Jechaliśmy tak może z dziesięć minut. Rozmawiałyśmy o różnych głupotach i ludziach, którzy uczęszczają do akademii. Miałyśmy sporo wspólnych znajomych, jak się okazało. Nie, żeby miało to nam w czymś pomóc.
- Zatrzymujemy się tutaj? - spytałam rozbawionym głosem po opowiedzianym przez Esmę kolejnego głupiego wydarzenia z jej życia.
Dziewczyna zastanowiła się chwilę.
- Wydaje mi się, że już za parę minut będzie ładniejsze miejsce na spędzenie czasu... - i to mówiąc, przyspieszyła klacz do kłusa. Nie zastanawiając się długo, ruszyłam za nią. Miała rację- nie minęło pięć minut, a trafiliśmy na całkiem ładną polanę. Nie dużo było tam trawy, ponieważ większość ziemi była pokryta chwastami, a na środku mieściło się niewielkie jeziorko (o ile można było je tak nazwać...).
- Ale ślicznie! - szepnęłam.
- Odkryłam to miejsce jakiś czas temu. Jak się jest samemu, to fajnie jest tak po prostu usiąść i pomyśleć nad swoim życiem. - zsiadła z konia. Poszłam w jej ślady. Nastąpiła wymiana końmi. Pogłaskałam Sydney lekko po chrapach i podeszłam bliżej wody. Klacz z chęcią wsadziła kopyto do jeziorka. A widząc moją niepewność, potrąciła moje ramię pyskiem. Westchnęłam ciężko i zdjęłam buty, żeby znaleźć się w zimnej wodzie. Chwilę stałam tak w ciszy, ale po chwili usłyszałam głośny głos:
- Chodź tu! - natychmiast odwróciłam się w tamtym kierunku. Esma stała na środku jeziorka. Chwilę zajęło mi, zanim zorientowałam się, że stawia kroki na pomoście. Nie myśląc, zostawiłam Sydney przy wodzie i ruszyłam do koleżanki. Okazało się, że pomost położony był w głębi trzcin, przez co nie widać było wejścia. A co lepsze: nie wyglądał, jakby liczył sobie 100 lat i jakoś jeszcze się trzymał. Tak czy siak, za każdym razem ostrożnie stawiałam stopy na deskach. Esma usiadła tyłem do mnie i zamknęła oczy. Korzystając z sytuacji, cicho popchnęłam ją do wody, a ona wpadła do niej z cichym piskiem.
- Kurde! - jestem pewna, że jej głos było słychać kilometry stąd. - Zabiję Cię, Holiday, zabiję! - wyszczerzyłam się do niej w uśmiechu.
- Chciałabym to zobaczyć. - wystawiłam do niej rękę. Przyjęła ją z ulgą i zaczęła wychodzić z zimnej wody. W ostatniej chwili kiedy myślałam, że wyjdzie już na pomost, mocno mnie szarpnęła, przez co wylądowałam obok niej.
Naprawdę, w myślach już planowałam zemstę. Sydney, która od jakiegoś czasu przyglądała nam się z ubocza, weszła głębiej do wody. Złapałam się rękami desek pomostu i resztkami sił próbowałam podnieść się na nim, ale niestety szybko spotkało się to z niezamierzonym efektem i wpadłam jeszcze głębiej do wody.
- Daj, pomogę - Esma wywróciła oczami. Na szczęście pomoc była szczera, skończyło się tak, że pomogła mi prędko wejść, a potem sama się wspięła.
- Pomożesz mi wsiąść? - spytałam, kiedy znalazłam się już przy koniu.
~*~
Niesamowite jak niewiele czasu człowiek potrzebuje, jak się spieszy. Wcześniejsza droga zajęła nam całkiem duży kawał czasu, gdyż większość przestępowałyśmy (zabić, jeśli źle napisałam...) i przegadałyśmy. Teraz minęła jakaś połowa tamtego czasu. Przez cały czas trzęsłyśmy się obie -razem z Esmeraldą- z zimna.
Kiedy dojechałyśmy do akademii, żadna z nas nie zwróciła uwagi na drugą, za bardzo zajęte byłyśmy zaaferowane zimnem. Na końcu dopiero wymieniłyśmy się paroma zdaniami.
- Nie prosiłam się o wrzucenie do wody. - jęknęła.
- Ja też nie, ale najwidoczniej nikt mnie o zdanie nie pytał. - ostatecznie skończyło się na tym, że tylko Sydney pokochała całe zajście. Koń Esmy nie był nami w ogóle zainteresowany, za to moja klacz zdawała się śmiać z tej całej sytuacji.
Wróciwszy do pokoju, jedyne co zrobiłam to przebrałam się w ciepłe dresy, trzy bluzki i bluzę i położyłam się do łóżka pod ciepłą kołdrę, żeby poczytać książkę. Przy okazji zgarniając Celeste z mojej poduszki.
<Esma? Tak, wiem. Wszystko, co do słowa schrzaniłam, ponadto czekałaś na odpis prawie pół roku, ale weź mnie nie zabij, albo się postaraj... -,->
Holiday, jeszcze jedno słowo, a naprawdę Cię zabije. Odpiska jest cudna c:
sobota, 26 sierpnia 2017
piątek, 25 sierpnia 2017
Od Lily C.D Noah'a
— Zboczuszek aktywacja? — uśmiechnęłam się, odgarniając włosy.
— Skądże... — zaprzeczył delikatnie mrużąc oczy, co było równoznaczne z chwilowym zasłonieniem pięknych, tętniących życiem tęczówek o iście orzechowej barwie. Wtopiłam swój wzrok w jego oczy, podziwiając każdy milimetr piękna, póki nie zorientowałam się, że trochę za dużo czasu minęło na moim podziwianiu.
— Musimy wracać... — westchnieniem wypełniłam dziwną ciszę, przerywaną jedynie przez nasze pobieranie i wypuszczanie tutejszego powietrza. Barwne kwiaty bez ustanku i przebijałyby się przez imponujące wysokością trawy. Pięknie się komponowały z barwami malowniczo rozciągającego się nieba odzianego w perłowe chmurki towarzyszące zachodowi słońca.
— Rzekomo mieliśmy spędzić tutaj noc.— Głowę oparł na łokciu, kiedy miałam okazję sturlać się obok niego. Westchnęłam cicho, nadal rozmyślając nad tym.
— To chodźmy po konie i tutaj się zatrzymamy.
Podniosłam swoje ciało na tyle, by stanąć w miarę normalnie, stabilnie i bezpiecznie na nogach, jednak kochany towarzysz już miał z tym problem. Oczekując z mojej strony wsparcia, ostatecznie uchwycił moją dłoń i wspierając się na niej, znowu to ja wylądowałam na jego ciepłym ciele. Oczywiście mokra koszulka nie stanowiła większego problemu, gdyż i moja zawierała niemniej wody. Jednak jego zdecydowanie wyższa temperatura ciała od mojego, przenikała bez względu na materiał. Przyznaję się, że mogłam tak leżeć cały czas.
— Właściwie to moglibyśmy tak zostać? — Spojrzałam niewinnie pod burzę czekoladowych kosmyków. Z jego strony wydobył się jedynie krótki śmiech.
— Zimno ci?
Uśmiechnęłam się lekko i skinęłam prawie że niewidocznym ruchem swoją głową.
— W takim razie przejdę się po te kosiarki, a ty przygotuj w miarę bezpieczne i niepodpalające lasu ognisko. Pamiętasz jeszcze jak się to robi?— zaśmiał się kolejny raz.
— Pamiętasz jeszcze jak się prowadzi kosiarkę?— przedrzeźniałam, próbując nabrać niższego głosu. Ostatecznie umknął spod mojego, co prawda nikłego ciężaru i zniknął za szmaragdem ledwie oświetlanych przez słońce. Dłońmi przetrzepałam lekko zabrudzony materiał spodni, po czym zaczęłam kolejno chodzić wokoło wyznaczonego przez siebie kawałka ziemi, przyszpilając podeszwami źdźbła trawy do gleby.
~*~
Jasne płomyki tańczyły po osmalonych przez siebie drewienkach, ani na chwilę nie zaprzestając. Ciepło w całości zagarniałam tylko dla siebie. Dlaczego tylko dla mnie? Ponieważ istoty kształtu młodego mężczyzny zwanego Noah'em nie miałam okazji spotkać, odkąd mnie opuścił. Z minuty na minutę robiłam się coraz bardziej niespokojna. Głowę obracałam dookoła z nadzieją spotkania się z widokiem towarzysza nawet częściej niż miałam okazję mrugać. Nadzieja na udane połączenie przez telefony już mogła tylko sobie kwiatek na grobie posadzić, z powodu braku jakiegokolwiek zasięgu. Poczułam kompletną bezradność. Już miałam pozostawiać samotnie ognisko, co rzecz jasna nie mogło się dobrze skończyć, jednak byłoby warto chociażby dla jednej nieodpowiedzialnej osoby, jednak na szczęście drzew dookoła zza koron liści ujawnił się gniadosz, jednak na jego grzbiecie nie było chłopaka, a był ciągnięty za pomocą strzemienia po ziemi. Jak oparzona zerwałam się do biegu w stronę chłopaka.
— Noaś? Obudź się, Noah, słyszysz? Małpo jedna! — Raz po raz, klepałam delikatne poliki, próbując przywrócić mu świadomość istnienia świata oraz jego życia. Ciche pomruki, które z siebie wydawał były absolutnie nie do zrozumienia. Niespokojny ogier przebierał kopytami, niewędzący co ma robić. Czym prędzej uwolniłam jego stopę od strzemienia i puściłam Dream'a z luźnym popręgiem hen daleko, zostając przy chłopaku i próbując go wgramolić gdzieś obok ogniska. Z daleka zapewne wyglądało to co najmniej zabawnie, jednak jakby to przeżyć, zawał gwarantowany. Dziwiłam się jak bardo można przejąć drugim człowiekiem. Próbując to coraz dziwniejszych sposobów, ostatecznie stanęłam między nogami chłopaka, ciągnęłam go za nie przez pół polany, aż byłam wściekła na siebie gdzież ja musiałam zbudować akurat kamienny krąg. Dobre piętnaście minut ciągnięcia zakończyło się heroicznym zwycięstwem. Zaprawdę tak niewinnie wyglądał tak leżąc skulony stroną do źródła ciepła. Niestety musiałam jeszcze wrócić po nasze wierzchowce, lecz za gwiazdy niebios nie wiedziałam gdzie się zapodziała moja kobyła. Postanowiłam więc zagarnąć jedynie ogiera z pogranicza lasu. Siadając po turecku na ziemi oparłam głowę chłopaka o moje udo i zaczęłam dziwnie zataczać kręgi palcami na jego ramieniu, oczywiście z nudów. Wmawiaj sobie, Lilian, wmawiaj.
Gwiazdeczka?
Subskrybuj:
Posty (Atom)