Cię za tą sytuację, ale wiesz co sądzi o mnie Twój brat. Od samego początku wiedziałem, że to nie jest dobry pomysł bym poleciał z Tobą. Przepraszam, kochanie - dokończył, a jego usta znalazły się na moim czole.
- Mogłeś się powstrzymać. Nie zaprzeczam temu, że mogłeś się po prostu obronić, ale tak od razu go pier**lnąć?! - Krzyknęłam z wyrzutem, a po chwili wyswobodziłam się z jego uścisku.
- Nie denerwuj się, jesteś w ciąży. Nie pozwolę na to żeby Twój własny brat, traktował Cię jak zwykłego śmiecia, którego przekłada się z kąta w kąt - bąknął.
- Nie jestem w ciąży! To jakieś poje*ane testy ciążowe robiły sobie ze mnie żarty. Wiesz co Ci powiem? Nawet teraz, w tym momencie gdy jestem na Ciebie wściekła, mogłabym mieć z Tobą dzieci, cały wózek dzieci, który nie dawałby mi w nocy spać. - Powiedziałam, a przez łzy przetarł się delikatny uśmiech.
- To teraz ja coś Ci powiem. Bardzo dobrze wiesz, że nie byliśmy na to gotowi, więc teraz możemy się z tego cieszyć. Przyjdzie na to odpowiedni czas i pora - opowiedział czule, po czym szybko mnie pocałował. Grzebiąc w kieszeni, wyciągnęłam klucze od mieszkania, które znajdowało się w samym centrum Londynu.
- To co? Co Ty na nocny spacer do mojego mieszkania? - Zaśmiałam się, a splatając moją dłoń z jego, delikatnie go pociągnęłam po czym ruszyliśmy energicznym krokiem.
~*~
Włożyłam klucz do zamku i weszłam do nowego mieszkania, którego nawet nigdy nie widziałam na oczy. Wchodząc do niego, czułam narastającą satysfakcję, że będąc tak młodą parą, wchodzę z moim chłopakiem do świeżego mieszkania. Rozejrzałam się po przytulnym wnętrzu, które wręcz zachęcało do tego żeby zostać w nim jak najdłużej.
- Co ja bym bez Ciebie zrobiła? - Szepnęłam, po czym stając na czubkach palców pocałowałam jego nos, który był zmarznięty tak samo jak moje policzki. - Kocham Cię.
poniedziałek, 8 maja 2017
Od Adeline C.D Luke'a
Kobieta, która prawdopodobnie była opiekunką grupy dzieci, po prostu nie dała rady ogarnąć tych wszystkich istot, które biegały na każdą stronę i nie słuchały nikogo. Przerażona wstałam z krzesła i odciągnęłam chłopaka na korytarz, którym kierowaliśmy się już do samolotu.
- Jak to ma tak wyglądać... To ja jednak podziękuję - powiedziałam i zrobiłam wielkie oczy.
- Junior będzie najgrzeczniejszym chłopcem na świecie - uśmiechnął się blondyn.
- Juniorka... Jeżeli już to będzie dziewczynką - fuknęłam.
- To będzie chłopiec, koniec i kropka. - Powiedział, a ja już nie mając siły się kłócić, weszłam do rękawu samolotu i poszłam do samej maszyny, która miała za zadanie dowieźć nas do Londynu. Będąc już w środku, między nami znowu stoczyła się bitwa o to, kto z której strony będzie siedział, ale przecież nikt inny niż ja by jej nie wygrał.
Gdy samolot wystartował miałam niemałą ochotę mordu, który dokonany byłby na blondynie siedzącym tuż obok. Zaczął nawijać o byle jakich sytuacjach, nie zważając na to, że ja chcę na chwilę zabrać głos.
- Nazwijmy go Sam. - Powiedział niebieskooki.
- Nie.
- No to... Calvin, albo George.
- Nie.
- Damian?
- Nie.
- Franklin?
- Zamknij swoją buzię, idioto. - Mruknęłam.
- No to może William?
- Nosz ku*wa, nie! To będzie dziewczynka, a na imię jej będzie Samantha - bąknęłam.
- Nie. - Tym razem nasze rolę się odwróciły, ponieważ to ja zaczęłam wymieniać dziewczęce imiona.
***
W końcu dojechaliśmy do ogromnego domu, który mieścił się na uboczu głośnego Londynu, w którym światła nigdy nie gasły. Westchnęłam na wspomnienie rodziców i bez zawahania otworzyłam bramkę, która zazwyczaj była zamknięta na klucz, ponieważ tak nam kazali rodziciele. Na spotkanie wyszedł mi mój brat, który na początku był uśmiechnięty, ale widząc kogoś za moimi plecami, od razu zmarszczył brwi i podszedł bez żadnego wyrazu twarzy.
- Cześć - powiedziałam, po czym przytuliłam się do jego klatki.
- Hej, cześć Luke - bąknął po czym podał dłoń blondynowi, który tylko kiwnął głową w odpowiedzi. Weszliśmy do domu, w którym panowała okropna cisza i pustka, nie było w nim nic co kiedyś tutaj zostawiłam. Światło paliło się tylko w kuchni, a butelki alkoholu walały się po całej ziemi. Zmarszczyłam brwi i popatrzyłam się na bruneta, który w pośpiechu zaczął sprzątać wszystkie śmieci.
- Przecież wiesz, że alkohol nie jest jedynym rozwiązaniem - mruknęłam i usiadłam na krześle.
- Nie pouczaj mnie. - Zaczął ostrym tonem, ale już po chwili się rozluźnił. - Opowiadaj lepiej co u Ciebie.
- Mamy taką ważną informację dla Ciebie... - powiedziałam, a po chwili usłyszałam jak siedzący obok Luke głośno przełyka ślinę.
- No słucham.
- Em... Będziesz wujkiem? - Powiedziałam, a na mojej twarzy pojawił się grymas na kształt uśmiechu.
- Jak to ma tak wyglądać... To ja jednak podziękuję - powiedziałam i zrobiłam wielkie oczy.
- Junior będzie najgrzeczniejszym chłopcem na świecie - uśmiechnął się blondyn.
- Juniorka... Jeżeli już to będzie dziewczynką - fuknęłam.
- To będzie chłopiec, koniec i kropka. - Powiedział, a ja już nie mając siły się kłócić, weszłam do rękawu samolotu i poszłam do samej maszyny, która miała za zadanie dowieźć nas do Londynu. Będąc już w środku, między nami znowu stoczyła się bitwa o to, kto z której strony będzie siedział, ale przecież nikt inny niż ja by jej nie wygrał.
Gdy samolot wystartował miałam niemałą ochotę mordu, który dokonany byłby na blondynie siedzącym tuż obok. Zaczął nawijać o byle jakich sytuacjach, nie zważając na to, że ja chcę na chwilę zabrać głos.
- Nazwijmy go Sam. - Powiedział niebieskooki.
- Nie.
- No to... Calvin, albo George.
- Nie.
- Damian?
- Nie.
- Franklin?
- Zamknij swoją buzię, idioto. - Mruknęłam.
- No to może William?
- Nosz ku*wa, nie! To będzie dziewczynka, a na imię jej będzie Samantha - bąknęłam.
- Nie. - Tym razem nasze rolę się odwróciły, ponieważ to ja zaczęłam wymieniać dziewczęce imiona.
***
W końcu dojechaliśmy do ogromnego domu, który mieścił się na uboczu głośnego Londynu, w którym światła nigdy nie gasły. Westchnęłam na wspomnienie rodziców i bez zawahania otworzyłam bramkę, która zazwyczaj była zamknięta na klucz, ponieważ tak nam kazali rodziciele. Na spotkanie wyszedł mi mój brat, który na początku był uśmiechnięty, ale widząc kogoś za moimi plecami, od razu zmarszczył brwi i podszedł bez żadnego wyrazu twarzy.
- Cześć - powiedziałam, po czym przytuliłam się do jego klatki.
- Hej, cześć Luke - bąknął po czym podał dłoń blondynowi, który tylko kiwnął głową w odpowiedzi. Weszliśmy do domu, w którym panowała okropna cisza i pustka, nie było w nim nic co kiedyś tutaj zostawiłam. Światło paliło się tylko w kuchni, a butelki alkoholu walały się po całej ziemi. Zmarszczyłam brwi i popatrzyłam się na bruneta, który w pośpiechu zaczął sprzątać wszystkie śmieci.
- Przecież wiesz, że alkohol nie jest jedynym rozwiązaniem - mruknęłam i usiadłam na krześle.
- Nie pouczaj mnie. - Zaczął ostrym tonem, ale już po chwili się rozluźnił. - Opowiadaj lepiej co u Ciebie.
- Mamy taką ważną informację dla Ciebie... - powiedziałam, a po chwili usłyszałam jak siedzący obok Luke głośno przełyka ślinę.
- No słucham.
- Em... Będziesz wujkiem? - Powiedziałam, a na mojej twarzy pojawił się grymas na kształt uśmiechu.
Od Adeline C.D Luke'a
- Jak kur*a mamy sobie dać radę?! Jesteśmy dzieciakami, rozumiesz?! Mam dopiero dziewiętnaście lat! - Krzyknęłam z rosnącą złością na wszystko co mnie otacza. Jak można tak myśleć?! Rozumiem, chłopak chce być tym piepr*onym optymistą, ale tak się po prostu nie da. Nie wiedziałam czy Luke'owi po jakimś czasie się po prostu nie znudzę, kto chciałby mieć ciężarną kobietę przy swoim boku? No kto? Nikt, żaden młody mężczyzna.
- Adeline, ale my musimy dać radę - powiedział z nadzieją w głosie.
- Nie chce tego dziecka, rozumiesz? Nie wiem co zrobię z nim, ja się po prostu boję, że zrobię mu krzywdę. Oddamy je najwyżej do adopcji, nie chcę go - bąknęłam i oderwałam się od ramienia blondyna.
- Przestań tak mówić - westchnął niebieskooki i pogładził moje włosy. Z moich oczu zaczęły lecieć łzy bezsilności, które nie miały nic wspólnego ze smutkiem. Siedziałam tak bez ruchu, jedyną oznaką życia był niespokojny oddech.
- Luke, ale to nam przekreśla całą młodość.. wiesz o tym? - Westchnęłam i spojrzałam prosto w niebieskie tęczówki chłopaka, które teraz przepięknie się mieniły.
- Wiem, Adeline. Pamiętaj tylko, że zawsze będę przy Tobie, w każdej chwili, nawet wtedy kiedy nie będziesz chciała mojej obecności, pamiętaj o tym - powiedział, a na jego twarz wstąpił lekki uśmiech, który od razu wzbudził we mnie przemiłe uczucia. Sama też uśmiechnęłam się.
- Dziękuję. Nawet nie wiesz jak bardzo się cieszę, że Ciebie mam. Pomyśleć, że jeszcze niedawno byłeś dla mnie wrogiem numer jeden - zaśmiałam się.
- Uważaj bo Ty nie byłaś - wystawił mi język, po czym wstałam z łóżka by zaczerpnąć świeżego powietrza, a przy okazji zapalić. Wyjęłam jedną sztukę z paczki, a już gdy miałam go zapalić, poczułam tylko nagły ruch, a w mojej dłoni nie pozostawało nić, prócz zupełnej pustki.
- Nie możesz palić.
- Mogę.
- Nie.
- Mogę i oddaj mi tego cholernego papierosa! - Krzyknęłam po czym wyrwałam przedmiot z jego dłoni.
- Jesteś w ciąży, nie możesz. Masz ode mnie zakaz palenia - burknął.
- No i co, że mam zakaz? Jestem dorosła i moge robić to co chcę - powiedziałam i dosłownie przed nosem chłopaka zapaliłam fajkę.
- I weź się z taką dogadaj - szepnął pod nosem i usiadł wygodnie w fotelu.
- Słyszałam.
Stałam tak w oknie, patrząc się na odległe pastwisko mojego ogiera, który teraz szalał galopując i brykając. Zaśmiałam się na ten widok i niezauważalnie skończyłam papierosa, po czym usiadłam przy chłopaku, który wydawał się być w tym momencie rozluźniony i w pełni uspokojony. Czasami wydawało się, że blondyn po prostu zasnął.
- Bu! - Krzyknął zrywając się z fotela.
- Idiota...
- Tak też nazwałaś mnie w dzień, gdy się poznaliśmy - zaśmiał się.
- Będę Cię tak nazywać do końca Twojego życia - bąknęłam.
- Tak, na pewno, szczególnie przy dzieciach.
- Błagam nie wspominając nic o dzieciakach - westchnęłam i rozłożyłam się na krześle, które było maksymalnie wygodne.
- No dobra - powiedział, po czym odpalił laptopa by zarezerwować sobie miejsce na lot.
- Lecimy w dwójkę? - uśmiechnęłam się.
- W trójkę.
- Miałeś przestać, nooo!
- Adeline, ale my musimy dać radę - powiedział z nadzieją w głosie.
- Nie chce tego dziecka, rozumiesz? Nie wiem co zrobię z nim, ja się po prostu boję, że zrobię mu krzywdę. Oddamy je najwyżej do adopcji, nie chcę go - bąknęłam i oderwałam się od ramienia blondyna.
- Przestań tak mówić - westchnął niebieskooki i pogładził moje włosy. Z moich oczu zaczęły lecieć łzy bezsilności, które nie miały nic wspólnego ze smutkiem. Siedziałam tak bez ruchu, jedyną oznaką życia był niespokojny oddech.
- Luke, ale to nam przekreśla całą młodość.. wiesz o tym? - Westchnęłam i spojrzałam prosto w niebieskie tęczówki chłopaka, które teraz przepięknie się mieniły.
- Wiem, Adeline. Pamiętaj tylko, że zawsze będę przy Tobie, w każdej chwili, nawet wtedy kiedy nie będziesz chciała mojej obecności, pamiętaj o tym - powiedział, a na jego twarz wstąpił lekki uśmiech, który od razu wzbudził we mnie przemiłe uczucia. Sama też uśmiechnęłam się.
- Dziękuję. Nawet nie wiesz jak bardzo się cieszę, że Ciebie mam. Pomyśleć, że jeszcze niedawno byłeś dla mnie wrogiem numer jeden - zaśmiałam się.
- Uważaj bo Ty nie byłaś - wystawił mi język, po czym wstałam z łóżka by zaczerpnąć świeżego powietrza, a przy okazji zapalić. Wyjęłam jedną sztukę z paczki, a już gdy miałam go zapalić, poczułam tylko nagły ruch, a w mojej dłoni nie pozostawało nić, prócz zupełnej pustki.
- Nie możesz palić.
- Mogę.
- Nie.
- Mogę i oddaj mi tego cholernego papierosa! - Krzyknęłam po czym wyrwałam przedmiot z jego dłoni.
- Jesteś w ciąży, nie możesz. Masz ode mnie zakaz palenia - burknął.
- No i co, że mam zakaz? Jestem dorosła i moge robić to co chcę - powiedziałam i dosłownie przed nosem chłopaka zapaliłam fajkę.
- I weź się z taką dogadaj - szepnął pod nosem i usiadł wygodnie w fotelu.
- Słyszałam.
Stałam tak w oknie, patrząc się na odległe pastwisko mojego ogiera, który teraz szalał galopując i brykając. Zaśmiałam się na ten widok i niezauważalnie skończyłam papierosa, po czym usiadłam przy chłopaku, który wydawał się być w tym momencie rozluźniony i w pełni uspokojony. Czasami wydawało się, że blondyn po prostu zasnął.
- Bu! - Krzyknął zrywając się z fotela.
- Idiota...
- Tak też nazwałaś mnie w dzień, gdy się poznaliśmy - zaśmiał się.
- Będę Cię tak nazywać do końca Twojego życia - bąknęłam.
- Tak, na pewno, szczególnie przy dzieciach.
- Błagam nie wspominając nic o dzieciakach - westchnęłam i rozłożyłam się na krześle, które było maksymalnie wygodne.
- No dobra - powiedział, po czym odpalił laptopa by zarezerwować sobie miejsce na lot.
- Lecimy w dwójkę? - uśmiechnęłam się.
- W trójkę.
- Miałeś przestać, nooo!
Od Adeline C.D Luke'a
Oparłam się o drzwi, po woli zsuwając się po nich ku podłodze, która szybko dotknęła moich pośladków, które i tak poczuły zimno, nawet przez gruby materiał od szlafroku. Słyszałam jak chłopak ciągle pukał do drzwi, a ja miałam ochotę po prostu zapaść się pod ziemię. Nie wiedziałam jak to wszystko się stało, przecież wszystko było dopięte na ostatni guzik. Zaczęłam stukać paznokciami o podłogę, a w drugiej dłoni wciąż trzymałam podłóżny, biały przedmiot, który wskazywał na najgorszy symbol dla mnie. W mojej głowie zaczęły krążyć myśli, które wręcz przerażały mnie całą, a moja psychika miała ochotę po prostu iść się i bujać. W tym momencie nie liczyło się nic innego oprócz tego cholernego przedmiotu, na którego widok miałam ochotę się zabić. Nie wiedziałam czy mam powiedzieć o zaistniałej sytuacji, która.. która wręcz nie miała prawa zaistnieć. Jak mogliśmy być aż tak nierozsądni? Mamy skończone osiemnaście lat, a zachowujemy się jak te gówniarze, które przeżywają swój pierwszy raz z byle kim, aby po prostu zaszpanować wśród koleżanek tym zdaniem: Straciłam dziewictwo, omg. Ta wizja po prostu mnie przerażała, jak te dzieciaki mogą się od tak, wręcz bezpodstawnie pieprzyć? Przecież one powinny biegać po jakimś parku i bawić się w chowanego, a nie siedzieć non stop w domach i łazić po galeriach, które również groziły wieloma nieprzyjemnymi sytuacjami. Nie rozumiem logiki myślenia tych młodych dziewczyn, które puszczają się w publicznych łazienkach by zdobyć tylko trochę pieniędzy, bądź jakąś nową rzecz. Nie mówię, że należałam do najgrzeczniejszych dzieciaków, ponieważ w wieku piętnastu lat zrobiłam pierwszy tatuaż, więc z jakiej beczki mogłabym być aniołkiem? Odegnałam te myśli i ponownie skupiłam się na zaistniałym problemie.
- Ku**a, Wy serio jesteście poważni? - Zaklęłam pod nosem, po czym rzuciłam testem ciążowym na miękki dywanik. Na moje nieszczęście to ustrojstwo wskazywało dwie kreski, które miałam ochotę, wręcz zamordować, przez to, że pojawiły się akurat u mnie.
- Adeline, co się dzieje do jasnej ch**ery?! - Usłyszałam podniesiony głos Luke'a.
- Wychodzę, już wychodzę - odpowiedziałam, chwytając jeszcze za przed chwilą co rzucony przedmiot. Wzięłam głęboki oddech i nacisnęłam na klamkę, która od razu ustąpiła pod moim naciskiem.
- Luke, bo... No bo.. jest taka pewna sytuacja - zaczęłam, ale po chwili schowałam za siebie biały prostokącik.
- Co masz? - Zapytał.
- Nic ważnego, telefon - odpowiedziałam, na co blondyn, wręcz natychmiastowo wyrwał mi mały przedmiot. Mój oddech stał się płytki i niemiarowy, gdy spojrzałam na niebieskookiego, którego twarz nie wykazywała niczego.
- Ja naprawdę Luke, nie wiem jak to się stało... - powiedziałam.
- Ty jesteś poważna?
- No tak.
- Na pewno?
- Tak, Luke. Jestem w ciąży - mruknęłam po czym natychmiastowo ominęłam chłopaka, i siadłam na łóżko, na którym leżał młody pies.
- Ku**a, Wy serio jesteście poważni? - Zaklęłam pod nosem, po czym rzuciłam testem ciążowym na miękki dywanik. Na moje nieszczęście to ustrojstwo wskazywało dwie kreski, które miałam ochotę, wręcz zamordować, przez to, że pojawiły się akurat u mnie.
- Adeline, co się dzieje do jasnej ch**ery?! - Usłyszałam podniesiony głos Luke'a.
- Wychodzę, już wychodzę - odpowiedziałam, chwytając jeszcze za przed chwilą co rzucony przedmiot. Wzięłam głęboki oddech i nacisnęłam na klamkę, która od razu ustąpiła pod moim naciskiem.
- Luke, bo... No bo.. jest taka pewna sytuacja - zaczęłam, ale po chwili schowałam za siebie biały prostokącik.
- Co masz? - Zapytał.
- Nic ważnego, telefon - odpowiedziałam, na co blondyn, wręcz natychmiastowo wyrwał mi mały przedmiot. Mój oddech stał się płytki i niemiarowy, gdy spojrzałam na niebieskookiego, którego twarz nie wykazywała niczego.
- Ja naprawdę Luke, nie wiem jak to się stało... - powiedziałam.
- Ty jesteś poważna?
- No tak.
- Na pewno?
- Tak, Luke. Jestem w ciąży - mruknęłam po czym natychmiastowo ominęłam chłopaka, i siadłam na łóżko, na którym leżał młody pies.
Od Adeline C.D Luke'a
Wszystkie sytuacje były tak niesamowicie przytłaczające, ale należały do tych, które akceptowałam, a one nie przeszkadzały mi w normalnym funkcjonowaniu. Jednakże życie rozdzieliło pomiędzy wszystkich jakieś malutkie kostki, które wywoływały przykrości w życiu, ale mi trafiły się dwie. Dwie nędzne garści jakiegoś pyłu, który za pomocą czarodziejskiego dotknięcia rozsypywał się na każdą stronę, drażniąc przy tym mnie i moje uczucia, które jeszcze niedawno były jak najbardziej pozytywne. Nie jestem już dzieciakiem, który nie rozumie różnicy pomiędzy życiem a śmiercią. Jestem osobą, która zdaje sobie z tego sprawę, że w końcu jej również zabraknie na świecie. Moi rodzice nie żyją, przez jakiś cholerny wypadek samochodowy, który musiał natrafić akurat na nich. Nie wiedziałam co w tej sytuacji począć, przecież od samego małego urwisa miałam przy sobie rodziców, którzy wspierali mnie niemalże we wszystkim, pomagali mi w moich problemach, a wszystkie moje zawinienia zostawiali w niepamięci. Czując przy sobie Luke'a, czułam jakbym miała go już od dawna, a jego ciepło było niemalże równe z tym, które dostawałam w swoim domu. Mój oddech był płytki, a boląca głowa praktycznie wcale nie dawała mi myślić. Moje oczy zaczęły lepić się pod wpływem zmęczenia, a już po chwili poczułam tylko jak chłopak układa mnie na łóżku i przykrywa moje trzęsące się nadal ciało grubym kocem.
***
Zerwałam się w środku nocy, bowiem przyśniło mi się coś związanego z moimi rodzicielami, których ciała są teraz najpewniej w chłodni, czyli w czym? Po prostu w lodówkach. Zobaczyłam drzemiącego chłopaka, który siedział nade mną, a jego dłoń spoczywała na moim przedramieniu.
- Luke, musimy zarezerwować bilety na samolot. Jak inaczej tam dotrę? - Zapytałam bez żadnego wyrazu twarzy. Blondyn delikatnie przebudził się, ale widząc mnie od razu poderwał swoją głowę do góry.
- Już masz zarezerwowany bilet, kochanie nie mogę z Tobą lecieć. Przecież wiesz, że Twój brat po prostu mnie nie trawi - powiedział i podrapał się za uchem. Zerwałam się z łóżka, chwilowo tracąc równowagę, ale już po chwili odzyskałam ją i zebrałam w sobie siły na rozmowę.
- Słucham? Mam lecieć sama aż tyle godzin, siedzieć sama na pogrzebie i sama opłakiwać śmierć rodziców? - Fuknęłam, a moje oczy błysknęły złością.
- Adeline, to nie tak jak myślisz. Po prostu nie chcę stwarzać Ci dodatkowych zmartwień, ponieważ przejmowałabyś się pewnie każdą moją rozmową z Twoim bratem...
- Ty jesteś poważny?! Nie interesuje mnie opinia mojego brata o Tobie! Ważne jest dla mnie tylko i wyłącznie to, żebyś był przy mnie cały czas blisko! Nawet nie wiesz jak bardzo Cię kocham - powiedziałam łamiącym się głosem, a po chwili siadając ponownie na materac łóżka. Siedząc tak zanurzyłam swą twarz w moich dłoniach, i siedząc tak zaczęłam wycierać łzy spływające po moich policzkach, które i tak były filigranowo białe. - Kocham Cię, rozumiesz? - Powtórzyłam.
***
Zerwałam się w środku nocy, bowiem przyśniło mi się coś związanego z moimi rodzicielami, których ciała są teraz najpewniej w chłodni, czyli w czym? Po prostu w lodówkach. Zobaczyłam drzemiącego chłopaka, który siedział nade mną, a jego dłoń spoczywała na moim przedramieniu.
- Luke, musimy zarezerwować bilety na samolot. Jak inaczej tam dotrę? - Zapytałam bez żadnego wyrazu twarzy. Blondyn delikatnie przebudził się, ale widząc mnie od razu poderwał swoją głowę do góry.
- Już masz zarezerwowany bilet, kochanie nie mogę z Tobą lecieć. Przecież wiesz, że Twój brat po prostu mnie nie trawi - powiedział i podrapał się za uchem. Zerwałam się z łóżka, chwilowo tracąc równowagę, ale już po chwili odzyskałam ją i zebrałam w sobie siły na rozmowę.
- Słucham? Mam lecieć sama aż tyle godzin, siedzieć sama na pogrzebie i sama opłakiwać śmierć rodziców? - Fuknęłam, a moje oczy błysknęły złością.
- Adeline, to nie tak jak myślisz. Po prostu nie chcę stwarzać Ci dodatkowych zmartwień, ponieważ przejmowałabyś się pewnie każdą moją rozmową z Twoim bratem...
- Ty jesteś poważny?! Nie interesuje mnie opinia mojego brata o Tobie! Ważne jest dla mnie tylko i wyłącznie to, żebyś był przy mnie cały czas blisko! Nawet nie wiesz jak bardzo Cię kocham - powiedziałam łamiącym się głosem, a po chwili siadając ponownie na materac łóżka. Siedząc tak zanurzyłam swą twarz w moich dłoniach, i siedząc tak zaczęłam wycierać łzy spływające po moich policzkach, które i tak były filigranowo białe. - Kocham Cię, rozumiesz? - Powtórzyłam.
piątek, 5 maja 2017
Od Adeline - Zawody WKKW, próba terenowa
Moje powieki niechętnie się uniosły, gdy promienie słoneczne, tak jakby specjalnie wpadły do pokoju, w którym akurat ja przebywałam. Z wściekłością usiadłam na brzegu łóżka, a przez moje ciało przebiegł dreszcz, spowodowany najpewniej otaczającym mnie chłodem. Podnosząc się z łóżka zobaczyłam, że na wieszaku wisi ładnie wyprasowana, czarna koszulka, która na prawej stronie miała białą naszywkę konia. Na krześle leżała również kamizelka ochronna, która przy rzepie miała jeszcze nienaruszoną metkę. Widząc to wszystko, zastanawiałam się po co mi to, ale gdy spojrzałam na kalendarz, od razu wszystkie wydarzenia do mnie wróciły. Dzisiaj miała się odbyć druga część zawodów WKKW, czyli próba terenowa. Uwielbiałam cross, który prawie codziennie mi towarzyszył. Wiedziałam, że nie mogę tego zawalić, bo byłoby to po prostu dziwne dla mnie, moja duma od razu by ze mnie zeszła. Nie wiedziałam jak ja wykonam ten przejazd na Double, który również lubi cross, ale jego pewna cecha charakteru, jest ciutke przeszkadzająca. Płochliwość. Trzeba też wspomnieć o tym, że płochliwość ogiera znacznie się zmniejszyła, niepokój w nim wzbudzały teraz tylko widły, reklamówki, wstążki, balony, większy wiatr... dobra nie oszukujmy się, on boi się praktycznie wszystkiego. Biedny gniadosz czasami po prostu mimowolnie odskakiwał, chociaż widać było, że się starał by tego uniknąć. Na szczęście nasza współpraca co raz lepiej się układa, a sam fakt, że Trouble przemógł się samego wchodzenia do boksu, po prostu przynosił mi uśmiech na usta. Głupie, nieprawdaż? Cieszyć się z takich zwykłych, codziennych rzeczy, ale dla mnie było to coś co jeszcze niedawno było wręcz nieosiągalne. Nie wiem czy ogier ma jakieś przykre wspomnienie, ale tego już się najpewniej nie dowiem. Uśmiechnęłam się sama do siebie i z szafy wyciągnęłam śnieżnobiałe bryczesy, które jeszcze nigdy nie spoczęły na moich nogach. Podskoczyłam gdy na łydce poczułam coś mokrego i zimnego, okazało się, że był to po prostu Hubby, który domagał się porannej dawki jedzenia.
- Boże, ale z Ciebie głomodor - zaśmiałam się, a gdy nasypałam suchej karmy do miski, zwróciłam się do łazienki z zamiarem przebrania się w zwykłe, stajenne rzeczy, które bez problemu mogłabym pobrudzić. Były to najzwyklejsze czarne bryczesy, jak i zwykła szara koszulka polo, która była przyjemnie chłodna. Będąc już gotowa, wyszłam z pokoju i od razu skierowałam się w stronę stajni, bowiem mój żołądek w tym momencie nie domagał się jedzenia. Z przyzwyczajenia, moje nogi poniosły mnie w stronę stajni koni rekreacyjnych, ale już gdy miałam do niej wchodzić, usłyszałam głos, który z pewnością należał do najukochańszej osoby na ziemi.
- Adiii, tam stoi Double - zaśmiał się Luke, a ja objęłam go, po czym poszłam do gniadosza, którego boks stał przy samym początku. Wchodząc do budynku, przywitały mnie wesołe parsknięcia, które z pewnością należały do Trouble. Młody rumak dotknął swoimi chrapami w moją otwartą dłoń, a ja pamiętając o nim, wiedziałam, że w kieszeni mam smakołyki, więc od razu mu je podarowałam.
- Cześć kochanie - powiedziałam, całując jego kość nosową, którą pokrywała mięciutka i krótka sierść. Wiedząc, że już za niedługo będą zaczynały się rozgrzewki do pierwszych startów, wzięłam się za czyszczenie brązowego włosia Trouble, który na samym początku miał zastrzeżenia co do gumowego zgrzebła, które mogło wręcz pożreć tego biednego, samotnego wierzchowca. Sunęłam szczotkami po grzbiecie ogiera, który harmonijnie przechodził w zad, jak i delikatnie umięśnioną szyję, która zwieńczona była dość małą, ale proporcjonalną głową. Ciemne oczy Double miały niesamowity inteligentny połysk, który w tym momencie emanował spokojem. Widząc, że szczotką już więcej nie osiągnę bo i tak jest czysty, więc widząc, że gniadosz się nie spłoszy, po prostu chwyciłam się jego szyi, i mocno wtuliłam się w czarną i gęstą grzywę, która była ładnie przystrzyżona. Uśmiechnęłam się pod nosem, a w głowie zaczęły mi krążyć myśli, jaki by tu założyć czaprak na ogiera, jak zapleść grzywę i ogon gniadosza.
- Krasnal, tak czy siak będziesz w czarnym, bo nie puszczę Cię w niczym innym, zaraz byś wszystko pobrudził - zaśmiałam się i poklepałam nieco niższego wierzchowcowi, który wręcz idealnie pasował do mojego wzrostu. Po cichu wyszłam z boksu i zostawiłam ogiera samego sobie. Poszłam do mojej szafki jeździeckiej gdzie leżały niemalże wszystkie czapraki, a w tym nienaruszony jeszcze czarny komplet, którego lamówka była czerwono/niebiesko/biała. Z samego dołu wyjęłam jeszcze zestaw ochraniaczy skokowych, które podszyte były mięciutkim futerkiem. Obładowana sprzętem konia, wróciłam do jego boksu, przy którym stał wieszak z zawieszonym czarnym siodłem do tejże samej dyscypliny. Siodło było dzień wcześniej pożyczone od mojej starej przyjaciółki, która interesowała się właśnie crossem, bowiem ja nie zdążyłam jeszcze kupić siodła skokowego. Świeżo co wypastowane siedzisko odbijało promienie słoneczne, a przy tym wyglądało jakby było wprost wyjęte z filmu. Ogłowie munsztukowe, które wisiało tuż obok drzwi od boksu, miało również pięknie wysmarowane paski, a munsztuk miał przepiękny srebrny kolor, który wręcz idealnie pasował do wisiorka, który podarował mi mój Luke. Moją głowę zajęła myśl co właśnie porabia blondyn, którego widziałam jeszcze niedawno. W sumie to nie wiedziałam czy chłopak będzie startował w próbie terenowej. Odetchnęłam głęboko gdy zobaczyłam, że jeden ze stajennych włóczy się po stajni bez celu.
- Przepraszam! Chciałbyś może osiodłać mojego konia? Muszę się przebrać, a nie wyrobie się z takim czasem. Z resztą pobrudzę również białe bryczesy. Proszę - uśmiechnęłam się krzywo.
- Czemu nie, ale co z tego będę miał? - Zaśmiał się świeżo co zatrudniony mężczyzna.
- Mój uśmiech - przewróciłam oczami i wyszłam z budynku, który był stosunkowo blisko położony co do akademika. Nagle w mojej głowie pojawiła się nieodparta chęć zjedzenia jakiegoś posiłku, ale natychmiastowo pojawiło się również uczucie stresu, które szybko przegoniło głód, a sama ja mogłam się ponownie skupić na zawodach. Wbiegłam do pokoju i zgarnęłam wszystkie rzeczy z fotela i wieszaka. Naciągając koszulkę, zdjęłam od razu naszyjnik, z którym obchodziłam się, jak z jajkiem. Ostrożnie ułożyłam wisiorek na szafkę, i dokończyłam ubieranie się. Stojąc przed lustrem, w głowie pojawiły mi się różne myśli. Co się stanie, gdy Double nagle przestraszy się jakiejś bzdury? Spadnę i co? Jeżeli wtedy coś mi się stanie, i już nigdy nie będę mogła wsiąść? Luke chyba by mnie zabił, nie, zabiłby mojego konia, który teraz najpewniej stoi już osiodłany, i gotowy do startu. Odpędzając od siebie źle myśli, głośno westchnęłam i wyszłam z pokoju, chwytając jeszcze kask. Odrzuciłam krótkiego kucyka do tyłu i założyłam nakrycie głowy.
- Dam radę - szepnęłam i wkroczyłam do stajni. Na środku korytarza głównego, stał młody stajenny i Double Trouble, który prezentował się wyjątkowo okazale. Zaśmiałam się pod nosem i poklepałam ogiera po szyi.
- Dziękuję - uśmiechnęłam się, przechwyciłam wodzę i wyszłam w stronę miejsca, gdzie można się rozgrzać. Podpięłam popręg, zsunęłam strzemiona i płynnie wsiadłam na grzbiet gniadosza. Wsunęłam drugą stopę w strzemię, wodze poprawiłam w dłoniach. Dałam delikatny sygnał do ruszenia z miejsca, ale niestety ruszyliśmy kłusem, którego takt przecinały mocne wierzgnięcia. Double przestraszył się zwykłego szelestu liści, które przed chwilą spadły z drzewa. Zdenerwowana zaczęłam wydawać ciche komendy, dając mocny sygnał ogierowi, że ma natychmiastowo zwolnić, bowiem ten chód nie jest przeze mnie porządany.
- Double, już, spokojnie. Hooola - szepnęłam, a gniadosz natychmiastowo zwolnił kroku. Spokojnie wjechałam nim na rozprężalnie, gdzie nie panował chaos, bowiem zaczęły się pierwsze starty, przez co zrobiło się "rzadziej". Popędziłam ogiera już do galopu, bowiem czułam, że nie ma żadnego sensu powstrzymywania go. Uśmiechnęłam się gdy koń spokojnie przeszedł do galopu, a jego kopyta płynnie lądowały na wilgotnym piasku, którego ziarna rozsypywały się po ścieżce. Gdy miałam już najeżdżać na pierwszą z przeszkód, usłyszałam głos należący do komentatora.
- Prosimy o wstawienie się Adeline Carter na ogierze Double Trouble! Przypomnijmy, że uczennica ma dziewiętnaście lat, a jej wierzchowiec to czteroletni przedstawiciel belgijskiego konia gorącokrwistego. Gniadosz ma niesamowity rodowód, ale jak wiadomo papierek nie skacze, więc dzisiaj się wszystko okaże. - Powiedział krótko mężczyzna, a ja słysząc sygnał do startu, ruszyłam galopem, który nie był za spokojnym, był wręcz niekontrolowany. Double przestraszył się jakieś siatki, która wręcz mogłaby zjeść biednego konika. Szybko jednak odzyskałam pełną kontrolę nad wierzchowcem i ruszyłam pewna siebie na pierwszą przeszkodę, którą jak się okazało był Triple Barre. Ogier pokonał ją bez większych problemów, więc jako dumna mama oddałam mu więcej wodzy i już pędziłam na mur, który wyłonił się zza zakrętu. Niestety drugą przeszkoda okazała się być nieco trudniejsza, bowiem gniady czasami bał się skakać przez tego typu mury, które kryły za sobą tajemniczy teren. Pogładziłam szyję Trouble'a i usiadłam w siodło, pchając ogiera do przeszkody. Kolejna za nami, bliżej końca niż było. Jeśli pokonamy coffina to mamy już wszystko z górki.
- Haaaalo, spokojnie, wolniej - szepnęłam, bowiem koń zaczął pędzić w poszukiwaniu nowej przeszkody do pokonania. Niestety tak jak myślałam, gniadosz zwolnił kroku przed coffinem, przez co wejście w przeszkodę było mniej energiczne. Na szczęście udało nam się to pozbierać i jakoś to pokonaliśmy, może nie w wielkim stylu, ale jednak. Byłam zmuszona do tego, by zwolnić kroku, który teraz był zdecydowanie za szybki, ponieważ kolejny mur zbliżał się zdecydowanie za szybko. Ten murek był nieco wyższy, przez co wydawał się bardziej solidny i potężniejszy. Rozejrzałam się widząc tłumy uczniów, którzy nie biorą udziału w zawodach. Szybko jednak znalazłam twarz blondyna, któremu posłałam szeroki uśmiech, po czym poszybowałam nad przeszkodą, którą pokonaliśmy w niesamowitym stylu. Nagle przed nami wyrósł... Krasnal. Po prostu krasnal, żywopłot, który był niesamowicie niski.
- Pestka - mruknęłam, a ogier w tym samym momencie leniwie podniósł nogi nad rośliną. Rzuciliśmy się pędem na stół, który również pokonany był w ładnym stylu, bowiem była to najłatwiejsza i najbardziej bezpieczna przeszkoda na tym torze crossowym. Drugi stół, również został pokonany bez żadnego szwanku, no może oprócz jednego bryknięcia, które niemalże wyrzuciło mnie z siodła na amen. Bankiet. No to teraz będzie ciekawie. Zdarzały nam się duże nieporozumienia przy tejże przeszkodzie, która budziła niemały postrach w koniu, który należał do mnie. Bałam się, że źle wyliczę kroki, bałam się, że ogier odmówi posłuszeństwa.
- Niech się dzieje to, co ma się dziać - zaśmiałam się, a gniadosz w odpowiedzi szarpnął wodzę i wesoło pokonał tę przeszkodę, której najbardziej się baliśmy. Niesamowite, wręcz, że ogier w tak młodym wieku, potrafi sobie tak świetnie poradzić na torze crossowym, który jest dość trudny. Rów z wodą przybliżał się coraz bardziej, a spocony już Double Trouble nie miał pojęcia, że przed nim znajduje się zbiornik wypełniony wodą, której panicznie się boi, a przy kontakcie z wodą robi wszystko to, czego nie powinien zrobić. Dałam ogierowi mocniejszy impuls łydkami i zamknęłam oczy w przekonaniu, że będzie to już ostatnia przeszkoda, którą dzisiaj pokonam. Nie poczułam żadnej kropli wody na bryczesach, a wręcz przeciwnie. Poczułam tylko miękkie lądowanie na podłożu, a dalej słyszałam tylko takt końskiego galopu, który działał na mnie kojąco. Został nam jeszcze tylko okser, hydra i te zwalone drzewo, które budziło malutki respekt w cielskiem tego wielkiego stworzenia, które właśnie galopowało pode mną. Okser pokonaliśmy bez żadnego szwanku, bowiem była to przeszkoda 'codziennego użytku'. Tor crossowy, który w tym momencie pokonywałam był bardzo skrętny, a odległości między przeszkodami czasami okazywały się zbyt krótkie, chyba, że problem ten leży w foulach mojego gniadosza.
- 1... 2... 3... Hop! - Zaśmiałam się, gdy poczułam delikatny dotyk gałęzi, które znajdywaly się przy hydrze. Usłyszałam tylko jak ogier gryzie wędzidło, a ja tracę zupełną kontrolę nad tym głupim stworzeniem. Próbowałam jakiś pozbierać ten przejazd, ale niestety wyszło jak wyszło. Ostatnie zwalone drzewo przeskoczyliśmy byle jak, aby było. Na mecie znaleźliśmy się na prawdę szybko.
- Piękny czas panno Carter - usłyszałam tylko głos, który należał do Pana Rose.
- Boże, ale z Ciebie głomodor - zaśmiałam się, a gdy nasypałam suchej karmy do miski, zwróciłam się do łazienki z zamiarem przebrania się w zwykłe, stajenne rzeczy, które bez problemu mogłabym pobrudzić. Były to najzwyklejsze czarne bryczesy, jak i zwykła szara koszulka polo, która była przyjemnie chłodna. Będąc już gotowa, wyszłam z pokoju i od razu skierowałam się w stronę stajni, bowiem mój żołądek w tym momencie nie domagał się jedzenia. Z przyzwyczajenia, moje nogi poniosły mnie w stronę stajni koni rekreacyjnych, ale już gdy miałam do niej wchodzić, usłyszałam głos, który z pewnością należał do najukochańszej osoby na ziemi.
- Adiii, tam stoi Double - zaśmiał się Luke, a ja objęłam go, po czym poszłam do gniadosza, którego boks stał przy samym początku. Wchodząc do budynku, przywitały mnie wesołe parsknięcia, które z pewnością należały do Trouble. Młody rumak dotknął swoimi chrapami w moją otwartą dłoń, a ja pamiętając o nim, wiedziałam, że w kieszeni mam smakołyki, więc od razu mu je podarowałam.
- Cześć kochanie - powiedziałam, całując jego kość nosową, którą pokrywała mięciutka i krótka sierść. Wiedząc, że już za niedługo będą zaczynały się rozgrzewki do pierwszych startów, wzięłam się za czyszczenie brązowego włosia Trouble, który na samym początku miał zastrzeżenia co do gumowego zgrzebła, które mogło wręcz pożreć tego biednego, samotnego wierzchowca. Sunęłam szczotkami po grzbiecie ogiera, który harmonijnie przechodził w zad, jak i delikatnie umięśnioną szyję, która zwieńczona była dość małą, ale proporcjonalną głową. Ciemne oczy Double miały niesamowity inteligentny połysk, który w tym momencie emanował spokojem. Widząc, że szczotką już więcej nie osiągnę bo i tak jest czysty, więc widząc, że gniadosz się nie spłoszy, po prostu chwyciłam się jego szyi, i mocno wtuliłam się w czarną i gęstą grzywę, która była ładnie przystrzyżona. Uśmiechnęłam się pod nosem, a w głowie zaczęły mi krążyć myśli, jaki by tu założyć czaprak na ogiera, jak zapleść grzywę i ogon gniadosza.
- Krasnal, tak czy siak będziesz w czarnym, bo nie puszczę Cię w niczym innym, zaraz byś wszystko pobrudził - zaśmiałam się i poklepałam nieco niższego wierzchowcowi, który wręcz idealnie pasował do mojego wzrostu. Po cichu wyszłam z boksu i zostawiłam ogiera samego sobie. Poszłam do mojej szafki jeździeckiej gdzie leżały niemalże wszystkie czapraki, a w tym nienaruszony jeszcze czarny komplet, którego lamówka była czerwono/niebiesko/biała. Z samego dołu wyjęłam jeszcze zestaw ochraniaczy skokowych, które podszyte były mięciutkim futerkiem. Obładowana sprzętem konia, wróciłam do jego boksu, przy którym stał wieszak z zawieszonym czarnym siodłem do tejże samej dyscypliny. Siodło było dzień wcześniej pożyczone od mojej starej przyjaciółki, która interesowała się właśnie crossem, bowiem ja nie zdążyłam jeszcze kupić siodła skokowego. Świeżo co wypastowane siedzisko odbijało promienie słoneczne, a przy tym wyglądało jakby było wprost wyjęte z filmu. Ogłowie munsztukowe, które wisiało tuż obok drzwi od boksu, miało również pięknie wysmarowane paski, a munsztuk miał przepiękny srebrny kolor, który wręcz idealnie pasował do wisiorka, który podarował mi mój Luke. Moją głowę zajęła myśl co właśnie porabia blondyn, którego widziałam jeszcze niedawno. W sumie to nie wiedziałam czy chłopak będzie startował w próbie terenowej. Odetchnęłam głęboko gdy zobaczyłam, że jeden ze stajennych włóczy się po stajni bez celu.
- Przepraszam! Chciałbyś może osiodłać mojego konia? Muszę się przebrać, a nie wyrobie się z takim czasem. Z resztą pobrudzę również białe bryczesy. Proszę - uśmiechnęłam się krzywo.
- Czemu nie, ale co z tego będę miał? - Zaśmiał się świeżo co zatrudniony mężczyzna.
- Mój uśmiech - przewróciłam oczami i wyszłam z budynku, który był stosunkowo blisko położony co do akademika. Nagle w mojej głowie pojawiła się nieodparta chęć zjedzenia jakiegoś posiłku, ale natychmiastowo pojawiło się również uczucie stresu, które szybko przegoniło głód, a sama ja mogłam się ponownie skupić na zawodach. Wbiegłam do pokoju i zgarnęłam wszystkie rzeczy z fotela i wieszaka. Naciągając koszulkę, zdjęłam od razu naszyjnik, z którym obchodziłam się, jak z jajkiem. Ostrożnie ułożyłam wisiorek na szafkę, i dokończyłam ubieranie się. Stojąc przed lustrem, w głowie pojawiły mi się różne myśli. Co się stanie, gdy Double nagle przestraszy się jakiejś bzdury? Spadnę i co? Jeżeli wtedy coś mi się stanie, i już nigdy nie będę mogła wsiąść? Luke chyba by mnie zabił, nie, zabiłby mojego konia, który teraz najpewniej stoi już osiodłany, i gotowy do startu. Odpędzając od siebie źle myśli, głośno westchnęłam i wyszłam z pokoju, chwytając jeszcze kask. Odrzuciłam krótkiego kucyka do tyłu i założyłam nakrycie głowy.
- Dam radę - szepnęłam i wkroczyłam do stajni. Na środku korytarza głównego, stał młody stajenny i Double Trouble, który prezentował się wyjątkowo okazale. Zaśmiałam się pod nosem i poklepałam ogiera po szyi.
- Dziękuję - uśmiechnęłam się, przechwyciłam wodzę i wyszłam w stronę miejsca, gdzie można się rozgrzać. Podpięłam popręg, zsunęłam strzemiona i płynnie wsiadłam na grzbiet gniadosza. Wsunęłam drugą stopę w strzemię, wodze poprawiłam w dłoniach. Dałam delikatny sygnał do ruszenia z miejsca, ale niestety ruszyliśmy kłusem, którego takt przecinały mocne wierzgnięcia. Double przestraszył się zwykłego szelestu liści, które przed chwilą spadły z drzewa. Zdenerwowana zaczęłam wydawać ciche komendy, dając mocny sygnał ogierowi, że ma natychmiastowo zwolnić, bowiem ten chód nie jest przeze mnie porządany.
- Double, już, spokojnie. Hooola - szepnęłam, a gniadosz natychmiastowo zwolnił kroku. Spokojnie wjechałam nim na rozprężalnie, gdzie nie panował chaos, bowiem zaczęły się pierwsze starty, przez co zrobiło się "rzadziej". Popędziłam ogiera już do galopu, bowiem czułam, że nie ma żadnego sensu powstrzymywania go. Uśmiechnęłam się gdy koń spokojnie przeszedł do galopu, a jego kopyta płynnie lądowały na wilgotnym piasku, którego ziarna rozsypywały się po ścieżce. Gdy miałam już najeżdżać na pierwszą z przeszkód, usłyszałam głos należący do komentatora.
- Prosimy o wstawienie się Adeline Carter na ogierze Double Trouble! Przypomnijmy, że uczennica ma dziewiętnaście lat, a jej wierzchowiec to czteroletni przedstawiciel belgijskiego konia gorącokrwistego. Gniadosz ma niesamowity rodowód, ale jak wiadomo papierek nie skacze, więc dzisiaj się wszystko okaże. - Powiedział krótko mężczyzna, a ja słysząc sygnał do startu, ruszyłam galopem, który nie był za spokojnym, był wręcz niekontrolowany. Double przestraszył się jakieś siatki, która wręcz mogłaby zjeść biednego konika. Szybko jednak odzyskałam pełną kontrolę nad wierzchowcem i ruszyłam pewna siebie na pierwszą przeszkodę, którą jak się okazało był Triple Barre. Ogier pokonał ją bez większych problemów, więc jako dumna mama oddałam mu więcej wodzy i już pędziłam na mur, który wyłonił się zza zakrętu. Niestety drugą przeszkoda okazała się być nieco trudniejsza, bowiem gniady czasami bał się skakać przez tego typu mury, które kryły za sobą tajemniczy teren. Pogładziłam szyję Trouble'a i usiadłam w siodło, pchając ogiera do przeszkody. Kolejna za nami, bliżej końca niż było. Jeśli pokonamy coffina to mamy już wszystko z górki.
- Haaaalo, spokojnie, wolniej - szepnęłam, bowiem koń zaczął pędzić w poszukiwaniu nowej przeszkody do pokonania. Niestety tak jak myślałam, gniadosz zwolnił kroku przed coffinem, przez co wejście w przeszkodę było mniej energiczne. Na szczęście udało nam się to pozbierać i jakoś to pokonaliśmy, może nie w wielkim stylu, ale jednak. Byłam zmuszona do tego, by zwolnić kroku, który teraz był zdecydowanie za szybki, ponieważ kolejny mur zbliżał się zdecydowanie za szybko. Ten murek był nieco wyższy, przez co wydawał się bardziej solidny i potężniejszy. Rozejrzałam się widząc tłumy uczniów, którzy nie biorą udziału w zawodach. Szybko jednak znalazłam twarz blondyna, któremu posłałam szeroki uśmiech, po czym poszybowałam nad przeszkodą, którą pokonaliśmy w niesamowitym stylu. Nagle przed nami wyrósł... Krasnal. Po prostu krasnal, żywopłot, który był niesamowicie niski.
- Pestka - mruknęłam, a ogier w tym samym momencie leniwie podniósł nogi nad rośliną. Rzuciliśmy się pędem na stół, który również pokonany był w ładnym stylu, bowiem była to najłatwiejsza i najbardziej bezpieczna przeszkoda na tym torze crossowym. Drugi stół, również został pokonany bez żadnego szwanku, no może oprócz jednego bryknięcia, które niemalże wyrzuciło mnie z siodła na amen. Bankiet. No to teraz będzie ciekawie. Zdarzały nam się duże nieporozumienia przy tejże przeszkodzie, która budziła niemały postrach w koniu, który należał do mnie. Bałam się, że źle wyliczę kroki, bałam się, że ogier odmówi posłuszeństwa.
- Niech się dzieje to, co ma się dziać - zaśmiałam się, a gniadosz w odpowiedzi szarpnął wodzę i wesoło pokonał tę przeszkodę, której najbardziej się baliśmy. Niesamowite, wręcz, że ogier w tak młodym wieku, potrafi sobie tak świetnie poradzić na torze crossowym, który jest dość trudny. Rów z wodą przybliżał się coraz bardziej, a spocony już Double Trouble nie miał pojęcia, że przed nim znajduje się zbiornik wypełniony wodą, której panicznie się boi, a przy kontakcie z wodą robi wszystko to, czego nie powinien zrobić. Dałam ogierowi mocniejszy impuls łydkami i zamknęłam oczy w przekonaniu, że będzie to już ostatnia przeszkoda, którą dzisiaj pokonam. Nie poczułam żadnej kropli wody na bryczesach, a wręcz przeciwnie. Poczułam tylko miękkie lądowanie na podłożu, a dalej słyszałam tylko takt końskiego galopu, który działał na mnie kojąco. Został nam jeszcze tylko okser, hydra i te zwalone drzewo, które budziło malutki respekt w cielskiem tego wielkiego stworzenia, które właśnie galopowało pode mną. Okser pokonaliśmy bez żadnego szwanku, bowiem była to przeszkoda 'codziennego użytku'. Tor crossowy, który w tym momencie pokonywałam był bardzo skrętny, a odległości między przeszkodami czasami okazywały się zbyt krótkie, chyba, że problem ten leży w foulach mojego gniadosza.
- 1... 2... 3... Hop! - Zaśmiałam się, gdy poczułam delikatny dotyk gałęzi, które znajdywaly się przy hydrze. Usłyszałam tylko jak ogier gryzie wędzidło, a ja tracę zupełną kontrolę nad tym głupim stworzeniem. Próbowałam jakiś pozbierać ten przejazd, ale niestety wyszło jak wyszło. Ostatnie zwalone drzewo przeskoczyliśmy byle jak, aby było. Na mecie znaleźliśmy się na prawdę szybko.
- Piękny czas panno Carter - usłyszałam tylko głos, który należał do Pana Rose.
Od Adeline C.D Luke'a
Zobaczyłam upragniony budynek akademii, który wręcz znikał mi z pola widzenia, bowiem było ciemno jak.. dobra nieważne jak mocno, ale było po prostu ciemno. Nagle przede mną wyrósł chłopak, który za sobą ciągnął dwie przeogromnych gabarytów walizki, które były wyładowane po same brzegi. Zaśmiałam się na ten widok, bowiem blondyn po chwili nastawił swój policzek i oczekiwał bez żadnego słowa. Podeszłam do Luke'a i delikatnie pocałowałam jego twarz, na której ujawniły się delikatne dołeczki, które wręcz roztopiły mnie od środka. Długo nie rozkoszowałam się tym widokiem, bowiem moją uwagę przyciągnął budynek, w którym nie paliły się ani jedne światła. Było to wręcz niemożliwe, bowiem zegarek wskazywał dopiero godzinę dwudziestą trzecią, która dla wszystkich uczniów, była godziną młodą, wprowadzającą dopiero do ich życia coś ciekawszego.
- Luke, ciekawe co tu się wydarzyło - powiedziałam, a widząc to, że chłopak uniósł brwi, zaśmiałam się, bowiem wyglądało to po prostu komicznie.
- Wiesz może ktoś lubi...
- NIE KOŃCZ - przerwałam mu, po czym przełożyłam palec do jego ust. Po chwili weszłam uważnie po schodach, przyświecając sobie latarką od telefonu, która w rzeczywistości była lampą błyskową. Wszędzie panował przeszkadzający mi spokój, a ta cholerna cisza po prostu szumiała mi w uszach. Nagle moja stopa niefortunnie zaczepiła się o jeden stopień, a cała ja runęłam jak długa na podłogę w korytarzu, który prowadził do mojego pokoju.
- Sierota - fuknęłam, szybko wstałam i się otrzepałam. - Luke, ja nie dojdę do tego je***ego pokoju - dokończyłam z wyraźną irytacją, a nawet można było to już określić jako złość.
- Dojdziesz.
- Boże święci ja mam dzisiaj jakieś zje**ne skojarzenia - burknęłam, po czym na omacku ruszyłam przed siebie. Nagle poczułam upragnioną klamkę, która wręcz błagała mnie o to, aby tylko ją nacisnąć.
- Wreszcie mój pokój - powiedziałam i rzuciłam się na łóżko. Nie dany był mi odpoczynek, bowiem ciszę od razu przerwał dźwięk mojego telefonu, który sygnalizował tylko to, że jakiś palant właśnie do mnie dzwonił.
- Mój brat? - Powiedziałam nie ukrywając zdziwienia, ale od razu odebrałam od niego połączenie. Z aparatu nie doszło żadne słowo, a jedynie było słychać przyciszony szloch. - Co się dzieje?! - Wykrzyknęłam, ale już po chwili nie miałam ochoty krzyczeć. - Jak-ja-jaki wypadek? To przecież niemożliwe! - Powiedziałam, a z moich oczu spłynęły łzy, które były zapowiedzią długiego płaczu. Szybko odłożyłam telefon na pościel, a sama rzuciłam się w objęcia chłopaka, który z wyczekiwaniem siedział na brzegu łóżka.
- Moi rodzice... Nie żyją - załkałam, a łzy, które teraz ciekły jak nigdy dotąd, świadczyły o tym, że przeżywam w tym momencie najgorsze momenty mojego krótkiego życia. - Wypadek samochodowy, rozumiesz?! Nie żyją! - Zapłakałam gorzko i ponownie wtuliłam się w ramię blondyna, który teraz przytulił mnie jeszcze mocniej do siebie.
- Luke, ciekawe co tu się wydarzyło - powiedziałam, a widząc to, że chłopak uniósł brwi, zaśmiałam się, bowiem wyglądało to po prostu komicznie.
- Wiesz może ktoś lubi...
- NIE KOŃCZ - przerwałam mu, po czym przełożyłam palec do jego ust. Po chwili weszłam uważnie po schodach, przyświecając sobie latarką od telefonu, która w rzeczywistości była lampą błyskową. Wszędzie panował przeszkadzający mi spokój, a ta cholerna cisza po prostu szumiała mi w uszach. Nagle moja stopa niefortunnie zaczepiła się o jeden stopień, a cała ja runęłam jak długa na podłogę w korytarzu, który prowadził do mojego pokoju.
- Sierota - fuknęłam, szybko wstałam i się otrzepałam. - Luke, ja nie dojdę do tego je***ego pokoju - dokończyłam z wyraźną irytacją, a nawet można było to już określić jako złość.
- Dojdziesz.
- Boże święci ja mam dzisiaj jakieś zje**ne skojarzenia - burknęłam, po czym na omacku ruszyłam przed siebie. Nagle poczułam upragnioną klamkę, która wręcz błagała mnie o to, aby tylko ją nacisnąć.
- Wreszcie mój pokój - powiedziałam i rzuciłam się na łóżko. Nie dany był mi odpoczynek, bowiem ciszę od razu przerwał dźwięk mojego telefonu, który sygnalizował tylko to, że jakiś palant właśnie do mnie dzwonił.
- Mój brat? - Powiedziałam nie ukrywając zdziwienia, ale od razu odebrałam od niego połączenie. Z aparatu nie doszło żadne słowo, a jedynie było słychać przyciszony szloch. - Co się dzieje?! - Wykrzyknęłam, ale już po chwili nie miałam ochoty krzyczeć. - Jak-ja-jaki wypadek? To przecież niemożliwe! - Powiedziałam, a z moich oczu spłynęły łzy, które były zapowiedzią długiego płaczu. Szybko odłożyłam telefon na pościel, a sama rzuciłam się w objęcia chłopaka, który z wyczekiwaniem siedział na brzegu łóżka.
- Moi rodzice... Nie żyją - załkałam, a łzy, które teraz ciekły jak nigdy dotąd, świadczyły o tym, że przeżywam w tym momencie najgorsze momenty mojego krótkiego życia. - Wypadek samochodowy, rozumiesz?! Nie żyją! - Zapłakałam gorzko i ponownie wtuliłam się w ramię blondyna, który teraz przytulił mnie jeszcze mocniej do siebie.
poniedziałek, 1 maja 2017
Od Adeline C.D Luke'a - zakup konia
Zniecierpliwiona siedziałam na kolanach chłopaka, który cały czas bawił się moimi włosami. Wszyscy ludzie, którzy stali wokół nas, wpatrywali się w naszą dwójkę... z obrzydzeniem? Z zazdrością? Może z radością? Nie dało się tego określić bowiem niektórzy się uśmiechali, zaś inni gromili mnie i Luke'a wzrokiem zabójcy. Czując ogromną ulgę, zeszłam z kolan chłopaka i wyszłam na przystanek, który stał tuż przed kompleksem przepięknych i nowoczesnych budynków.
- To tutaj - powiedział i wskazał na wspomniane wcześniej budynki.
- No nieźle - odpowiedziałam. - Chodź szybciej, chcę już zobaczyć konie - fuknęłam i przyśpieszyłam tempa, które i tak miało już niesamowite tempo, wręcz dziwne, że to nie był bieg. Chrząst kamieni pod moimi butami był niesamowicie przyjemny dla mojego ucha, a dźwięki, które dobiegały z wnętrz stajni, były jeszcze bardziej kojące. Rozpromieniona doszłam do najbliższych drzwi, a za moimi plecami rozległ się nieznany mi głos, który z pewnością należał do mężczyzny.
- Dzień doby, w czym mogę pomóc? - zaczął, a gdy blondyn doszedł dodał również - Może czegoś szukacie?
- W sumie to tak, chciałabym zobaczyć młode konie - powiedziałam z szerokim uśmiechem. Mężczyzna wręcz natychmiastowo skierował nas w stronę nieco mniejszej stajni, która i tak robiła na nas ogromne wrażenie. Z nadzieją chwyciłam za klamkę, a wchodząc do wnętrza olśnił mnie wygląd całej stajni, każdego boksu, nawet tych ładnych kafelków ułożonych na podłodze. Zauroczona tymże widokiem, zaczęłam sunąć między rządami boksów, które zapełniały niesamowite konie, które czasami były lepszego pokroju, zaś czasami nieco gorszego. Idąc dalej znalazłam przepiękną karą klacz, która całym swoim wyglądem mnie zachwycała.
- Luke, patrz na nią - szepnęłam. - Można otworzyć boks? - Tym razem słowa te skierowałam do mężczyzny, który ciągle nam towarzyszył.
- Oczywiście, że tak. Akurat ta karoszka jest bardzo grzeczna i przyjemna - powiedział i skinął głową. Bez zawahania przesunęłam zasuwę, a odsuwając drzwi, miałam co raz większą ochotę dotknięcia chrap klaczy. Kładąc rękę na jej szyi, poczułam delikatną sierść, która wyglądem i teksturą przypominała jedwab. Stojąc przy karej klaczy, nagle usłyszałam stukot kopyt, na pewno nie należał on do spokojnego konia, który właśnie idzie boksu po męczącym treningu. Do stajni wparował majestatyczny gniadosz, który był cały spięty, a jego oczy często błyskały białkiem. Widząc stajennych, którzy wręcz rzucili się na gniadego, szybko zostawiłam klacz, a sama podbiegłam do tego całego zdarzenia. Nie zwracając uwagi na to, co dzieje się wokół mnie, po prostu podeszłam do wierzchowca, który ciężko wypuszczał powietrze i co raz częściej, przeraźliwie parskał. Podchodząc bliżej, jak się okazało ogiera, złapałam jego szafirowy kantar, ale on nie zwracając uwagi na to co dzieje się w jego pobliżu, zaczął tańczyć w miejscu, a po chwili doszło również obracanie się wokół własnej osi, które wręcz czasami przygniatało mnie do ściany boksu.
- Cichutko, spokojnie, nic się nie dzieje - szepnęłam gdy gniadosz nieco się uspokoił. Poklepałam jego mokrą szyję, po czym wręczyłam kantar pobliskiemu mężczyźnie. Z westchnięciem podeszłam do niebieskookiego blondyna, na którego twarzy malowało się zaskoczenie.
- Luke, piszę do taty o pieniądze. Muszę mieć tego konia. - Powiedziałam, a moje oczy znacznie się rozjaśniły.
- On Cię zabiję - odpowiedział.
- Jak mnie zabije, to Ty masz zabić jego - zaśmiałam się, po czym wysłałam wcześniej napisaną wiadomość na numer, który prowadził do mojego ojca. Moje oczy zabłysły, a serce miało ochotę eksplodować w tym momencie, gdy mój tata odpisał: "Przesyłam pieniądze, udanej pracy z młodym".
- Mój tata właśnie wpłacił pieniądze na państwa konto, mam nadzieję, że kwota odpowiada - machnęłam od niechcenia, szybko podeszłam do boksu gniadego ogiera, który nadal miał niemiarowy oddech.
- Double Trouble, ciekawe, Podwójny Kłopot, w sumie to taki jesteś - zaśmiałam się, a czując oddech chłopaka na moim ramieniu, już wiedziałam, że jestem w tym momencie najszczęśliwszą dziewczyną na świecie.
- To tutaj - powiedział i wskazał na wspomniane wcześniej budynki.
- No nieźle - odpowiedziałam. - Chodź szybciej, chcę już zobaczyć konie - fuknęłam i przyśpieszyłam tempa, które i tak miało już niesamowite tempo, wręcz dziwne, że to nie był bieg. Chrząst kamieni pod moimi butami był niesamowicie przyjemny dla mojego ucha, a dźwięki, które dobiegały z wnętrz stajni, były jeszcze bardziej kojące. Rozpromieniona doszłam do najbliższych drzwi, a za moimi plecami rozległ się nieznany mi głos, który z pewnością należał do mężczyzny.
- Dzień doby, w czym mogę pomóc? - zaczął, a gdy blondyn doszedł dodał również - Może czegoś szukacie?
- W sumie to tak, chciałabym zobaczyć młode konie - powiedziałam z szerokim uśmiechem. Mężczyzna wręcz natychmiastowo skierował nas w stronę nieco mniejszej stajni, która i tak robiła na nas ogromne wrażenie. Z nadzieją chwyciłam za klamkę, a wchodząc do wnętrza olśnił mnie wygląd całej stajni, każdego boksu, nawet tych ładnych kafelków ułożonych na podłodze. Zauroczona tymże widokiem, zaczęłam sunąć między rządami boksów, które zapełniały niesamowite konie, które czasami były lepszego pokroju, zaś czasami nieco gorszego. Idąc dalej znalazłam przepiękną karą klacz, która całym swoim wyglądem mnie zachwycała.
- Luke, patrz na nią - szepnęłam. - Można otworzyć boks? - Tym razem słowa te skierowałam do mężczyzny, który ciągle nam towarzyszył.
- Oczywiście, że tak. Akurat ta karoszka jest bardzo grzeczna i przyjemna - powiedział i skinął głową. Bez zawahania przesunęłam zasuwę, a odsuwając drzwi, miałam co raz większą ochotę dotknięcia chrap klaczy. Kładąc rękę na jej szyi, poczułam delikatną sierść, która wyglądem i teksturą przypominała jedwab. Stojąc przy karej klaczy, nagle usłyszałam stukot kopyt, na pewno nie należał on do spokojnego konia, który właśnie idzie boksu po męczącym treningu. Do stajni wparował majestatyczny gniadosz, który był cały spięty, a jego oczy często błyskały białkiem. Widząc stajennych, którzy wręcz rzucili się na gniadego, szybko zostawiłam klacz, a sama podbiegłam do tego całego zdarzenia. Nie zwracając uwagi na to, co dzieje się wokół mnie, po prostu podeszłam do wierzchowca, który ciężko wypuszczał powietrze i co raz częściej, przeraźliwie parskał. Podchodząc bliżej, jak się okazało ogiera, złapałam jego szafirowy kantar, ale on nie zwracając uwagi na to co dzieje się w jego pobliżu, zaczął tańczyć w miejscu, a po chwili doszło również obracanie się wokół własnej osi, które wręcz czasami przygniatało mnie do ściany boksu.
- Cichutko, spokojnie, nic się nie dzieje - szepnęłam gdy gniadosz nieco się uspokoił. Poklepałam jego mokrą szyję, po czym wręczyłam kantar pobliskiemu mężczyźnie. Z westchnięciem podeszłam do niebieskookiego blondyna, na którego twarzy malowało się zaskoczenie.
- Luke, piszę do taty o pieniądze. Muszę mieć tego konia. - Powiedziałam, a moje oczy znacznie się rozjaśniły.
- On Cię zabiję - odpowiedział.
- Jak mnie zabije, to Ty masz zabić jego - zaśmiałam się, po czym wysłałam wcześniej napisaną wiadomość na numer, który prowadził do mojego ojca. Moje oczy zabłysły, a serce miało ochotę eksplodować w tym momencie, gdy mój tata odpisał: "Przesyłam pieniądze, udanej pracy z młodym".
- Mój tata właśnie wpłacił pieniądze na państwa konto, mam nadzieję, że kwota odpowiada - machnęłam od niechcenia, szybko podeszłam do boksu gniadego ogiera, który nadal miał niemiarowy oddech.
- Double Trouble, ciekawe, Podwójny Kłopot, w sumie to taki jesteś - zaśmiałam się, a czując oddech chłopaka na moim ramieniu, już wiedziałam, że jestem w tym momencie najszczęśliwszą dziewczyną na świecie.
czwartek, 27 kwietnia 2017
Od Adeline C.D Luke'a
Wysłuchiwałam tych wszystkich jęków chłopaka, jego wszystkie słowa jeszcze niedawno wydawały by się być szczerą prawdą, ale teraz? Skąd mam taką pewność, że blondyn mnie nie okłamuje? No skąd? Przecież może znowu wyskoczyć z takim numerem.
- Przestań, nie chcę już nic takiego słyszeć. Straciłeś moje zaufanie jak i szacunek do Twojej osoby. Całowałeś się z tym rudym ścierwem?! Czy Ty jesteś poważny?! Myślisz teraz, że ku**a zwykłe przepraszam wystarczy?! - Krzyknęłam, zrywając się z łóżka, nie zwracając żadnej uwagi na towarzyszący mi ból. Wiedząc, że jestem kompletnie bezradna, z moich oczu popłynęły łzy, a sama ja ponownie upadłam na łóżko, tym razem obok niebieskookiego.
- Nie rozumiesz jak mnie to zabolało?! Po tych wszystkich słowach, że jestem Twoją i tylko Twoją? - Załkałam, a chłopak bez pozwolenia, wziął mnie w swoje ramiona i siedział tak, przytulając płaczącą osóbkę, która narazie nie miała zamiaru się uspokoić. Siedzieliśmy tak bez końca, zaczęłam spokojniej oddychać, ale w głębi duszy nadal czułam jakąś pustkę, niewyobrażalny ból, który cały czas mi przeszkadzał. W mojej głowie krążyły przeróżne myśli. Czy nadal będziemy razem, co stanie się jeśli siebie zostawimy? To było tak przytłaczające, a mój stan zdrowia nie pocieszał mnie w żadnym stopniu.
- Przepraszam, Adeline... ja naprawdę przepraszam - szepnął, kręcąc kosmykiem moich czarnych włosów, które w tym momencie wyglądały koszmarnie.
- Luke, ja nie wiem co mam o tym myśleć. To było tak bolące jak wyszłam tylko na chwilkę, a jak wróciłam zająłeś się kimś innym, kimś kto jest zupełnie innym niż ja. Było mi powiedzieć, że czegoś Ci w związku brakuje. Jeżeli ta sytuacja się powtórzy, pamiętaj, że to kategoryczny koniec naszej przygody, a teraz idę do łazienki by zmyć z siebie zaschniętą krew i kurz - rzekłam i oderwałam się od chłopaka.
- Kocham Cię - zdążył jeszcze powiedzieć przed wejściem do łazienki.
- Ja Ciebie też kocham, kretynie - bąknęłam, będąc już w drugim pomieszczeniu. Zdejmując z siebie za dużą koszulkę, w moje oczy rzucił się natychmiastowo, duży sunął, który ulokowanie miał na moich żebrach. Oglądając jeszcze dokładnie całe moje ciało, stwierdziłam, że wyglądam koszmarnie i jak narazie, nie będzie żadnej bliskości z chłopakiem. Wchodząc pod prysznic, miałam ochotę jeszcze raz się przeprosić, a na dodatek pragnęłam tylko i wyłącznie przeogromnej bliskości z Luke'em.
- Kretynka... ze mnie jak i z tego cholernego, mojego blondaska - szepnęłam pod nosem, odkręcając chłodną wodę, która już świetnie ochładzała moje ciało, a wszystkie rany i siniaki przestały mnie boleć. Z uśmiechem wyszłam z kabiny, owijając się w ręcznik i wchodząc do głównego pomieszczenia.
- Nawet nie wiesz jak się dobrze teraz czuję. - Szepnęłam do chłopaka, który również się uśmiechnął. - Z resztą, myślisz, że ja bym Cię tak łatwo zostawiła? - Zaśmiałam się, cmokając go w nos. Blondyn jeszcze bardziej uśmiechnął się, a ja sama podeszłam do szafy by wyciągnąć z niej świeże ubrania oraz suszarkę do włosów. Wchodząc ponownie do łazienki, zamknęłam się i po chwili zaczęłam suszyć czarne włosy, które latały na każdą stronę.
- Kur*a, czemu zawsze wyglądam jak idiotka? - Burknęłam, zakładając na siebie bluzkę, która zakrywała wszelkie siniaki na moim ciele. Spodnie również były długie, bez żadnych przetarć czy też dziur, były po prostu normalnymi czarnymi rurkami.
- To co dzisiaj robimy? - Zapytałam, poprawiając jeszcze rękawy od bluzki. - Na pewno nie żadna impreza, ani nie plaża. Wiem! Jedziemy do parku wodospadów. Nie masz prawa się nie zgodzić - zaśmiałam się.
- Co jeśli się nie zgodzę?
- Nigdy nie zaznasz już smaku moich ust - bąknęłam, a chłopak wstał do mnie i wręcz natarczywie natarł na moje wargi.
- Przestań, nie chcę już nic takiego słyszeć. Straciłeś moje zaufanie jak i szacunek do Twojej osoby. Całowałeś się z tym rudym ścierwem?! Czy Ty jesteś poważny?! Myślisz teraz, że ku**a zwykłe przepraszam wystarczy?! - Krzyknęłam, zrywając się z łóżka, nie zwracając żadnej uwagi na towarzyszący mi ból. Wiedząc, że jestem kompletnie bezradna, z moich oczu popłynęły łzy, a sama ja ponownie upadłam na łóżko, tym razem obok niebieskookiego.
- Nie rozumiesz jak mnie to zabolało?! Po tych wszystkich słowach, że jestem Twoją i tylko Twoją? - Załkałam, a chłopak bez pozwolenia, wziął mnie w swoje ramiona i siedział tak, przytulając płaczącą osóbkę, która narazie nie miała zamiaru się uspokoić. Siedzieliśmy tak bez końca, zaczęłam spokojniej oddychać, ale w głębi duszy nadal czułam jakąś pustkę, niewyobrażalny ból, który cały czas mi przeszkadzał. W mojej głowie krążyły przeróżne myśli. Czy nadal będziemy razem, co stanie się jeśli siebie zostawimy? To było tak przytłaczające, a mój stan zdrowia nie pocieszał mnie w żadnym stopniu.
- Przepraszam, Adeline... ja naprawdę przepraszam - szepnął, kręcąc kosmykiem moich czarnych włosów, które w tym momencie wyglądały koszmarnie.
- Luke, ja nie wiem co mam o tym myśleć. To było tak bolące jak wyszłam tylko na chwilkę, a jak wróciłam zająłeś się kimś innym, kimś kto jest zupełnie innym niż ja. Było mi powiedzieć, że czegoś Ci w związku brakuje. Jeżeli ta sytuacja się powtórzy, pamiętaj, że to kategoryczny koniec naszej przygody, a teraz idę do łazienki by zmyć z siebie zaschniętą krew i kurz - rzekłam i oderwałam się od chłopaka.
- Kocham Cię - zdążył jeszcze powiedzieć przed wejściem do łazienki.
- Ja Ciebie też kocham, kretynie - bąknęłam, będąc już w drugim pomieszczeniu. Zdejmując z siebie za dużą koszulkę, w moje oczy rzucił się natychmiastowo, duży sunął, który ulokowanie miał na moich żebrach. Oglądając jeszcze dokładnie całe moje ciało, stwierdziłam, że wyglądam koszmarnie i jak narazie, nie będzie żadnej bliskości z chłopakiem. Wchodząc pod prysznic, miałam ochotę jeszcze raz się przeprosić, a na dodatek pragnęłam tylko i wyłącznie przeogromnej bliskości z Luke'em.
- Kretynka... ze mnie jak i z tego cholernego, mojego blondaska - szepnęłam pod nosem, odkręcając chłodną wodę, która już świetnie ochładzała moje ciało, a wszystkie rany i siniaki przestały mnie boleć. Z uśmiechem wyszłam z kabiny, owijając się w ręcznik i wchodząc do głównego pomieszczenia.
- Nawet nie wiesz jak się dobrze teraz czuję. - Szepnęłam do chłopaka, który również się uśmiechnął. - Z resztą, myślisz, że ja bym Cię tak łatwo zostawiła? - Zaśmiałam się, cmokając go w nos. Blondyn jeszcze bardziej uśmiechnął się, a ja sama podeszłam do szafy by wyciągnąć z niej świeże ubrania oraz suszarkę do włosów. Wchodząc ponownie do łazienki, zamknęłam się i po chwili zaczęłam suszyć czarne włosy, które latały na każdą stronę.
- Kur*a, czemu zawsze wyglądam jak idiotka? - Burknęłam, zakładając na siebie bluzkę, która zakrywała wszelkie siniaki na moim ciele. Spodnie również były długie, bez żadnych przetarć czy też dziur, były po prostu normalnymi czarnymi rurkami.
- To co dzisiaj robimy? - Zapytałam, poprawiając jeszcze rękawy od bluzki. - Na pewno nie żadna impreza, ani nie plaża. Wiem! Jedziemy do parku wodospadów. Nie masz prawa się nie zgodzić - zaśmiałam się.
- Co jeśli się nie zgodzę?
- Nigdy nie zaznasz już smaku moich ust - bąknęłam, a chłopak wstał do mnie i wręcz natarczywie natarł na moje wargi.
Od Adeline C.D Luke'a
W mojej głowie zabuzowały myśli, które doprowadzały mnie do szału. Myślał, że nie zobaczę?! Bo co?! Pijana poszłam do toalety? Jego wmawianie, które zapewniało mnie, że jestem tylko i wyłącznie jego. No tak, mogę do niego należeć, ale przecież on może mieć wszystkie na boku. Patrząc jeszcze chwilę na blondyna, który prawdopodobnie już mnie zauważył, wybiegłam z lokalu i szybkim krokiem zaczęłam przemieszczać się po ulicach miasta. W dłoni trzymałam telefon, którego jeszcze nie zdążyłam schować do torby. Po co były mi jego zapewnienia? Czemu tak było? Przecież mógł od razu powiedzieć, że coś jest na rzeczy, że czegoś mu we mnie brakuje. Wszystko było tak idealne, ale teraz jest niestety inaczej, to tak strasznie bolało. Wiedziałam, że w jego organizmie buzuje alkohol, ale przecież nawet nieświadomie nie pocałował by takiego... takiego... ścierwa. Zacisnęłam zęby, a moje oczy, które błyszczały od światła księżyca, mierzyły każdy kąt napotkany na mojej drodze. Nie wiedziałam o tym czy chłopak idzie za mną, czy mi po prostu odpuścił i czeka na mnie w hotelu. Nagle w moim polu widzenia pojawiły się dziewczyny, mniej więcej w moim wieku, które na pierwszy rzut oka nie wydawały się zbyt miłe.
- Ne lutao djevojku? - Wybełkotała jedna, co nie było dla mnie ani w jednym procencie zrozumiałe.
- Że co, proszę? - Bąknęłam z rosnącym napięciem.
- Aaa... Nie zabłądziłaś? To nasze tereny, idiotko - warknęła i podeszła bliżej mnie.
- Przepraszam, nie wiedziałam, o wielka pani - burknęłam mierząc ją wzrokiem, który na każdym wywołał gęsią skórkę.
- Nie odzywaj się tak do mnie. Bezczelna jesteś. Dziewczyny, pomożecie? - Zaśmiała się swym obrzydliwym śmiechem, po czym niespodziewanie oberwałam prosto w nos. Po chwili zorientowałam się w sytuacji, i sama zaczęłam próbować się wybronić z mojej beznadziejnej pozycji, która skazywała mnie na pozycję przegraną. Poczułam silny cios w brzuch, który zgiął mnie w pół, a kopnięcie, którego nie potrafiłam zlokalizować, powaliło moją osobę na ziemię. Wszystkie zaczęły słać we mnie serie kopnięć, które doprowadziły mnie do omdlenia, a sama ja zostałam na ulicy. Bez nikogo. Całkowicie sama. Bezbronna i nawet nieprzytomna.
~*~
Poczułam delikatne dotknięcie w ramię, które wywołało u mnie niemały ból. Uniosłam dłoń by przyłożyć ją do bolącej głowy, ale nagle poczułam coś mokrego, coś co nadal było ciepłe, a moja ręka przybrała czerwonego koloru. Z niedowierzaniem spróbowałam się poderwać do góry, ale bolący brzuch mi na to nie pozwolił. Otarłam nos, z którego sączyła się całkowicie świeża krew. Rozejrzałam się w poszukiwaniu osoby, która mnie dotknęła. Człowiekiem, który prawdopodobnie uratował moje życie, okazał się być młody brunet, który z pewnością nie był chorwatem, a jego rysy przypominały mi kogoś bliskiego.
- Prze-przepraszam, co się stało? Bardzo źle wyglądam? - Zapytałam wskazując na moją twarz.
- Jesteś cała poobijana, wyglądasz na prawdę strasznie. Nie chcesz jechać do szpitala? - Zapytał błyskając swoimi ślepiami.
- Dowieź mnie do tego hotelu przy plaży, proszę Cię... Tam jest mój chłopak, pewnie się martwi - powiedziałam, ale po chwili zaczęłam niespodziewanie płakać, bowiem przypomniałam sobie wydarzenia z poprzedniej nocy.
- Dobrze, tam stoi mój samochód. Dasz radę wstać?
- Tak - wzdrygnęłam się, a po chwili wstałam, gwałtownie łapiąc się za brzuch. Przykurczona doszłam do samochodu chłopaka, który specjalnie jechał bardzo wolno, by nie naruszyć jeszcze mocniej mojego stanu zdrowia, który i tak nie był już za dobry. Na mojej twarzy pojawiał się uśmiech, spowodowany tym, że brunet gwałtownie klnął przy czerwonych światłach. Spojrzałam się w lusterku, a moja mina w tym momencie, była wprost bezcenna. Od razu przyjrzałam się mojemu policzku, który był zdecydowanie za bardzo siny. Moje oczy gdy zaświeciły się gdy zobaczyłam biały budynek, który był zdecydowanie najbardziej upragnioną rzeczą na świecie. Z pomocą chłopaka weszłam po schodach, a łapiąc głęboki oddech złapałam za metalową klamkę, która była przyjemnie chłodna. Gwałtownie na nią nacisnęłam, a drzwi otworzyły się pod wpływem impetu. Spojrzałam na siedzącą postać, która wyglądała na załamaną.
- Luke? - Zapytałam, słabo się uśmiechając.
- Ne lutao djevojku? - Wybełkotała jedna, co nie było dla mnie ani w jednym procencie zrozumiałe.
- Że co, proszę? - Bąknęłam z rosnącym napięciem.
- Aaa... Nie zabłądziłaś? To nasze tereny, idiotko - warknęła i podeszła bliżej mnie.
- Przepraszam, nie wiedziałam, o wielka pani - burknęłam mierząc ją wzrokiem, który na każdym wywołał gęsią skórkę.
- Nie odzywaj się tak do mnie. Bezczelna jesteś. Dziewczyny, pomożecie? - Zaśmiała się swym obrzydliwym śmiechem, po czym niespodziewanie oberwałam prosto w nos. Po chwili zorientowałam się w sytuacji, i sama zaczęłam próbować się wybronić z mojej beznadziejnej pozycji, która skazywała mnie na pozycję przegraną. Poczułam silny cios w brzuch, który zgiął mnie w pół, a kopnięcie, którego nie potrafiłam zlokalizować, powaliło moją osobę na ziemię. Wszystkie zaczęły słać we mnie serie kopnięć, które doprowadziły mnie do omdlenia, a sama ja zostałam na ulicy. Bez nikogo. Całkowicie sama. Bezbronna i nawet nieprzytomna.
~*~
Poczułam delikatne dotknięcie w ramię, które wywołało u mnie niemały ból. Uniosłam dłoń by przyłożyć ją do bolącej głowy, ale nagle poczułam coś mokrego, coś co nadal było ciepłe, a moja ręka przybrała czerwonego koloru. Z niedowierzaniem spróbowałam się poderwać do góry, ale bolący brzuch mi na to nie pozwolił. Otarłam nos, z którego sączyła się całkowicie świeża krew. Rozejrzałam się w poszukiwaniu osoby, która mnie dotknęła. Człowiekiem, który prawdopodobnie uratował moje życie, okazał się być młody brunet, który z pewnością nie był chorwatem, a jego rysy przypominały mi kogoś bliskiego.
- Prze-przepraszam, co się stało? Bardzo źle wyglądam? - Zapytałam wskazując na moją twarz.
- Jesteś cała poobijana, wyglądasz na prawdę strasznie. Nie chcesz jechać do szpitala? - Zapytał błyskając swoimi ślepiami.
- Dowieź mnie do tego hotelu przy plaży, proszę Cię... Tam jest mój chłopak, pewnie się martwi - powiedziałam, ale po chwili zaczęłam niespodziewanie płakać, bowiem przypomniałam sobie wydarzenia z poprzedniej nocy.
- Dobrze, tam stoi mój samochód. Dasz radę wstać?
- Tak - wzdrygnęłam się, a po chwili wstałam, gwałtownie łapiąc się za brzuch. Przykurczona doszłam do samochodu chłopaka, który specjalnie jechał bardzo wolno, by nie naruszyć jeszcze mocniej mojego stanu zdrowia, który i tak nie był już za dobry. Na mojej twarzy pojawiał się uśmiech, spowodowany tym, że brunet gwałtownie klnął przy czerwonych światłach. Spojrzałam się w lusterku, a moja mina w tym momencie, była wprost bezcenna. Od razu przyjrzałam się mojemu policzku, który był zdecydowanie za bardzo siny. Moje oczy gdy zaświeciły się gdy zobaczyłam biały budynek, który był zdecydowanie najbardziej upragnioną rzeczą na świecie. Z pomocą chłopaka weszłam po schodach, a łapiąc głęboki oddech złapałam za metalową klamkę, która była przyjemnie chłodna. Gwałtownie na nią nacisnęłam, a drzwi otworzyły się pod wpływem impetu. Spojrzałam na siedzącą postać, która wyglądała na załamaną.
- Luke? - Zapytałam, słabo się uśmiechając.
środa, 26 kwietnia 2017
Od Adeline C.D Luke'a
Słona i ciepła woda szybko otoczyła moje ciało, które zakryte były jedynie strojem kąpielowym. Ciecz szybko zmoczyła czerń moich włosów, a ja wyłaniając się z wody miałam już gotowy plan zemsty. Popatrzyłam się na chłopaka wzrokiem, który totalnie nie wykazywał żadnych emocji, a wręcz emanował jakąś tajemnicą, którą w sobie chowałam. Zaczęłam delikatnie przybliżać się do blondyna, który stał w wodzie już praktycznie przy samym brzegu. Wykonałam palcem gest, który miał wyglądać jakbym go przywoływała.
- No chodź, Kocham Cię, więc nic Ci nie zrobię - powiedziałam, uśmiechając się pod nosem, gdy zobaczyłam, że chłopak co raz bardziej zagłębia się w wodzie.
- No ja też Cię kocham, ale po Tobie można spodziewać się wszystkiego - zaśmiał się, a po chwili stał praktycznie tuż obok mnie. Zbliżyłam się do niego jeszcze bliżej, by nasze wargi niemalże się stykały. Uśmiechnęłam się prosto w jego twarz, a moja ręka spoczęła na jego torsie.
- Ups! - Krzyknęłam i popchnęłam go. Zdezorientowany blondyn szybko zanurzył się w wodzie, ale później nigdzie nie było go widać. Zestresowana zaczęłam chodzić po praktycznie całym terenie plaży, nie widząc Luke'a, który jeszcze przed chwilą stał tuż obok mnie. Nagle zobaczyłam, że niebieskooki wynurza się z wody, zacierając ręce i uśmiechając się od ucha do ucha.
- Głupi jesteś! - Fuknęłam, a później znalazłam się już na ręczniku, który był przyjemnie ciepły. Luke jeszcze chwilę popływał, a ja z okularami przeciwsłonecznymi na nosie, ułożyłam się wygodnie w słońcu, z marną nadzieją na to, że moja skóra chociaż trochę pociemnieje, by wyglądać na zdrową. Leżałam tak niemalże zasypiając, co było spowodowane najpewniej długim lotem, który czasami wydawał się, że trwał wieki. Nagle na brzuchu poczułam krople wody, a na moim ciele pojawiła się gęsia skórka.
- Wytrzyj się - powiedziałam i rzuciłam w chłopaka ręcznikiem. Blondyn bez problemu go złapał, i zaczął się wycierać. Po chwili padł na ręcznik obok mnie i złapał za moją dłoń.
- Wybierzemy się gdzieś dzisiaj? - Zapytał unosząc brew, i zaczął trząść moje ramię bowiem wyglądałam jakbym spała.
- No możemy, tylko, że pozostaje pytanie, gdzie? - Powiedziałam z westchnięciem i po woli czułam jak moje powieki, ponownie się zamykają.
- Chociażby do tamtego klubu, na imprezę, no proszę. Nie chcę żeby nam się nudziło.
- Nam się nigdy nie nudzi. - Zaśmiałam się, po czym gwałtownie poderwałam się do góry. Blondyn z zaskoczeniem spojrzał na mnie, unosząc zdziwienia brwi.
- Jeszcze przed chwilą chciało Ci się spać.
- Halo, halo, trzeba dobrze wyglądać - zachichotałam i już po chwili z uśmiechem na twarzy podskakiwałam w stronę hotelu. Spojrzałam się za siebie, a moim oczom nie umknął znakomity widok. Niebieskooki był bowiem cały obładowany naszymi rzeczami i szedł na oślep. Zaśmiałam się głośno, na co chłopak obracając się, posłał mi mordercze spojrzenie.
- Przecież wiesz, że Cię kocham! - Wystawiłam mu język, a po chwili wchodziłam już po schodach. Nasz pokój był spełnieniem mych marzeń, bowiem urządzony był jak moje mieszkanie w Londynie, w którym nawet jeszcze nie spałam. Jasne panele, które pachniały jeszcze nowością, biała szafa z przeogromnymi lustrami, a łóżko? Łóżko było przepięknie zaścielone, z prześliczną pościelą, która miała na sobie różne wzory, ani nie przesadzone, ani nie za małe. Ruszyłam do szafy, z której zamiar miałam wyjąć jakieś ubrania na imprezę. Nie wiedzialam co mam założyć, czy ubrać się w jakieś normalne ciuchy, czy też założyć na się je jakąś sukienkę. Wybór padł na czarną sukienkę, w której ramiona były odkryte. Zlustrowałam siebie, by ustalić czy nie wyglądam jakoś kiczowato.
- Jest dobrze, Adeline. Teraz tylko pomalować usta i będziesz już gotowa - powiedziałam do lustra, a pomadka zaczęła jeździć po moich wargach. Gotowa do wyjścia, wyszłam z łazienki i uśmiechnęłam się do chłopaka, który wyglądał tak samo jak zazwyczaj.
- No i jak? - Uniosłam brew i poprawiłam włosy.
- Mmm... Na pewno seksowniej niż zawsze, chociaż nie wiem czy się tak da - zaśmiał się, i przyciągnął mnie do jego ciała, a po czym pocałował moje czerwone usta.
- No to ciekawie, idziemy? - Zaśmiałam się, gdy tylko Luke przestał mnie całować.
- No chodź, Kocham Cię, więc nic Ci nie zrobię - powiedziałam, uśmiechając się pod nosem, gdy zobaczyłam, że chłopak co raz bardziej zagłębia się w wodzie.
- No ja też Cię kocham, ale po Tobie można spodziewać się wszystkiego - zaśmiał się, a po chwili stał praktycznie tuż obok mnie. Zbliżyłam się do niego jeszcze bliżej, by nasze wargi niemalże się stykały. Uśmiechnęłam się prosto w jego twarz, a moja ręka spoczęła na jego torsie.
- Ups! - Krzyknęłam i popchnęłam go. Zdezorientowany blondyn szybko zanurzył się w wodzie, ale później nigdzie nie było go widać. Zestresowana zaczęłam chodzić po praktycznie całym terenie plaży, nie widząc Luke'a, który jeszcze przed chwilą stał tuż obok mnie. Nagle zobaczyłam, że niebieskooki wynurza się z wody, zacierając ręce i uśmiechając się od ucha do ucha.
- Głupi jesteś! - Fuknęłam, a później znalazłam się już na ręczniku, który był przyjemnie ciepły. Luke jeszcze chwilę popływał, a ja z okularami przeciwsłonecznymi na nosie, ułożyłam się wygodnie w słońcu, z marną nadzieją na to, że moja skóra chociaż trochę pociemnieje, by wyglądać na zdrową. Leżałam tak niemalże zasypiając, co było spowodowane najpewniej długim lotem, który czasami wydawał się, że trwał wieki. Nagle na brzuchu poczułam krople wody, a na moim ciele pojawiła się gęsia skórka.
- Wytrzyj się - powiedziałam i rzuciłam w chłopaka ręcznikiem. Blondyn bez problemu go złapał, i zaczął się wycierać. Po chwili padł na ręcznik obok mnie i złapał za moją dłoń.
- Wybierzemy się gdzieś dzisiaj? - Zapytał unosząc brew, i zaczął trząść moje ramię bowiem wyglądałam jakbym spała.
- No możemy, tylko, że pozostaje pytanie, gdzie? - Powiedziałam z westchnięciem i po woli czułam jak moje powieki, ponownie się zamykają.
- Chociażby do tamtego klubu, na imprezę, no proszę. Nie chcę żeby nam się nudziło.
- Nam się nigdy nie nudzi. - Zaśmiałam się, po czym gwałtownie poderwałam się do góry. Blondyn z zaskoczeniem spojrzał na mnie, unosząc zdziwienia brwi.
- Jeszcze przed chwilą chciało Ci się spać.
- Halo, halo, trzeba dobrze wyglądać - zachichotałam i już po chwili z uśmiechem na twarzy podskakiwałam w stronę hotelu. Spojrzałam się za siebie, a moim oczom nie umknął znakomity widok. Niebieskooki był bowiem cały obładowany naszymi rzeczami i szedł na oślep. Zaśmiałam się głośno, na co chłopak obracając się, posłał mi mordercze spojrzenie.
- Przecież wiesz, że Cię kocham! - Wystawiłam mu język, a po chwili wchodziłam już po schodach. Nasz pokój był spełnieniem mych marzeń, bowiem urządzony był jak moje mieszkanie w Londynie, w którym nawet jeszcze nie spałam. Jasne panele, które pachniały jeszcze nowością, biała szafa z przeogromnymi lustrami, a łóżko? Łóżko było przepięknie zaścielone, z prześliczną pościelą, która miała na sobie różne wzory, ani nie przesadzone, ani nie za małe. Ruszyłam do szafy, z której zamiar miałam wyjąć jakieś ubrania na imprezę. Nie wiedzialam co mam założyć, czy ubrać się w jakieś normalne ciuchy, czy też założyć na się je jakąś sukienkę. Wybór padł na czarną sukienkę, w której ramiona były odkryte. Zlustrowałam siebie, by ustalić czy nie wyglądam jakoś kiczowato.
- Jest dobrze, Adeline. Teraz tylko pomalować usta i będziesz już gotowa - powiedziałam do lustra, a pomadka zaczęła jeździć po moich wargach. Gotowa do wyjścia, wyszłam z łazienki i uśmiechnęłam się do chłopaka, który wyglądał tak samo jak zazwyczaj.
- No i jak? - Uniosłam brew i poprawiłam włosy.
- Mmm... Na pewno seksowniej niż zawsze, chociaż nie wiem czy się tak da - zaśmiał się, i przyciągnął mnie do jego ciała, a po czym pocałował moje czerwone usta.
- No to ciekawie, idziemy? - Zaśmiałam się, gdy tylko Luke przestał mnie całować.
Od Adeline C.D Luke'a
Siedząc na tarantowatej klaczy, dopiero wtedy zdałam sobie sprawę z tego, jak bardzo jej nienawidzę. Chodziła niemalże cały czas sztywno, rozluźniając się jedynie przy przyśpieszeniu bądź zwolnieniu tempa. Wtedy też zrozumiałam to, że nie ma już najmniejszego sensu uczestniczenie w zajęciach, z których i tak już mieliśmy egzaminy, więc po co się dalej uczyć, skoro możemy gdzieś wyjechać? Zobaczyłam chłopaka, który raz spoglądał na mnie, a raz na chodzącą luźno Jaskółkę. Nagle padło hasło: kłusem roboczym. Dałam wyraźny sygnał łydkami na co klacz ruszyła naprawdę twardym kłusem. Czując wyraźny dyskomfort siadłam całkowicie w siodle, wypychając klacz biodrami i wpasowałam się w jej chód, który był wręcz okropny. Jeździłam tak wykonując różne serpentyny i wolty, co raz przechodząc do stępa by chociaż spróbować marnej próby rozluźnienia klaczy. Patrząc na inne konie czułam mały niedosyt, bowiem inni jeźdcy mogli wykonywać przeróżne, skomplikowane figury ujeżdżeniowe, które robiły na mnie niemałe wrażenie. Nagle zatrzymałam się przy siedzącym Luke'u.
- Mam dla Ciebie propozycję, ale to po jeździe. No i rzecz jasna ta propozycja nie ma innej opcji niż tak - zaśmiałam się, po czym zakłusowałam, a prawym rogu zagalopowałam na co klacz wygięła się w łuku i delikatnie się rozluźniła.
- Taaak, dobry koń - powiedziałam klepiąc jej mokrą szyję, na której pot po woli zamieniał się w pianę. Jednakże szybko zebrałam klacz, zwolniłam galop i ruszyłam nim na ustawionej Wings, która nadal mnie denerwowała. Tarantka nagle wyrwał mi wodzę, na co sama ja odpowiedziałam jej na to półparadą, która dla niektórych wydawała się bolesna i posyłali mi mordercze spojrzenia. Obolała przeszłam do stępu i wręcz od razu zeszłam z klaczy. Poluzowałam popręg Wings, zawinęłam strzemiona i wyszłam z maneżu.
- Nienawidzę Cię - fuknęłam do klaczy, po czym złapałam za bluzkę chłopaka, który skupiony był na Jaskółce.
- Idę już do stajni, ale oddam ją stajennemu. Widzimy się w moim pokoju - powiedziałam, po czym weszłam do stajni, która błyszczała czystością. Spojrzałam na stajennego, który beztrosko chodził po każdym z boksów.
- Może pan oporządzić Wings, bardzo mi się spieszy - powiedziałam robiąc maślane oczka.
- No dobrze - odpowiedział z uśmiechem klepiąc klacz po szyi. Pobiegłam do pokoju i od razu złapałam się za świeże ubrania, które przesiąknięte były zapachem moich słodkich perfum. Przebierając się, odpaliłam w pośpiechu laptop, który w ekspresowym tempie włączył się, a na jego ekranie pojawiła się oferta jakiegoś wyjazdu do krajów śródziemnomorskiego. Pośpiesznie kliknęłam w wyjazd do Chorwacji, której oferta była wręcz idealna. Usłyszałam ciche pukanie do drzwi i bez wahania otworzyłam je, dobrze wiedząc o tym, że za progiem stoi niebieskooki blondyn.
- No chodź, szybko, trzeba rezerwować! - Niemalże krzyknęłam, podskakując z radości.
- Ale co rezerwować? O co chodzi? - Powiedział śmiejąc się, gdy zobaczył mnie podskakującą jak kangura.
- Bilety i pokoje - powiedziałam ukrywając szeroki uśmiech za kurtyną czarnych włosów.
- Gdzie? Kiedy? - Zapytał z rosnącą niepewnością.
- Już zarezerwowałam, cóż za cztery dni lecimy do Chorwacji, cieszysz się, wiem o tym - zachichotałam patrząc na uśmiech chłopaka.
- No i ja to rozumiem! - Podszedł do mnie i musknął moje różowe wargi, które domagały się pocałunku chłopaka.
~*~
- Przestań rzucać we mnie orzeszkami! - Krzyknęłam na co inni pasażerowie spojrzeli na mnie jak, na osobę chorą psychicznie.
- A jak nadal będę w Ciebie rzucał, to co mi zrobisz?! - Powiedział, po raz kolejny rzucając orzeszkiem.
- Utopię Cię. - Powiedziałam ze śmiertelną powagą.
- Halo! Halo! Czy można przerwać lot?! Ona chce się na mnie rzucić! - Wykrzyknął udając zrozpaczonego. Zaśmiałam się pod nosem, zbliżając się do niego, aby po chwili oprzeć swój podbródek o jego ramię.
- A tak na poważnie, to co będziemy robić? - Zapytałam mrugając długimi rzęsami.
- Nie będę wychodził z łóżka, rzecz jasna Ty też. Może wybierzemy się na plażę - powiedział całując moje czoło.
- Sugerujesz coś? - Powiedzialam unosząc brew.
- Moooże - uśmiechnął się półgębkiem. Nagle z głośnika wypłynął głos.
- Za dosłownie dwie minuty wylądujemy, poprosimy o zachowanie pełnego spokoju.
Zaśmiałam się i spojrzałam na chłopaka.
- Z nami? Spokojnie? Pfff....
- No właśnie, pffff...
Po chwili wylądowaliśmy na przeogromnych lotnisku, gdzie wychodząc z walizkami zaczęliśmy się przepychać. Śmialiśmy się praktycznie ze wszystkiego co powiedzieliśmy. Na nasze szczęście hotel był tuż obok lotniska, więc nie musieliśmy szukać jakiejś podwózki. Dochodząc do pokoju, zgodnie stwierdziliśmy.
- Woooo....
Od Adeline C.D Luke'a
Chłopak posłał mi tylko skruszone spojrzenie, a po chwili wyszedł, zostawiając mnie samą. Moje dłonie trzęsły się na każdą stronę, a złość ustąpiła miejsce smutkowi, który dobitnie wyduszał z moich oczu łzy. Nie wiedziałam czemu ta pieprzona wściekłość pojawiła się, a później nie opuszczała mnie aż do tej chwili, która mogła wcale nie mieć miejsca. Nie wiedziałam co mam zrobić w tej sytuacji, bowiem nigdy nie miałam aż takiej ochoty by rzucić się komuś w ramiona i zapomnieć o Bożym świecie, który mnie otacza. Martwił sie o mnie? Głupie, przecież doskonale wiedział, że w amoku wściekłości mogę poradzić sobie praktycznie w każdej sytuacji, która napatoczyła mi się po drodze.
- Ku**a - wyszeptałam tylko, i zacisnęłam oczy by nie popłynęły z nich kolejne łzy. Podszedł do mnie Hubby, który z zainteresowaniem wpatrywał się w moją twarz, po której płynęła czarna struga, bowiem tusz do rzęs nie wytrzymał moich łez. Pogłaskałam psa po jego puszystej sierści, która była niesamowicie ciepła. Przypomniałam sobie sytuację, w której byłam o krok od opuszczenia tego świata. Moja nieudana próba samobójcza, którą przerwali rodzice. Później byłam im niezmiernie wdzięczna, ale teraz? Teraz byłam wściekła, że nie pozwolili odejść mi z tego świata. Daliby mi możliwość zapomnienia o wszystkim, cierpieniu, które obecnie przeżywałam. Spojrzałam na kalendarz, który wskazywał na trzydziesty pierwszy maja, za miesiąc wakacje. Wszyscy rozjadą się do swoich rodzin, na wczasy, zaś ja prawdopodobnie będę siedziała sama w swoim mieszkaniu, które pozostawiłam w Londynie. Zegar właśnie zabrzmiał, wybijając pełną godzinę północną, oznaczało to tylko to, że mam iść spać, nie martwiąc się o nic, tylko i wyłącznie o to co przyniesie nowy, dzisiejszy dzień.
~*~
Wyszłam z pokoju, którego wcale nie miałam ochotę opuszczać. Założyłam byle jakie ubrania, które tylko i wyłącznie świadczyły o tym, że po prostu przechodziłam gorszy okres. Spóźniona, weszłam na zajęcia kierując się do ławki, którą zajmował mój blondyn, mój przecudowny niebieskooki, mój Luke, który wpatrywał się tępo w tablicę. Spojrzałam na niego smutno, po czym nie mogąc skupić się na słowach nauczycielki, oparłam się na łokciu i po prostu odpłynęłam w swój świat. Siedziałam tak, bez słowa, zupełnie nie przeszkadzając kobiecie, która właśnie zaczęła swój przedługi wykład. Nagle moją uwagę zwrócił cień uśmiechu na twarzy mojego chłopaka, który posyłał w tym momencie szczery uśmiech do jakiejś rudowłosej dziewczyny. Nagle poczułam jak do moich oczu napływają strumienie łez, których nie byłam w stanie zatrzymać. Chwyciłam za torbę i po prostu wybiegłam do klasy, bez żadnego słowa wytłumaczenia. Biegłam po prostu leśną ścieżką, którą doskonale znałam bowiem prowadziła ona do jeziora. Ocierałam łzy, które nieposłusznie biegły z moich oczu. Wpadłam na pomost zostawiając torbę na ziemii, a sama siadając tuż nad wodą. Wpatrywałam się w swoje żałosne odbicie, którego wręcz nienawidziłam. Jedna kropla, która ciekła po moim policzku, nagle wpadła do jeziornej wody tworząc obręcze. Nagle obok mnie zobaczyłam rozpłynięte odbicie męskiej twarzy, która coraz bardziej zbliżała się do mojego ramienia.
- Przepraszam - usłyszałam głos, który przyprawił mnie o dreszcze.
- Luke... To ja powinnam Ciebie przeprosić - powiedziałam, lekko muskając jego wargę. Blondyn spoczął obok mnie i posłał delikatny uśmiech.
- Pamiętasz pieprzonego kudłacza? - Zaśmiałam się, ocierając łzy.
- Ku**a - wyszeptałam tylko, i zacisnęłam oczy by nie popłynęły z nich kolejne łzy. Podszedł do mnie Hubby, który z zainteresowaniem wpatrywał się w moją twarz, po której płynęła czarna struga, bowiem tusz do rzęs nie wytrzymał moich łez. Pogłaskałam psa po jego puszystej sierści, która była niesamowicie ciepła. Przypomniałam sobie sytuację, w której byłam o krok od opuszczenia tego świata. Moja nieudana próba samobójcza, którą przerwali rodzice. Później byłam im niezmiernie wdzięczna, ale teraz? Teraz byłam wściekła, że nie pozwolili odejść mi z tego świata. Daliby mi możliwość zapomnienia o wszystkim, cierpieniu, które obecnie przeżywałam. Spojrzałam na kalendarz, który wskazywał na trzydziesty pierwszy maja, za miesiąc wakacje. Wszyscy rozjadą się do swoich rodzin, na wczasy, zaś ja prawdopodobnie będę siedziała sama w swoim mieszkaniu, które pozostawiłam w Londynie. Zegar właśnie zabrzmiał, wybijając pełną godzinę północną, oznaczało to tylko to, że mam iść spać, nie martwiąc się o nic, tylko i wyłącznie o to co przyniesie nowy, dzisiejszy dzień.
~*~
Wyszłam z pokoju, którego wcale nie miałam ochotę opuszczać. Założyłam byle jakie ubrania, które tylko i wyłącznie świadczyły o tym, że po prostu przechodziłam gorszy okres. Spóźniona, weszłam na zajęcia kierując się do ławki, którą zajmował mój blondyn, mój przecudowny niebieskooki, mój Luke, który wpatrywał się tępo w tablicę. Spojrzałam na niego smutno, po czym nie mogąc skupić się na słowach nauczycielki, oparłam się na łokciu i po prostu odpłynęłam w swój świat. Siedziałam tak, bez słowa, zupełnie nie przeszkadzając kobiecie, która właśnie zaczęła swój przedługi wykład. Nagle moją uwagę zwrócił cień uśmiechu na twarzy mojego chłopaka, który posyłał w tym momencie szczery uśmiech do jakiejś rudowłosej dziewczyny. Nagle poczułam jak do moich oczu napływają strumienie łez, których nie byłam w stanie zatrzymać. Chwyciłam za torbę i po prostu wybiegłam do klasy, bez żadnego słowa wytłumaczenia. Biegłam po prostu leśną ścieżką, którą doskonale znałam bowiem prowadziła ona do jeziora. Ocierałam łzy, które nieposłusznie biegły z moich oczu. Wpadłam na pomost zostawiając torbę na ziemii, a sama siadając tuż nad wodą. Wpatrywałam się w swoje żałosne odbicie, którego wręcz nienawidziłam. Jedna kropla, która ciekła po moim policzku, nagle wpadła do jeziornej wody tworząc obręcze. Nagle obok mnie zobaczyłam rozpłynięte odbicie męskiej twarzy, która coraz bardziej zbliżała się do mojego ramienia.
- Przepraszam - usłyszałam głos, który przyprawił mnie o dreszcze.
- Luke... To ja powinnam Ciebie przeprosić - powiedziałam, lekko muskając jego wargę. Blondyn spoczął obok mnie i posłał delikatny uśmiech.
- Pamiętasz pieprzonego kudłacza? - Zaśmiałam się, ocierając łzy.
niedziela, 23 kwietnia 2017
Od Adeline C.D Luke'a
Siedząc na trawie nie miałam ochoty już nic zrobić, tylko i wyłącznie siedzieć, i czekać aż ktoś w końcu zainteresuje się moją osobą, która miała maksymalnie podkrążone oczy.
- Nie mam siły - powiedziałam, ciężko opierając się o ramię chłopaka, które było bardzo wygodnym miejscem do tejże czynności.
- W takim razie zostaniesz tutaj ze mną, i będziesz oglądała ten chaos - mruknął wskazując na ujeżdżalnię, która była przepełniona, a niektóre konie biegały wręcz w siebie. Na szczęście Dream Catcher, który teraz galopował pełną parą, budził respekt w innych wierzchowcach, które wręcz schodziły mu z drogi. Zauroczona każdym ruchem wykonywanym przez gniadego ogiera, który po prostu leciał podczas każdego kroku.
- Jest niesamowity - powiedziałam, gdy skoczył jakiegoś małego oksera, robiąc nad nim naprawdę duży zapas.
- Wiem - zaśmiał się i poczochrał moje włosy, które szybko zmieniły ułożenie, zamieniając się w nieład. Posłałam chłopakowi 'wściekłe' spojrzenie po czym również się zaśmiałam, ale moją uwagę nadal ściągały konie. Z tłumu kilka razy wyłoniła się postura naprawdę potężnego siwego ogiera, który strzelał baranki, praktycznie co krok. Tak zdecydowanie miałam słabość do wszelkich siwych koni, które pięknie pokonywały każdą przeszkodę na swojej drodze. Jeździec tego ogiera okazał być się naprawdę delikatną dziewczyną, która czasami wręcz nie miała kontroli nad tą maszyną, która w tym momencie szła jak lokomotywa na wysoką stacjonatę.
- Ten też jest niesamowity - szepnęłam w amoku.
- Ładnie się składa - powiedział blondyn pocierając swój podbródek. Siedzieliśmy tak dopóki z głośnika nie wypłynął męski głos, który informował o tym, że za pięć minut rozpoczną się starty. Trzymając się za dłonie poszliśmy do miejsca specjalnie przeznaczonego dla luzaków. Noah i Dream startowali jako dwunasta para, wszystkich zawodników było około trzydziestu, więc myślałam, że wszystko może pójść sprawnie. Każde dotychczasowe przejazdy miały słaby czas i zawsze chociażby jedną zrzutkę, która skutkowała czterema punktami karnymi. Po karej klaczy, którą dosiadał jakiś doświadczony zawodnik, miał wyjechać brunet dosiadający gniadosza.
- Zaczął sztywno chodzić - powiedział z niemałym zakłopotaniem. Niebieskooki już miał zacząć mówić, lecz ja go wyprzedziłam.
- Staraj się nie spinać wodzy, leć tylko dosiadem, wtedy macie szansę i na szybki przejazd, jak i na bezbłędne zaliczenie parkuru - powiedziałam delikatnie dotykając ogiera.
- Tak jest - zaśmiał się i wjechał na tor kłusem roboczym, po którym od razu zagalopował. Słysząc dzwonek pokierował Catcher'a na pierwszą z przeszkód, która nie wyróżniała się ani wysokością, ani trudnością. Przegryzłam wargę w skupieniu, zaczęłam liczyć kroki, po których gniadosz niesamowicie lekko poszybował nad przeszkodą, i już pędził w stronę podwójnej kombinacji składającej się z dwóch okserów.
- Niech pamięta o tych cho***nych wodzach - powiedziałam, a chłopak tylko kiwnął głową w skupieniu. Pierwszy, niebieski człon poszedł z lekkim utrudnieniem bowiem ogier tak jakby za późno się złożył. Drugą przeszkoda nie zrobiła na nim większego wrażenia i pokonując ją, od razu skręcili na jedną z największych stacjonat. Doszło do małego nieporozumienia bowiem Noah chciał podejść do tej przeszkody spokojnie i z umysłem, zaś gniadosz zadecydował o tym, że przeskoczy ją z pełnego galopu. Przestraszona zamknęłam oczy gdy zobaczyłam, że odskok nie pasuje.
- E tam, myślisz, że on sobie nie poradzi? - Zaśmiał się wskazując na parę, która galopowała na Triple Barre. Zaśmiałam się pod nosem, patrząc na zegar, który wskazywał na to, że chłopak jak narazie ma najlepszy czas. Triple Barre pokonali bez zarzucenia, pozostał jeszcze tylko i wyłącznie szereg, którego przeszkody były przeogromne. Mocniej ścisnęłam dłoń chłopaka, który również w skupieniu, ale też i w nadziei wpatrywał się w parę, która walczyła z rosnącymi sekundami. Raz, dwa, trzy, nie zwalniaj, cztery, dajesz! Ogier wybił się od podłoża i poszybował nad pierwszym członem, robiąc mały zapas, który dawał na to, że ten wierzchowiec ma niesamowite zdolności i umiejętności skokowe. Gniadosz idealnie wszedł w między przeszkody, robiąc dwa foule odbił się niemalże jak piłka, i idealnie wręcz się składając skończył swój przejazd.
- Pierwszy, bezbłędny i najlepszy czasowo przejazd! - Krzyknął komentator, a ja nie zważając na okoliczności pocałowałam Luke'a, który z zaskoczeniem oddał pocałunek.
- Udało się - zaśmiałam mu się w twarz, i przytuliłam jak najmocniej umiałam.
- Pfff... Wiedziałem, że się uda - zaśmiał się i również mnie przytulił.
~*~
Udało się, Noah Avalanche na koniu Dream Catcher zajął pierwsze miejsce, zdobywając ogromny puchar, wstęgę z niemałym tytułem. Teraz staliśmy przy koniach, które przygotowywane były do wyjazdu. Cortes, który ponownie odmawiał wejścia do przyczepy tym razem nie był aż taki spokojny, bowiem próbował stawać dęba. Szarpałam się z nim niemiłosiernie, nawet Dream Catcher wszedł bez większych problemów, a ten głupek niewiadomo czy jej się bał, czy miał jakieś zastrzeżenia.
- Przestań, ku**a przestań! - Zaklęłam z niemałą złością i walnęłam ogiera w łopatkę. Nagle ogierowi udało się okazale zadębować, ale sama ja aż tak okazale nie wyglądałam, bowiem wylądowałam na ziemi. Blondyn podszedł do mnie przestraszony, ale odepchnęłam jego ręce i sama wstałam. Z niemałym wkur***niem złapałam za uwiąz ogiera i nie zwracając uwagi na to jak się zachowuje, wepchnęłam go do koniowozu. Z posiniaczoną ręką wsiadłam do samochodu i z naburmuszeniem skrzyżowałam ręce.
- Idiota - burknęłam, a w tym samym momencie do samochodu wszedł Noah i Luke.
- Do kogo to? - Powiedzieli udawając obrażonych.
- Do tego zje**nego konia, który jeszcze wczoraj prawie zdechnął - warknęłam.
- Nie mam siły - powiedziałam, ciężko opierając się o ramię chłopaka, które było bardzo wygodnym miejscem do tejże czynności.
- W takim razie zostaniesz tutaj ze mną, i będziesz oglądała ten chaos - mruknął wskazując na ujeżdżalnię, która była przepełniona, a niektóre konie biegały wręcz w siebie. Na szczęście Dream Catcher, który teraz galopował pełną parą, budził respekt w innych wierzchowcach, które wręcz schodziły mu z drogi. Zauroczona każdym ruchem wykonywanym przez gniadego ogiera, który po prostu leciał podczas każdego kroku.
- Jest niesamowity - powiedziałam, gdy skoczył jakiegoś małego oksera, robiąc nad nim naprawdę duży zapas.
- Wiem - zaśmiał się i poczochrał moje włosy, które szybko zmieniły ułożenie, zamieniając się w nieład. Posłałam chłopakowi 'wściekłe' spojrzenie po czym również się zaśmiałam, ale moją uwagę nadal ściągały konie. Z tłumu kilka razy wyłoniła się postura naprawdę potężnego siwego ogiera, który strzelał baranki, praktycznie co krok. Tak zdecydowanie miałam słabość do wszelkich siwych koni, które pięknie pokonywały każdą przeszkodę na swojej drodze. Jeździec tego ogiera okazał być się naprawdę delikatną dziewczyną, która czasami wręcz nie miała kontroli nad tą maszyną, która w tym momencie szła jak lokomotywa na wysoką stacjonatę.
- Ten też jest niesamowity - szepnęłam w amoku.
- Ładnie się składa - powiedział blondyn pocierając swój podbródek. Siedzieliśmy tak dopóki z głośnika nie wypłynął męski głos, który informował o tym, że za pięć minut rozpoczną się starty. Trzymając się za dłonie poszliśmy do miejsca specjalnie przeznaczonego dla luzaków. Noah i Dream startowali jako dwunasta para, wszystkich zawodników było około trzydziestu, więc myślałam, że wszystko może pójść sprawnie. Każde dotychczasowe przejazdy miały słaby czas i zawsze chociażby jedną zrzutkę, która skutkowała czterema punktami karnymi. Po karej klaczy, którą dosiadał jakiś doświadczony zawodnik, miał wyjechać brunet dosiadający gniadosza.
- Zaczął sztywno chodzić - powiedział z niemałym zakłopotaniem. Niebieskooki już miał zacząć mówić, lecz ja go wyprzedziłam.
- Staraj się nie spinać wodzy, leć tylko dosiadem, wtedy macie szansę i na szybki przejazd, jak i na bezbłędne zaliczenie parkuru - powiedziałam delikatnie dotykając ogiera.
- Tak jest - zaśmiał się i wjechał na tor kłusem roboczym, po którym od razu zagalopował. Słysząc dzwonek pokierował Catcher'a na pierwszą z przeszkód, która nie wyróżniała się ani wysokością, ani trudnością. Przegryzłam wargę w skupieniu, zaczęłam liczyć kroki, po których gniadosz niesamowicie lekko poszybował nad przeszkodą, i już pędził w stronę podwójnej kombinacji składającej się z dwóch okserów.
- Niech pamięta o tych cho***nych wodzach - powiedziałam, a chłopak tylko kiwnął głową w skupieniu. Pierwszy, niebieski człon poszedł z lekkim utrudnieniem bowiem ogier tak jakby za późno się złożył. Drugą przeszkoda nie zrobiła na nim większego wrażenia i pokonując ją, od razu skręcili na jedną z największych stacjonat. Doszło do małego nieporozumienia bowiem Noah chciał podejść do tej przeszkody spokojnie i z umysłem, zaś gniadosz zadecydował o tym, że przeskoczy ją z pełnego galopu. Przestraszona zamknęłam oczy gdy zobaczyłam, że odskok nie pasuje.
- E tam, myślisz, że on sobie nie poradzi? - Zaśmiał się wskazując na parę, która galopowała na Triple Barre. Zaśmiałam się pod nosem, patrząc na zegar, który wskazywał na to, że chłopak jak narazie ma najlepszy czas. Triple Barre pokonali bez zarzucenia, pozostał jeszcze tylko i wyłącznie szereg, którego przeszkody były przeogromne. Mocniej ścisnęłam dłoń chłopaka, który również w skupieniu, ale też i w nadziei wpatrywał się w parę, która walczyła z rosnącymi sekundami. Raz, dwa, trzy, nie zwalniaj, cztery, dajesz! Ogier wybił się od podłoża i poszybował nad pierwszym członem, robiąc mały zapas, który dawał na to, że ten wierzchowiec ma niesamowite zdolności i umiejętności skokowe. Gniadosz idealnie wszedł w między przeszkody, robiąc dwa foule odbił się niemalże jak piłka, i idealnie wręcz się składając skończył swój przejazd.
- Pierwszy, bezbłędny i najlepszy czasowo przejazd! - Krzyknął komentator, a ja nie zważając na okoliczności pocałowałam Luke'a, który z zaskoczeniem oddał pocałunek.
- Udało się - zaśmiałam mu się w twarz, i przytuliłam jak najmocniej umiałam.
- Pfff... Wiedziałem, że się uda - zaśmiał się i również mnie przytulił.
~*~
Udało się, Noah Avalanche na koniu Dream Catcher zajął pierwsze miejsce, zdobywając ogromny puchar, wstęgę z niemałym tytułem. Teraz staliśmy przy koniach, które przygotowywane były do wyjazdu. Cortes, który ponownie odmawiał wejścia do przyczepy tym razem nie był aż taki spokojny, bowiem próbował stawać dęba. Szarpałam się z nim niemiłosiernie, nawet Dream Catcher wszedł bez większych problemów, a ten głupek niewiadomo czy jej się bał, czy miał jakieś zastrzeżenia.
- Przestań, ku**a przestań! - Zaklęłam z niemałą złością i walnęłam ogiera w łopatkę. Nagle ogierowi udało się okazale zadębować, ale sama ja aż tak okazale nie wyglądałam, bowiem wylądowałam na ziemi. Blondyn podszedł do mnie przestraszony, ale odepchnęłam jego ręce i sama wstałam. Z niemałym wkur***niem złapałam za uwiąz ogiera i nie zwracając uwagi na to jak się zachowuje, wepchnęłam go do koniowozu. Z posiniaczoną ręką wsiadłam do samochodu i z naburmuszeniem skrzyżowałam ręce.
- Idiota - burknęłam, a w tym samym momencie do samochodu wszedł Noah i Luke.
- Do kogo to? - Powiedzieli udawając obrażonych.
- Do tego zje**nego konia, który jeszcze wczoraj prawie zdechnął - warknęłam.
Od Adeline C.D Luke'a
Gdy tylko poczułam ciepło siwego konia, moje serce szybciej zabiło, a sama ja ożywiłam się na jego widok. Zaczęłam kręcić się z nim po boksie, który czasami wyglądał mi wręcz mały padok, ponieważ był naprawdę duży. Delikatnie dotykałam jego szyi, która pokryta była lekko wilgotnym włosiem. Uśmiechałam się za każdym razem, gdy widziałam, że Cortes wesoło parsknał, a co chwila wykonywał gwałtowniejszy ruch, który był tylko dowodem na to, że siwy zdecydowanie lepiej się czuje. Zaśmiałam się pod nosem, gdy ogier wydmuchał ciepłe powietrze w moją twarz, dając mi porcję ciepła.
- Ależ ja Cię kocham - powiedziałam całując różowe chrapy ogiera, które były przyjemnie miękkie. Nie ukrywając już nic, wprost uwielbiałam tego konia, który w tym momencie patrzył się na mnie swoimi inteligentnymi oczyma, co kilka chwil parskając z zadowoleniem. Miałam ochotę go po prostu ukraść, złapać po drodze Luke'a i uciec jak najdalej, by nas nie znaleźli. Koń spełniał każde moje wymagania, był przepięknie zbudowane, a jego umiejętności były wprost idealne. Ogier zawsze pokazywał, że stać go na więcej, nawet chodząc pod pamiętną Luną, która czasami wręcz miała ochotę zamordować, chętnego do współpracy siwusa. Cortes nagle się rozbudził, a ja przez to, że byłam śpiąca i wymęczona dziejszym dniem, puściłam jego uwiąz na co on zaczął wesoło podskakiwać.
- Cichutko, już spokojnie - powiedziałam sennie, klepiąc umięśniony grzbiet ogiera, który jak wszyscy wiedzieliśmy, uwielbiał spać na leżąco. Zapominając na chwilę o koniu, wyszłam z boksu w poszukiwaniu chłopaka, który dawno już powinien wrócić. Blondyn wszedł przez szerokie drzwi stajni, w dłoni trzymając dwa kubki, pełne dobrze zaparzonej herbaty, zaś w drugiej jakieś bułki, na które niezbyt miałam ochotę, na jego ramieniu przewieszony był granatowy koc, który wydawał się być ciepły i puszysty, przynajmniej z tej odległości. Niebieskooki ostrożnie podał mi szklankę z herbatą, z której od razu odjęłam łyk gorącego napoju, który tak przyjemnie rozgrzewał moje wnętrze. Delikatnie odstawiłam naczynie na drewnianą belkę od boksu, wzięłam od niego koc, który natychmiastowo przechwyciłam do siwka, który ponownie leżał, ale tym razem w celu zaśnięcia. Narzuciłam na jego grzbiet, cofnęłam się jeszcze po herbatę, i trzymając ją w dłoniach delikatnie usiadłam na trocinach, opierając się o brzuch i grzbiet ogiera, który delikatnie tracił mój łokieć. Przytrzymując jedną ręką kubek, rozłożyłam na sobie koc, który tak przyjemnie zaczął ogrzewać moje ciało, które było tak bardzo spragnione ciepła. Upijając łyk aromatycznego i gorącego napoju, odłożyłam szklankę tuż obok mnie. Poczułam delikatny dotyk na swoim ramieniu, które stawało się coraz cieplejsze, okazało się, że Luke, który jeszcze przed chwilą stał na korytarzu, usiadł przy mnie i zaczął jeździć palcem po moim przedramieniu.
- Luke, przepraszam, nie mam na nic siły - szepnęłam, a moja głowa bezwładnie opadła na krótko przyciętą grzywę siwego ogiera, który już próbował udać się w ramiona Morfeusza, lecz niezbyt mu się to udawało bowiem cały czas przerywaliśmy mu te próby. Chłopak ucałował jeszcze mój policzek, po czym obejmując mnie zasnął. Sama siedziałam tak odczuwając pewny niepokój, bowiem oddech ogiera czasami stawał się niemiarowy, ale po chwili wracał do normy i ponownie się uspokajał. Wsłuchana w oddech blondyna, jak i siwka, sama zasnęłam, śniąc o tym, że ogier stał się mój, tylko i wyłącznie mój, tak samo jak blondyn, który teraz jeszcze mocniej przycisnął mnie do siebie, tak jakby czując, że zrobiło mi się znacznie zimniej.
~*~
Nagle usłyszałam otwieranie boksu, i czyjś donośny głos, który jak po chwili okazało się, że należy do Luke'a.
- Wstawaj, księżniczko. Czas zacząć rozgrzewać konie - powiedział, a ja tylko wyprostowałam ramiona po czym znowu zamknęłam powieki. - Ja wiem, że dzisiaj mogło Ci się niewygodnie spać, szczególnie wtedy gdy Cortes wstawał - zaśmiał się i poklepał ogiera po szyi. Zerwałam się z miejsca i po chwili dopiero ogarnęłam, że spałam całkowicie zapchana trocinami, a ogier mnie nie nadepnął, przez praktycznie cały mój sen. Przeciągle się rozciągnęłam, rzucając się w ramiona chłopaka.
- Nie mam siły do życia, ale dla Cortes'a wszystko - uśmiechnęłam się.
- Ależ ja Cię kocham - powiedziałam całując różowe chrapy ogiera, które były przyjemnie miękkie. Nie ukrywając już nic, wprost uwielbiałam tego konia, który w tym momencie patrzył się na mnie swoimi inteligentnymi oczyma, co kilka chwil parskając z zadowoleniem. Miałam ochotę go po prostu ukraść, złapać po drodze Luke'a i uciec jak najdalej, by nas nie znaleźli. Koń spełniał każde moje wymagania, był przepięknie zbudowane, a jego umiejętności były wprost idealne. Ogier zawsze pokazywał, że stać go na więcej, nawet chodząc pod pamiętną Luną, która czasami wręcz miała ochotę zamordować, chętnego do współpracy siwusa. Cortes nagle się rozbudził, a ja przez to, że byłam śpiąca i wymęczona dziejszym dniem, puściłam jego uwiąz na co on zaczął wesoło podskakiwać.
- Cichutko, już spokojnie - powiedziałam sennie, klepiąc umięśniony grzbiet ogiera, który jak wszyscy wiedzieliśmy, uwielbiał spać na leżąco. Zapominając na chwilę o koniu, wyszłam z boksu w poszukiwaniu chłopaka, który dawno już powinien wrócić. Blondyn wszedł przez szerokie drzwi stajni, w dłoni trzymając dwa kubki, pełne dobrze zaparzonej herbaty, zaś w drugiej jakieś bułki, na które niezbyt miałam ochotę, na jego ramieniu przewieszony był granatowy koc, który wydawał się być ciepły i puszysty, przynajmniej z tej odległości. Niebieskooki ostrożnie podał mi szklankę z herbatą, z której od razu odjęłam łyk gorącego napoju, który tak przyjemnie rozgrzewał moje wnętrze. Delikatnie odstawiłam naczynie na drewnianą belkę od boksu, wzięłam od niego koc, który natychmiastowo przechwyciłam do siwka, który ponownie leżał, ale tym razem w celu zaśnięcia. Narzuciłam na jego grzbiet, cofnęłam się jeszcze po herbatę, i trzymając ją w dłoniach delikatnie usiadłam na trocinach, opierając się o brzuch i grzbiet ogiera, który delikatnie tracił mój łokieć. Przytrzymując jedną ręką kubek, rozłożyłam na sobie koc, który tak przyjemnie zaczął ogrzewać moje ciało, które było tak bardzo spragnione ciepła. Upijając łyk aromatycznego i gorącego napoju, odłożyłam szklankę tuż obok mnie. Poczułam delikatny dotyk na swoim ramieniu, które stawało się coraz cieplejsze, okazało się, że Luke, który jeszcze przed chwilą stał na korytarzu, usiadł przy mnie i zaczął jeździć palcem po moim przedramieniu.
- Luke, przepraszam, nie mam na nic siły - szepnęłam, a moja głowa bezwładnie opadła na krótko przyciętą grzywę siwego ogiera, który już próbował udać się w ramiona Morfeusza, lecz niezbyt mu się to udawało bowiem cały czas przerywaliśmy mu te próby. Chłopak ucałował jeszcze mój policzek, po czym obejmując mnie zasnął. Sama siedziałam tak odczuwając pewny niepokój, bowiem oddech ogiera czasami stawał się niemiarowy, ale po chwili wracał do normy i ponownie się uspokajał. Wsłuchana w oddech blondyna, jak i siwka, sama zasnęłam, śniąc o tym, że ogier stał się mój, tylko i wyłącznie mój, tak samo jak blondyn, który teraz jeszcze mocniej przycisnął mnie do siebie, tak jakby czując, że zrobiło mi się znacznie zimniej.
~*~
Nagle usłyszałam otwieranie boksu, i czyjś donośny głos, który jak po chwili okazało się, że należy do Luke'a.
- Wstawaj, księżniczko. Czas zacząć rozgrzewać konie - powiedział, a ja tylko wyprostowałam ramiona po czym znowu zamknęłam powieki. - Ja wiem, że dzisiaj mogło Ci się niewygodnie spać, szczególnie wtedy gdy Cortes wstawał - zaśmiał się i poklepał ogiera po szyi. Zerwałam się z miejsca i po chwili dopiero ogarnęłam, że spałam całkowicie zapchana trocinami, a ogier mnie nie nadepnął, przez praktycznie cały mój sen. Przeciągle się rozciągnęłam, rzucając się w ramiona chłopaka.
- Nie mam siły do życia, ale dla Cortes'a wszystko - uśmiechnęłam się.
Subskrybuj:
Posty (Atom)