- Cześć Esma! Nie zauważyłam Cię, kiedy przyszłaś?- Adeline, siedząca na Lemon uśmiechnęła się, po czym zapytała.
-Stoję tu od godziny i czekam, aż mnie zauważysz.- zaśmiałam się ironicznie, na co dziewczyna otworzyła szerzej oczy. - Nie no, żartuję oczywiście. Stoję dopiero kilka minut i patrzę jakie cuda robisz z Lemon. Jestem laikiem w sprawach ujeżdżenia.
Adeline zaśmiała się, po czym podjechała do białego płotka, przy którym stałam. Zsiadła z klaczy, po czym otworzyła równie białą co reszta płotu bramkę i wyprowadziła skarogniadą Hanowerkę, która dumnie potrząsając łbem, stawiała kolejne kroki. Nie ukrywajmy tego, że byłam zafascynowana ujeżdżeniem, Demon nie był koniem od ujeżdżenia, był typowym skoczkiem, jednak od czasu do czasu uczestniczyliśmy w lekcjach tejże dyscypliny, czy nawet zawodach, zajmując przyzwoite jak na nas miejsca. Delikatnie się zagadałyśmy, głównie o podróży do Niemiec, którą miała odbyć Adeline. Wtedy też dziewczyna dowiedziała się, że jestem Niemką z pochodzenia. Opowiedziałam jej, że najpewniej dziś wybieram się do mojej ciotki, która mieszka w Wellington.
-A tak na marginesie. Pojedziesz ze mną do Wellington? Potrzebuję osoby, która wypowie się na temat konia do ujeżdżenia, a moja ciotka posiada sporo koni, idealnych do tej dyscypliny!- uniosłam teatralnie ręce ku górze, Adeline zamknęła w tej chwili boks.
-Jasne, chętnie pojadę.- powiedziała z uśmiechem, odkładając szczotki obok boksu Lemon. Ruszyłyśmy do naszych pokoi, z racji tego, iż brunetka mieszkała w pokoju numer 1, rozstałyśmy się zaraz przy nim. Moje współlokatorki grzały miejsce przed telewizorem, więc mnie nawet nie zauważyły, głównie dlatego, iż na ekranie Samsunga leciał film o przyrodzie.
Po cichu przedostałam się do swojej szafy, z której wyciągnęłam spodnie do jazdy konnej do kolana, kupione w Amigo. Szafa trzasnęła, a dziewczyny obróciły głowy w moją stronę, po czym Lily wyłączyła telewizor, co okazało się błędem. Zaczęła się walka o pilota, Naomi wyrwała pilot Lilce, Katniss Naomce, a ja wyrwałam pilot Katniss, po czym schowałam go do szuflady.
-Zarządzam chwilową ciszę. Która z was, pojedzie ze mną do Wellington?- zapytałam, siadając na miękkim łóżku Katniss obok jej suczki.
-Ja pojadę, ale muszę siedzieć obok Ciebie!- pierwsza zgłosiła się Naomi, drugą osóbką była Lily. Katniss odmówiła, gdyż miała omówiony na dzisiaj trening z Rose. Zawitałam jeszcze do pokoju Leny, która również zadeklarowała, że ze mną pojedzie.
Musiałam oczywiście przygotować koniowóz, który był wręcz ogromny, mogły go zajmować 4 konie, a to i tak niewiele. Tak czy inaczej, wraz z Adeline i Lily przygotowałyśmy środek auta. Około godziny 12, tuż przed wyjazdem, ciekawy tego, co robimy Noah, stwierdził, że on również pojedzie. Dostawiłam jedno dodatkowe siedzenie, na którym usiadła Lena, a Lily usadowiła się na kolanach Noah'a. Nie wiem, czy była zadowolona, ale mus to mus, miałam tylko nadzieję, że gliny nas nie złapią za to. W ostatniej chwili pomyślałam o ty, by zapakować również Draculę.
-Noah, pomożesz mi go zapakować?- otworzyłam duże drzwi auta i zapytałam. Brunet szybko się zgodził, więc wysiedliśmy i wspólnymi siłami wprowadziliśmy Karosza do koniowozu, więc już dziesięć minut po dwunastej wyruszyliśmy z Akademii. Droga mijała powoli, umilana nagłymi wybuchami śmiechu i klepaniem mojego ramienia przez Naomi. Czasami było mi tak trudno się nie odwrócić do towarzystwa, które bawiło się w najlepsze. Oczywiście nie obyło się bez zatrzymania w Hollywood, gdzie spotkały nas wielkie korki. Zmęczeni drogą musieliśmy na poboczu odetchnąć świeżym powietrzem, gdyż otwarte okna w tej duchocie nawet nie pomagały, jedynie pogarszały sytuację.
-Esma, a tak w ogóle, to...po co jedziesz do Wellington?- Adeline oparła się o drzewo obok nas, które delikatnie zaskrzypiało, gdyż nie było ani wysokie, ani też grube.
-Szukam drugiego konia.- odparłam szybko, mocniej zaciskając pięść.- Divine to nie koń do ujeżdżenia, on jest za...za energiczny na tę dyscyplinę, po prostu on nie potrafiłby ćwiczyć jednej figury kilka tygodni.- westchnęłam ciężko, po czym zrobiłam kilka kroków w stronę limonkowego Mercedesa.
-Wiesz... Może potrzebuje więcej męczących treningów, które by jakoś wypalały tę energię?- zapytała, idąc w moje ślady.
-Nie wiem Adiś, wiem, że drugi koń musi być bardziej zrównoważony.- zaśmiałam się, siadając na miejscu kierowcy.
Miła atmosfera spowodowała, że reszta drogi (czyli z Hollywood do Wellington) minęła niemal jak za pstryknięciem palców, i już po chwili parkowałam przed wielkim białym budynkiem, zwanym też Białym Marzeniem. Znając doskonale maniery ukochanej ciotki, poinformowałam, iż urocza Dorothy wielką wagę przywiązuje do kulturalnego słownictwa, a slang jest u niej zabroniony, choć sama czasami go używa. Moi towarzysze obiecali pilnować słownictwa oraz nie rozwalić pierwszego napotkanego wazonu, cóż, ja także musiałam, gdyż znając moje niekontrolowane odruchy, mogłabym stłuc kilka za jednym zamachem. Wszyscy podeszliśmy do drzwi domu, po czym nacisnęliśmy złoty guziczek, czyli dzwonek.
~Haalooo?~ ciotka odezwała się.
-Ciociu, przyjechaliśmy już.- mówiąc to, uśmiechnęłam się. Drzwi po chwili otworzyły się. Stanęła w nich rudowłosa kobieta, między 40 a 50 rokiem życia, przez wielu nazywana moją ciotką, którą chyba nie była. Ciotka uściskała każdego po kolei i stwierdziła, że zna Adeline, na co dziewczyna się zakłopotała, gdyż za cholerę nie mogła sobie przypomnieć, skąd zna kobietę. Bez zbędnego ociągania, Dorothy zaprosiła nas na herbatę lub kawę- Adeline wraz z Noah'em wypili po mocnej kawie, za to ja i Naomi uraczyłyśmy się colą, Lily i Lena zażyczyły sobie brzoskwiniowej herbaty. Kobieta, podająca się od kilkunastu lat za moją ciotkę, rozgadała się z Naomi, na temat Empiryka. Lena, Adeline, Noah oraz Lily i ja słuchaliśmy tego z nieukrywanym znudzeniem.
-Ciociu, idę wyprowadzić Blast'a.- jęknęłam, wstając z wygodnego krzesła.
-Ja Ci pomogę!- Wszyscy odezwali się niemal w tym samym momencie, po czym pobiegli za mną, Naomi z Dorothy zrobiły to samo.
Byłam na siebie zła, dlatego iż zapomniałam go wyprowadzić. Gdy tylko otworzyłam drzwi koniowozu, dobiegło do mnie szczęśliwe rżenie mojego podopiecznego. Szybko weszłam do stanowiska, zajmowanego przez ogiera i odwiązałam uwiąz od belki. Wyprowadziłam Karosza z ciasnego stanowiska, po czym szepnęła. -Spokojnie kochany...- pogłaskałam miękkie chrapy ogiera, po czym on delikatnie zarżał.
-Cudo!- ciotka gwałtownie znalazła się obok mnie. Dracula wierzgnął, dzięki czemu rudowłosa oddaliła się na odpowiednią odległość. Ciotka wskazała mi boks dla niego, na końcu stajni dla klaczy. Delikatnie wystraszona prowadziłam go przez korytarz ogromnej stajni. Prowadzenie młodego ogiera przez rzędy klacz wiązało się z narażeniem życia. Gdy na horyzoncie pojawił się opisany przez ciotkę boks, przyśpieszyłam kroku i wprowadziłam Karosza do brązowego, dużego boksu.
-Esma, uważaj!- Adeline krzyknęła.
Odwróciłam się gwałtownie, a widząc rozpędzoną klacz, przytuliłam się do drzwiczek boksu, unikając stratowania. Odetchnęłam z ulgą, jednak po chwili na swojej dłoni poczułam miękkie wargi, muskające moją skórę, która wyczuwawszy to, delikatnie się "najeżyła". Zdziwiona czułościami klaczy, która nie ukrywajmy- przed chwilą chciała mnie stratować. Dracula powąchał jej nos, po czym jakby się uśmiechnął. Ciotka odepchnęła mnie od nerwuski, po czym chwyciła ją za grzywę i pociągnęła do boksu. Odprowadziłam je wzrokiem, takim cudem natknęłam się na tabliczkę z wygrawerowanym imieniem. ~Queen od Samba, ciekawe...5-letnia Holsztyńska klacz do ujeżdżenia~ w myślach czytałam kawałek srebrnego metalu.
-Poczekaj ciociu...-westchnęłam, chwytając rękę kobiety w nadgarstku i stanowczo odsuwając ją od zasuwy boksu.- Idę po siodło i cordeo.- oznajmiłam i po chwili wróciłam z osprzętem. Wyczyściłam klacz i szybko ją osiodłałam.
-Na pewno?- Ciotka wydawała się niepewna, tego, co robię.
-Tak, jeśli Dracul jej ufa, ja też powinnam.- przerzuciłam nogę nad jej grzbietem, po czym usadowiłam się wygodnie w siodle Devina, które na szczęście przywiozłam i pasowało na siwiejącą.
Przycisnęłam łydki do jej boków, a ona grzecznie ruszyła stępem. Chwilę ją stępowałam, po czym popędziłam ją galopem, by zobaczyć, jak się w nim sprawuje. Nieoczekiwanie klacz wymknęła się mi spod panowania i zanim zdążyłam zareagować, przeskoczyła przez ogrodzenie.
****
Nogi mnie bolały, ale prowadziłam dzielnie klacz przez las, którego kompletnie nie znałam. Na szczęście Białe Marzenie było już widać, więc przyśpieszyłam kroku. Pierwsze co zobaczyłam, to przerażona ciotka ze śmiejącym się towarzystwem.
-Ha ha ha, no boki zrywać.- puściłam im oczko, po czym przytuliłam klacz.- Spadłam, ale ona mnie nie zostawiła. Biorę ją.- powiedziałam, drapiąc ją po uszach.- Ile?
-Dogadam się z Twoim ojcem...- oznajmiła kobieta i już po chwili pakowałam konie do koniowozu.
*****
Patrzyłam na zgrabny łeb Queen z boku, co chwila, uśmiechając się sama do siebie. Nie wiedzieć kiedy, Adeline przysiadła się obok mnie.
<Adisia? Możesz poprowadzić akcję do treningu, jeśli chcesz ^^ >
piątek, 1 września 2017
Od Noah'a C.D Lily
Nim na dobre zdążyliśmy przyzwyczaić się do niemalże całkowitej ciemności, z powrotem odzyskaliśmy zbawienie w postaci sztucznego, nikle palącego się światła po przeciwległej stronie stajni. Ubrudzony białą, lepiącą się do wszelkich struktur farbą, w dłoni wciąż dzierżyłem duży i wyjątkowo czysty pędzel. Wciąż uśmiechając się od ucha do ucha, bez większego celu spojrzałem w kierunku szerokich drzwi prowadzących do wnętrza zamieszkiwanego przez konie budynku. Nie musząc nawet wysilać specjalnie swojego zmęczonego wzroku, dostrzegłem w nich wyraźnie zarysowaną postać.
- Czy istnieje takie zajęcie, które potraficie wykonać dobrze od początku do końca? - kobieta, będąca ewidentnie zirytowaną dyrektorką zamieszkiwanej przez nas akademii, głośno westchnęła, gdy poczęła przyglądać się jakości wykonanej przez nas pracy. Stukot czarnych szpilek szybko rozniósł się po wszystkich boksach, zachęcając dostatecznie najedzone konie do wyciągnięcia swych smukłych, zadbanych pyszczków sponad drewnianych drzwiczek. - To doprawdy zaskakujące, jak można zmarnować kilka puszek niebylejakiej farby i równie niemałą ilość spędzonych tu godzin.
Obydwoje spojrzeliśmy po sobie, dokładnie pamiętając wszystko, co zdołało nas tak skutecznie odciągnąć od nieuniknionej pracy.
Postanowiłem dumnie zabrać głos, wcześniej kładąc pędzel na najbliższe zamknięte pudełko wypełnione białą cieczą.
- Stawialiśmy bowiem na komfort pracy, dbając wzajemnie o własne samopoczucie i zachowanie pozorów bezpieczeństwa - wyszczerzyłem się, spoglądając na pomalowane przez nas deski, które jakby na to nie spojrzeć, rzeczywiście niestety nie wyglądały tak, jak oczekiwała tego wyniosła Rose. - To prawdopodobnie wychodzi nam najlepiej.
Kobieta, najwidoczniej przyzwyczajona do ciętych języków naszej dwójki i co najmniej nietuzinkowych odpowiedzi, pokręciła lekko z widocznym niedowierzaniem swą głową.
- Niewątpliwie - odparła spokojnie, zaciskając jedną ze swych dłoni w drobną piąstkę. - Zostawcie to lepiej, bo odnoszę nieomylne wrażenie, że wygląda to gorzej, niż przed waszą cudowną ingerencją. Mam dla was dużo bardziej adekwatne zajęcie - westchnęła cicho, oczekując widocznie, jak podążymy za nią kilka metrów dalej. Nie wierząc w to, że może czekać nas jeszcze jakiekolwiek zadanie o tak nieludzkiej godzinie, podążaliśmy za nią jak na ścięcie, marząc jedynie o kawałku własnego łóżka i względnie kubku gorącej kawy. - Dzisiaj jest jeszcze jedna osoba z zewnątrz, która umówiła się na jazdę. Dokładniej siedmioletni chłopczyk, który prawdopodobnie nie widział nigdy wcześniej żadnego konia na własne oczy.
- Nie powinien już dawno spać? My też nie powinniśmy? Konie też nie powinny?
Właścicielka jedynie wywróciła oczyma na moją uwagę, podprowadzając nas pod boks jednego ze szkółkowych wierzchowców.
- Klient nasz pan - mruknęła, wciskając Lily do rąk jedną z nieopodal pozostawionych skrzynek. - Nieruszanemu dzisiaj kucykowi nic się nie stanie, jak podrepta przez pół godziny po kółku. Wam też nie - spoględnała na nas po raz ostatni, dobitnie dając nam do zrozumienia, że tym razem próba wywinięcia się z przykrego obowiązku nie zostanie puszczona nam całkowitym płazem.
Odprowadzając kobietę wzrokiem do odpowiedniego wyjścia, z niezmiennie dobrymi humorami zajęliśmy się tym, by przygotować poczciwego kuca na zdecydowanie zbyt późną jazdę.
Ferro, obwąchując stojącą najbliżej niego Lilian, dobitnie dał mi do zrozumienia, że niepotrzebuje do szczęścia mojej zbędnej obecności.
Opierając się więc o stosunkowo niskie drzwiczki, przyglądałem się temu, jak szatynka zaczyna powolnymi i spokojnymi ruchami rozczesywać zakurzoną sierść rozbudzonego wierzchowca. Minęła dłuższa chwila, zanim którekolwiek z nas postanowiło się odezwać.
- Nie masz ochoty jednak sama tam pójść? - ziewnąłem, z całkowitą rezygnacją opierając się o nieopodal położoną belkę. - Jeśli nie masz nic przeciwko, to chętnie przeszedłbym się do własnego pokoju i wrócił tutaj na... Mniej więcej dziesiątą. Albo i delikatnie później.
Szatynka zmierzyła mnie karcącym wzrokiem, jednocześnie starając się nie szarpać fiorda podczas rozplątywania pokołtunionego ogona.
- Lepiej przejdź się po siodło - uśmiechnęła się z maturalną dla siebie dozą cisnącego się na jej pełne usta sarkazmu, by już po chwili zachęcić mnie klarownym gestem do ruszenia w kierunku siodlarni. - Ogłowie i lonżę też możesz wziąć, zakładając, że będziesz na tyle życzliwy.
Wzdychając, posłusznie podreptałem w stronę ciemnego pomieszczenia. Męcząc się pierwsze kilkanaście sekund z odnalezieniem odpowiedniego włącznika, równie długi okres czasu zastanawiałem się nad tym, gdzie odnaleźć mógłbym odpowiedni osprzęt. Mimo wszystko, dzięki swojej wrodzonej orientacji w każdym terenie, wkrótce wróciłem do swojej towarzyszki, dumny z powrócenia ze wszystkimi wymienionymi przez nią przedmiotami.
Powracając jednak pod boks lśniącego wałacha, spostrzegłem u boku subtelnie uśmiechniętej młodej kobiety nieco młodszego osobnika płci dla dziewczyny przeciwnej. Plując sobie poniekąd w brodę z własnego niedopatrzenia, zawiesiłem sprzęt na drzwiczkach, czym zwróciłem uwagę swojego wybornego towarzystwa.
- Wystarczy zostawić Cię na chwilę samą, żebyś znalazła sobie coraz to nowszy model? - prychnąłem pod nosem, schylając się do malca, który musiał być jeźdźcem zapowiedzianym przez Rose. - A Ty, młody, jak masz na imię?
- To jest Noah, ale niekoniecznie musisz go słuchać - szepnęła mu na ucho Lilian, nieskutecznie siląc się na pozorną dyskrecję. - A to jest Toby, mój wierny luzaku - tym razem zwracając się w moim kierunku, pokrzepiająco poklepała mnie po obolałym ramieniu. Wymieniając się z blondynem uściskiem dłoni, z lekkim uśmiechem na ustach spoglądałem na to, jak szatynka ze spokojem godnym pozazdroszczenia tłumaczyła młodemu adeptowi jeździectwa rolę każdej części przeniesionego przeze mnie sprzętu.
Wkrótce zajęli się zakładaniem szmaragdowego czapraka na niski grzbiet skubiącego siano Ferra, nieco później mocując się także z siodłem, którego założenie wymagało mojej drobnej ingerencji. Ogłowie umiejscowione zostało na końskim pysku także po tym, jak udało mi się spacyfikować wałacha do zachowania względnego spokoju.
- Teraz Noah weźmie kucyka na plac, a my pójdziemy dopasować Ci jakiś ładny toczek - nawet nie siląc się na cukierkowy ton głosu, który widocznie wpisany był już jako odpowiedni w jej świadomości, pociągnęła Toby'iego do siodlarni, gdzie zajęli się mierzeniem mniejszych kasków. Sam chwyciłem wodze fiorda, by wkrótce wkroczyć z nim na ogromny, naturalnie opustoszały o tej godzinie plac. Mimo panujących ciemności, dzięki porozstawianym dookoła lampom spostrzegłem po drugiej stronie płotu właścicieli, którzy zajęci byli rozmową z młodym małżeństwem. Przypisując im rolę rodzicieli blondyna, w spokoju począłem przypinać lonżę, podczas gdy moje towarzystwo w ekspresowym tempie podjęło próbę dotarcia do przygotowanego wierzchowca.
Gdy tylko udało nam się skrócić ekstremalnie strzemiona, postaraliśmy się o wygodne usadowienie Toby'iego w czarnym siodle. Zaraz po tym Lily przejęła lonżę, wyganiając mnie poza wydeptywane przez kopyta kuca koło. Wzdychając, w głowie odliczałem minuty do momentu, w którym jazda powinna dobiegnąć końca.
Moje prośby zostały dosyć szybko wysłuchane. Młodzieniec, śpiący po długiej podróży, którą jak nam opowiedział przeżył, postanowił zejść z wierzchowca szybciej, niż sam się tego spodziewał. Znikając wkrótce ze swoimi rodzicami za horyzontem, pozostawił nas z wałachem, którego niewątpliwie byliśmy zobowiązani zaprowadzić do boksu.
- Chyba nie przypadłaś mu do gustu - zaśmiałem się, pomagając dziewczynie rozsiodłać niemalże w ogóle niezmęczonego kucyka. - Teraz grono Twoich adoratorów zmieniło się do jakże pięknego i okrągłego zera.
- Spokojnie, jeszcze do mnie wróci - mruknęła z delikatnym uśmiechem, odpinając spod brzucha wałacha przydługawy popręg. Samemu zajmując się ściąganiem praktycznie idealnie zachowanego ogłowia, spuściłem ze spojrzenia swych czujnych oczu posiadaczkę wybitnie zawiłego charakteru.
Nim się spostrzegłem, sama zainteresowana przygniotła mnie do jednej ze ścian przymałego boksu, gdy Ferro postanowił ograniczyć jej własną przestrzeń. Puszczając do tej pory trzymany nachrapnik, przeniosłem swój wzrok ponownie na przymusowo wtulającą się do mnie szatynkę. Zastygając w miejscu, z trudem przełykałem kolejne dawki ciążącej mi już śliny.
Pomimo tego, że chciałem odwrócić wzrok, w kompletnej ciszy i panującym mroku świdrowałem smukłą twarz równie zdezorientowanej Lily. Napotykając blask jej oczu, bez względu na dalsze konsekwencje, postanowiłem nie zastanawiać się nad tym już ani chwili dłużej - nachyliłem się nad jej wyjątkowo piękną twarzą, by powoli zacząć muskać jej pełne, miękkie wargi.
- Czy istnieje takie zajęcie, które potraficie wykonać dobrze od początku do końca? - kobieta, będąca ewidentnie zirytowaną dyrektorką zamieszkiwanej przez nas akademii, głośno westchnęła, gdy poczęła przyglądać się jakości wykonanej przez nas pracy. Stukot czarnych szpilek szybko rozniósł się po wszystkich boksach, zachęcając dostatecznie najedzone konie do wyciągnięcia swych smukłych, zadbanych pyszczków sponad drewnianych drzwiczek. - To doprawdy zaskakujące, jak można zmarnować kilka puszek niebylejakiej farby i równie niemałą ilość spędzonych tu godzin.
Obydwoje spojrzeliśmy po sobie, dokładnie pamiętając wszystko, co zdołało nas tak skutecznie odciągnąć od nieuniknionej pracy.
Postanowiłem dumnie zabrać głos, wcześniej kładąc pędzel na najbliższe zamknięte pudełko wypełnione białą cieczą.
- Stawialiśmy bowiem na komfort pracy, dbając wzajemnie o własne samopoczucie i zachowanie pozorów bezpieczeństwa - wyszczerzyłem się, spoglądając na pomalowane przez nas deski, które jakby na to nie spojrzeć, rzeczywiście niestety nie wyglądały tak, jak oczekiwała tego wyniosła Rose. - To prawdopodobnie wychodzi nam najlepiej.
Kobieta, najwidoczniej przyzwyczajona do ciętych języków naszej dwójki i co najmniej nietuzinkowych odpowiedzi, pokręciła lekko z widocznym niedowierzaniem swą głową.
- Niewątpliwie - odparła spokojnie, zaciskając jedną ze swych dłoni w drobną piąstkę. - Zostawcie to lepiej, bo odnoszę nieomylne wrażenie, że wygląda to gorzej, niż przed waszą cudowną ingerencją. Mam dla was dużo bardziej adekwatne zajęcie - westchnęła cicho, oczekując widocznie, jak podążymy za nią kilka metrów dalej. Nie wierząc w to, że może czekać nas jeszcze jakiekolwiek zadanie o tak nieludzkiej godzinie, podążaliśmy za nią jak na ścięcie, marząc jedynie o kawałku własnego łóżka i względnie kubku gorącej kawy. - Dzisiaj jest jeszcze jedna osoba z zewnątrz, która umówiła się na jazdę. Dokładniej siedmioletni chłopczyk, który prawdopodobnie nie widział nigdy wcześniej żadnego konia na własne oczy.
- Nie powinien już dawno spać? My też nie powinniśmy? Konie też nie powinny?
Właścicielka jedynie wywróciła oczyma na moją uwagę, podprowadzając nas pod boks jednego ze szkółkowych wierzchowców.
- Klient nasz pan - mruknęła, wciskając Lily do rąk jedną z nieopodal pozostawionych skrzynek. - Nieruszanemu dzisiaj kucykowi nic się nie stanie, jak podrepta przez pół godziny po kółku. Wam też nie - spoględnała na nas po raz ostatni, dobitnie dając nam do zrozumienia, że tym razem próba wywinięcia się z przykrego obowiązku nie zostanie puszczona nam całkowitym płazem.
Odprowadzając kobietę wzrokiem do odpowiedniego wyjścia, z niezmiennie dobrymi humorami zajęliśmy się tym, by przygotować poczciwego kuca na zdecydowanie zbyt późną jazdę.
Ferro, obwąchując stojącą najbliżej niego Lilian, dobitnie dał mi do zrozumienia, że niepotrzebuje do szczęścia mojej zbędnej obecności.
Opierając się więc o stosunkowo niskie drzwiczki, przyglądałem się temu, jak szatynka zaczyna powolnymi i spokojnymi ruchami rozczesywać zakurzoną sierść rozbudzonego wierzchowca. Minęła dłuższa chwila, zanim którekolwiek z nas postanowiło się odezwać.
- Nie masz ochoty jednak sama tam pójść? - ziewnąłem, z całkowitą rezygnacją opierając się o nieopodal położoną belkę. - Jeśli nie masz nic przeciwko, to chętnie przeszedłbym się do własnego pokoju i wrócił tutaj na... Mniej więcej dziesiątą. Albo i delikatnie później.
Szatynka zmierzyła mnie karcącym wzrokiem, jednocześnie starając się nie szarpać fiorda podczas rozplątywania pokołtunionego ogona.
- Lepiej przejdź się po siodło - uśmiechnęła się z maturalną dla siebie dozą cisnącego się na jej pełne usta sarkazmu, by już po chwili zachęcić mnie klarownym gestem do ruszenia w kierunku siodlarni. - Ogłowie i lonżę też możesz wziąć, zakładając, że będziesz na tyle życzliwy.
Wzdychając, posłusznie podreptałem w stronę ciemnego pomieszczenia. Męcząc się pierwsze kilkanaście sekund z odnalezieniem odpowiedniego włącznika, równie długi okres czasu zastanawiałem się nad tym, gdzie odnaleźć mógłbym odpowiedni osprzęt. Mimo wszystko, dzięki swojej wrodzonej orientacji w każdym terenie, wkrótce wróciłem do swojej towarzyszki, dumny z powrócenia ze wszystkimi wymienionymi przez nią przedmiotami.
Powracając jednak pod boks lśniącego wałacha, spostrzegłem u boku subtelnie uśmiechniętej młodej kobiety nieco młodszego osobnika płci dla dziewczyny przeciwnej. Plując sobie poniekąd w brodę z własnego niedopatrzenia, zawiesiłem sprzęt na drzwiczkach, czym zwróciłem uwagę swojego wybornego towarzystwa.
- Wystarczy zostawić Cię na chwilę samą, żebyś znalazła sobie coraz to nowszy model? - prychnąłem pod nosem, schylając się do malca, który musiał być jeźdźcem zapowiedzianym przez Rose. - A Ty, młody, jak masz na imię?
- To jest Noah, ale niekoniecznie musisz go słuchać - szepnęła mu na ucho Lilian, nieskutecznie siląc się na pozorną dyskrecję. - A to jest Toby, mój wierny luzaku - tym razem zwracając się w moim kierunku, pokrzepiająco poklepała mnie po obolałym ramieniu. Wymieniając się z blondynem uściskiem dłoni, z lekkim uśmiechem na ustach spoglądałem na to, jak szatynka ze spokojem godnym pozazdroszczenia tłumaczyła młodemu adeptowi jeździectwa rolę każdej części przeniesionego przeze mnie sprzętu.
Wkrótce zajęli się zakładaniem szmaragdowego czapraka na niski grzbiet skubiącego siano Ferra, nieco później mocując się także z siodłem, którego założenie wymagało mojej drobnej ingerencji. Ogłowie umiejscowione zostało na końskim pysku także po tym, jak udało mi się spacyfikować wałacha do zachowania względnego spokoju.
- Teraz Noah weźmie kucyka na plac, a my pójdziemy dopasować Ci jakiś ładny toczek - nawet nie siląc się na cukierkowy ton głosu, który widocznie wpisany był już jako odpowiedni w jej świadomości, pociągnęła Toby'iego do siodlarni, gdzie zajęli się mierzeniem mniejszych kasków. Sam chwyciłem wodze fiorda, by wkrótce wkroczyć z nim na ogromny, naturalnie opustoszały o tej godzinie plac. Mimo panujących ciemności, dzięki porozstawianym dookoła lampom spostrzegłem po drugiej stronie płotu właścicieli, którzy zajęci byli rozmową z młodym małżeństwem. Przypisując im rolę rodzicieli blondyna, w spokoju począłem przypinać lonżę, podczas gdy moje towarzystwo w ekspresowym tempie podjęło próbę dotarcia do przygotowanego wierzchowca.
Gdy tylko udało nam się skrócić ekstremalnie strzemiona, postaraliśmy się o wygodne usadowienie Toby'iego w czarnym siodle. Zaraz po tym Lily przejęła lonżę, wyganiając mnie poza wydeptywane przez kopyta kuca koło. Wzdychając, w głowie odliczałem minuty do momentu, w którym jazda powinna dobiegnąć końca.
Moje prośby zostały dosyć szybko wysłuchane. Młodzieniec, śpiący po długiej podróży, którą jak nam opowiedział przeżył, postanowił zejść z wierzchowca szybciej, niż sam się tego spodziewał. Znikając wkrótce ze swoimi rodzicami za horyzontem, pozostawił nas z wałachem, którego niewątpliwie byliśmy zobowiązani zaprowadzić do boksu.
- Chyba nie przypadłaś mu do gustu - zaśmiałem się, pomagając dziewczynie rozsiodłać niemalże w ogóle niezmęczonego kucyka. - Teraz grono Twoich adoratorów zmieniło się do jakże pięknego i okrągłego zera.
- Spokojnie, jeszcze do mnie wróci - mruknęła z delikatnym uśmiechem, odpinając spod brzucha wałacha przydługawy popręg. Samemu zajmując się ściąganiem praktycznie idealnie zachowanego ogłowia, spuściłem ze spojrzenia swych czujnych oczu posiadaczkę wybitnie zawiłego charakteru.
Nim się spostrzegłem, sama zainteresowana przygniotła mnie do jednej ze ścian przymałego boksu, gdy Ferro postanowił ograniczyć jej własną przestrzeń. Puszczając do tej pory trzymany nachrapnik, przeniosłem swój wzrok ponownie na przymusowo wtulającą się do mnie szatynkę. Zastygając w miejscu, z trudem przełykałem kolejne dawki ciążącej mi już śliny.
Pomimo tego, że chciałem odwrócić wzrok, w kompletnej ciszy i panującym mroku świdrowałem smukłą twarz równie zdezorientowanej Lily. Napotykając blask jej oczu, bez względu na dalsze konsekwencje, postanowiłem nie zastanawiać się nad tym już ani chwili dłużej - nachyliłem się nad jej wyjątkowo piękną twarzą, by powoli zacząć muskać jej pełne, miękkie wargi.
Lilu, skarbie, nie bij zbyt mocno
Subskrybuj:
Posty (Atom)